W pierwszej kolejności zredukować liczbę wiceministrów, rządowych pełnomocników i samych resortów. Ale raczej bez ograniczania zakupów dla armii czy likwidowania programów społecznych.

Takie wyniki przynosi najnowszy sondaż United Surveys dla DGP i RMF FM. Zapytaliśmy w nim, gdzie przyszły rząd powinien szukać oszczędności w zakresie funkcjonowania państwa, gdyby takie decyzje były rozważane.

Niezauważalne kwoty

Spośród wszystkich zaproponowanych przez nas opcji najwięcej wskazań (66 proc.) ma redukcja liczby wiceministrów i pełnomocników rządu. Być może ma to związek z tym, że – jak wielokrotnie informowały media – będący już w stanie dymisji gabinet Mateusza Morawieckiego pobił wszelkie rekordy, jeśli chodzi o jego liczebność. Rada Ministrów liczyła 28 osób (włączając premiera), z czego około jednej trzeciej to ministrowie bez teki. Do tego ok. 80 wiceministrów w poszczególnych resortach i kancelarii premiera, a także niemal 60 rządowych pełnomocników.

Trzeba jednak mieć na uwadze, że o ile wizerunkowo działania polegające na odchudzaniu rządu mogą przynieść spore wizerunkowe korzyści, o tyle z perspektywy budżetowej to są oszczędności wręcz niezauważalne. Wynagrodzenie wiceministra to ok. 16–17 tys. zł brutto miesięcznie. Rocznie daje to ok. 200 tys. zł. Do tego można byłoby doliczyć koszty utrzymania ich sekretariatów czy samochodów służbowych. Z kolei funkcja pełnomocnika raczej nie wiąże się z wynagrodzeniem, ale nie jest to funkcja zupełnie bezkosztowa, bo w aktach powołujących na te funkcje można przeczytać, że wydatki związane z działalnością pełnomocnika są pokrywane z budżetu państwa.

Na drugim miejscu, jeśli chodzi o odsetek wskazań, znalazła się pozycja dotycząca ograniczenia liczby ministerstw i podległych im instytucji (61 proc.). Z realizacją tego postulatu przyszły rząd Donalda Tuska może mieć jednak problem, bo, jak słyszymy, na razie nie zanosi się na rewolucję dotyczącą liczby ministerstw, a może się wręcz okazać, że powstaną kolejne. Jak resort przemysłu na Śląsku, co Koalicja Obywatelska obiecała w kampanii wyborczej. Albo resort mieszkalnictwa, o który zabiega Lewica.

Podium w naszym sondażu zamyka pomysł obniżenia wynagrodzeń ministrów i ich zastępców (55 proc.). O to jednak też może być trudno, bo gdy w 2021 r. Prawo i Sprawiedliwość forsowało podwyżki dla najważniejszych osób w państwie (w tym parlamentarzystów), ze strony właściwie wszystkich sił politycznych pojawiał się argument, że podwyżki są potrzebne, jeśli do pracy na rzecz państwa chcemy przyciągać fachowców.

Widać więc, że w opinii naszych respondentów najistotniejsza jest realizacja zasady, by zaciskanie pasa rząd zaczynał od siebie. – Za rządów premiera Donalda Tuska regułą było, że oszczędności należy zaczynać od siebie, czyli administracji. Zdajemy sobie sprawę, że to nie wystarczy – przekonuje Jan Grabiec z KO.

Eksperci wskazują jednak, że tego typu działania mają znaczenie bardziej symboliczne niż praktyczne. – W strategii zarządzania długiem publicznym na lata 2024–2027 rząd planował od 2025 r. oszczędności w wysokości ok. 40 mld zł rocznie, czyli ok. 1 proc. PKB. Do 2027 r. to ok. 130 mld zł. Można to osiągnąć albo poprzez zaciskanie pasa, albo przez podwyżkę podatków. Likwidacja ministerstw czy niektórych funduszy celowych nie przyniesie jednak oszczędności w takiej skali, zwłaszcza biorąc pod uwagę także obietnice wyborcze i koszty ich realizacji – ocenia Sławomir Dudek, prezes i główny ekonomista Instytutu Finansów Publicznych.

Marzenia ściętej głowy

Ponad połowa badanych oczekiwałaby wprowadzenia kryteriów dochodowych przy wypłatach 500 czy 800 plus. Częściej opowiadają się za tym wyborcy dotychczasowej opozycji (66 proc.) niż PiS (22 proc.). Koalicja Obywatelska, przynajmniej jak dotąd, nie zapowiada wprowadzenia takiego rozwiązania, choć np. już wysyła sygnały, że trzeba będzie ograniczyć dostęp do wakacji kredytowych czy odsunąć na 2025 r. reformę podatkową (np. wejście w życie kwoty wolnej 60 tys. zł).

