Głosujący nie zwracają uwagi wyłącznie na krawat i uśmiech kandydata.

Liczne badania – a także wielu demagogów – wskazują, że przy urnach wyborczych obywatele kierują się wszystkim, tylko nie tym, czym powinni. Liczy się dla nich np. to, czy kandydat/kandydatka na posła/posłankę lub prezydenta/prezydentkę jest przystojny/ładna albo czy ma wystarczająco uroczy uśmiech. Ponoć nawet – o zgrozo – w ogóle nie zwracają uwagi na program wyborczy, a jedynie na krótkie kampanijne slogany, których zresztą najczęściej nie rozumieją. A najbardziej kompromituje ich to, że najważniejszy dla nich jest ich własny interes, ich tu i teraz. Przywołując obfitą literaturę, dowodzącą, że wyborcy nie powinni wybierać, należałoby zabronić demokracji, a rządy – zamiast politykom – powierzyć oświeconej sztucznej inteligencji. A może jednak nie jest z nami tak tragicznie?

Niemcy, podczas ostatniego roku I wojny światowej, zmagały się także z pandemią hiszpanki. Jej efekty były poważne: zmarło od 240 tys. do 440 tys. obywateli kraju liczącego 62 mln mieszkańców, czyli 0,5 proc. populacji. W przeciwieństwie do Ameryki władze w Berlinie nie podjęły prób zapobieżenia rozprzestrzenieniu się pandemii – podtrzymanie morale oraz wysiłku frontowego wymagało, zdaniem rządzących, przemilczenia poważnych zagrożeń zdrowia publicznego. Nie pisały o grypie gazety, zajęte patriotycznym podsycaniem zaangażowania w walkę zbrojną. Otwarte pozostawały szkoły, teatry, działał transport publiczny i wszystkie te miejsca, gdzie można się łatwo zarazić chorobą przenoszoną drogą kropelkową. Gdy wojna się skończyła, grypę z mediów oraz zainteresowania polityków wyparły negocjacje pokojowe oraz galopujące ceny żywności.

W styczniu 1919 r. wypłaszczała się krzywa drugiej fali zachorowań. Co jak co, ale jakość zdrowia publicznego wszyscy mieli wtedy – jak mawiał Osiołek od Shreka – bardzo „na wierzchu”. Do tego opieka zdrowotna w Niemczech była wtedy sprawą prywatną, co najwyżej regulowaną przez państwo. Dopiero po 1918 r. stała się obiektem zainteresowania polityków. Do powojennej konstytucji wprowadzono kwestię opieki zdrowotnej, kierując się przesłanką, że to decyzje polityków doprowadziły do katastrofalnej sytuacji podczas pandemii. I choć w tej sprawie panowała polityczna zgoda, jedna partia uczyniła jakość opieki zdrowotnej kluczowym elementem programu: Socjaldemokratyczna Partia Niemiec, SPD. Było tak od 1875 r. i programu gotajskiego. W roku 1884 powszechne ubezpieczenie zdrowotne dla pracowników fizycznych wprowadził kanclerz Bismarck – a choć SPD nie była wtedy legalną partią, sobie przypisała ten sukces.

Stefan Bauernschuster z Uniwersytetu w Pasawie prześledził wyniki głosowania w wyborach 1919 r., porównując je z danymi o śmiertelności z powodu hiszpanki. I okazało się, że mieszkańcy okręgów wyborczych z wyższą liczbą zgonów porzucili partie prawicowe i przenieśli poparcie na SPD i inne ugrupowania lewicowe. Zmiana podejścia polityków do kwestii zdrowia publicznego przesunęła konsensus polityczny z centrowo-prawicowego na centrowo-lewicowy w sposób trwały, aż do 1933 r. Autorzy, eliminując inne liczne potencjalne alternatywne wyjaśnienia tego wyniku, wskazują nawet (choć na mniejszej próbie), że dla wyborców kluczowe znaczenie miało wówczas doświadczenie z funkcjonowania opieki zdrowotnej.

Może wyborcy byli tak roztropni 100 lat temu, a dziś już nie są? Bardzo podobne wyniki dla USA i pandemii COVID-19 podaje Abel Brodeur z Uniwersytetu w Toronto. Nie wiedzieć czemu, wyborcy z okręgów o wyższej śmiertelności przenieśli głosy z kandydata – który wpierw upierał się, że pandemii nie ma, a potem twierdził, że należy pić wybielacz, by zabić w organizmie koronawirusa – na polityka, który propagował powszechne szczepienia i chronienie słabszych.

Lisa Windsteiger z Instytutu Maxa Plancka, osiągając wynik metodami eksperymentalnymi, wskazuje, że przypominanie wyborcom o pandemii czyni ich niechętnymi koncepcjom populistycznym. Choć tacy wyborcy czują się zagrożeni, tzw. efekt wzmożenia (czasem nazywany efektem flagi) przejawia się u nich większą wiarą w naukę niż w politycznych demagogów. Helios Herrera z Uniwersytetu Warwick wskazał, że o ile w pierwszych tygodniach pandemii efekt flagi rzeczywiście działał, o tyle unikanie przez rządzących zdecydowanych działań w związku z gwałtownie narastającą liczbą zachorowań przynosiło im wysokie koszty polityczne. Wyborcy szczególnie nie godzili się na dawanie priorytetu gospodarce, a zapominanie o zdrowiu publicznym.

Być może traktowanie zdrowia publicznego przez wyborców jest wyjątkowe... Trudno podobne badania przeprowadzić w innych istotnych dla obywateli sprawach, bo ciężko w tak bezprecedensowy sposób uczynić te inne sprawy równie „na wierzchu”. I może oczywiście być tak, że tylko pandemie budzą w wyborcach racjonalność i kierują ich zainteresowanie w stronę kompetencji polityków. Ale nie jest całkiem wykluczone, że oprócz krawatu i uśmiechu zwracają oni uwagę na to, kto ma elementarne kompetencje, by zająć się ważnymi dla nich sprawami. ©Ⓟ

Autorka jest ekonomistką GRAPE