Choć poinformowanie w trakcie wizyty Andrzeja Dudy w USA przez szefa MSZ o odwołaniu 50 ambasadorów zostało uznane za wstęp do konfrontacji – z nieoficjalnych rozmów z obiema stronami wynika, że napięcie jest znacznie mniejsze.
Zdaniem naszego rozmówcy z MSZ poinformowanie o planach wymiany ponad połowy kierownictwa korpusu dyplomatycznego nie jest „tsunami”, lecz „ostrożną zapowiedzią i zaproszeniem do negocjowania terminów i sposobów opuszczenia placówek dyplomatycznych”.
– Dzięki temu nie trzeba będzie co tydzień zwoływać konwentu z udziałem przedstawicieli MSZ i pałacu, by zaopiniować poszczególne zmiany, tylko spotkać się i omówić wszystkie zmiany naraz. Odwołanie ambasadora nie musi być „z dnia na dzień”, ale proces można rozłożyć nawet na kilka tygodni czy miesięcy, by uwzględnić choćby plany życiowe tych osób – wskazuje rozmówca z MSZ.
Zapewnia też, że prezydent został wcześniej poproszony o swoich kandydatów, natomiast padały zapewnienia, że Andrzej Duda będzie w tej sprawie współpracował. Stąd pewne zaskoczenie tak ostrą reakcją pałacu. – Zawsze to odbywało się w sposób cywilizowany. Prezydent nie ma prerogatywy, by sobie wybierać ambasadorów, ale może rozmawiać o tym z rządem. Zdarzało się, że dopytywał, kto i gdzie jedzie na kluczowe z jego punktu widzenia placówki – przekonuje.