Wyraźnie mniejszym poparciem wśród ankietowanych cieszą się takie propozycje jak rezygnacja z wielkich projektów inwestycyjnych, jak Centralny Port Komunikacyjny czy elektrownia atomowa (28 proc.), likwidacja niektórych programów społecznych czy socjalnych (17 proc.) oraz ograniczenie zakupów uzbrojenia (12 proc.). Te oczekiwania są raczej zbieżne z tym, co zapowiada KO, choć wciąż niepewne są losy CPK, gdyż partia Donalda Tuska zapowiada audyt tej inwestycji i na tej podstawie podejmie dalsze decyzje.

Jak w takim razie przyszły rząd chce obniżyć koszty funkcjonowania państwa? – Fundusze celowe, instytucje podległe, agencje – tu ewentualne oszczędności mogą iść w miliardy złotych, choć pewnie nawet i to nie doprowadzi do zrównoważenia budżetu. Dlatego stawiamy na stworzenie lepszych warunków – np. poprzez obniżki podatków – dla wzrostu gospodarczego i ograniczania rosnącej w ostatnich latach szarej strefy, co zwiększy wpływy budżetowe – przekonuje Jan Grabiec z KO.

Ale ekonomista Sławomir Dudek uważa, że przed nowym rządem arcytrudne zadanie, zwłaszcza jeśli Unia Europejska w przyszłym roku obejmie nasz kraj procedurą nadmiernego deficytu. – W ramach tej procedury Polska będzie musiała dwa razy w roku wykazać konkretne działania dotyczące oszczędności i udowodnić, że są one skuteczne – zwraca uwagę ekspert.

I PiS, i opozycja liczą na to, że KE wydłuży np. o rok pobłażliwy sposób patrzenia na stan finansów publicznych krajów członkowskich (choćby z uwagi na przyszłoroczne eurowybory). Sławomir Dudek upiera się jednak, że to marzenia ściętej głowy. – Jeśli zawieszenie reguł fiskalnych zostanie przedłużone o rok, to sprawy nie ma. Ale KE już wielokrotnie zapowiadała, że od 2024 r. wracamy do stosowania tych reguł. Odstąpienie od nich – o ile nie wynikałoby z jakichś nadzwyczajnych wydarzeń, np. eskalacji konfliktu w Ukrainie – jedynie naruszałoby wiarygodność Komisji – przekonuje ekonomista. ©℗

Powstają dwa rządy

Zarówno Prawo i Sprawiedliwość, jak i nowa większość sejmowa równolegle kompletują swoje gabinety. Jak słyszymy, skład nowego rządu Mateusza Morawieckiego poznamy albo w najbliższy piątek, albo w kolejny poniedziałek. Na pewno w grę wchodzi radykalne zmniejszenie liczby ministrów, być może nie tylko tych bez teki, lecz także resortowych.

– Liczba ministrów z teką będzie trochę mniejsza, ale raczej nie będzie to oznaczało mniejszej liczby resortów, ale nadzór jednego ministra nad dwoma resortami, tak jak było z Tadeuszem Kościńskim, który był jednocześnie ministrem finansów i funduszy – mówi nam polityk PiS.

Skład rządu też ma być gruntownie zmieniony, żeby nie było wrażenia, że to automatyczne przedłużenie. – Minimum połowa ministrów będzie wymieniona, mogą się pojawić osoby spoza PiS, pozapolityczne, możliwe, że będzie w nim dużo kobiet, to może być rząd z największą liczbą kobiet, bo będzie punktem odniesienia do rządu Tuska – zauważa nasz rozmówca.

Choć zobaczymy rząd PiS w nowej odsłonie, to nie ma pewności, że odbędzie się głosowanie na sejmowej sali w sprawie wotum zaufania dla niego. To się cały czas waży. Z jednej strony to ostatecznie pokazałoby, że PiS dużo brakuje do większości. – Z drugiej strony to szansa na wygłoszenie exposé i postawienie w niewygodnej sytuacji Konfederacji. Niech pokażą, czy wolą rząd Morawieckiego, czy Tuska – zauważa nasz rozmówca.

W przypadku dotychczasowej opozycji zasadniczy kształt gabinetu jest już ułożony. W piątek Szymon Hołownia był u prezydenta Andrzeja Dudy i rozmawiał m.in. na temat scenariuszy rządowych. Podkreślił, że prezydent zapowiedział, iż rząd, który zostanie wyłoniony w konstytucyjnym „drugim kroku”, zostanie przez niego szybko zaprzysiężony. ©℗

ikona lupy />
Jeśli przyszły rząd będzie szukał oszczędności, to jak powinien ograniczyć koszty funkcjonowania państwa? / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe