Do buntu dochodzi, kiedy ludzie nie wyobrażają sobie powrotu do tego, co było. Kiedy zyskują podmiotowość.

Z Marcinem Zarembą rozmawia Estera Flieger
Co właściwie świętujemy 31 sierpnia? Mam wrażenie, że gdyby zapytać o to liberała, konserwatystę i lewicowca, to każdy udzieliłby innej odpowiedzi.

Coś się zaczęło, ale też coś się skończyło. Przyjmijmy, że rozpoczęła się wówczas rewolucja Solidarności.

Dlaczego nie karnawał?

Ten proces nazywam rewolucją, by podkreślić konsekwencje tego, co się wówczas wydarzyło. Możemy mówić o buncie, kiedy ludzie nie wyobrażają sobie powrotu do tego, co było wcześniej. Kiedy zyskują podmiotowość. A na pewno nastąpił wtedy przełom mentalny.

A wracając do różnic w interpretacji?

Kiedy rozmawiamy o wydarzeniach historycznych, w który brały udział masy – bez względu na to, czy jest to odsiecz wiedeńska, rewolucja francuska, czy kampania wrześniowa – zawsze pojawiają się różne interpretacje i mity. Nie chcę przy tym delegitymizować mitów, ponieważ kształtują one naszą świadomość i są ważne dla wspólnoty – narodowej, robotniczej i każdej innej. Rzeczywiście, lewicowa opowieść o Solidarności będzie inna niż konserwatywna.

Na czym polega różnica?

Odmiennym interpretacjom podlega np. ocena roli papieża w genezie rewolucji Solidarności.

Proszę ją opisać jako historyk.

Udział Jana Pawła II był niewątpliwy, choć nie mogę na podstawie badań stwierdzić, że dla samej genezy rewolucji Solidarności był to czynnik najważniejszy. Bo polskie społeczeństwo już wcześniej się buntowało. Możliwe nawet, że wybór Polaka na papieża opóźnił rewolucję, odwracając uwagę od kryzysu...

Jak to?
Marcin Zaremba, historyk, niedawno ukazała się jego książka „Wielkie rozczarowanie. Geneza rewolucji Solidarności” / Dziennik Gazeta Prawna / Fot. Łukasz Milej

Latem 1978 r. otworzono sklepy komercyjne, w których oferowano produkty lepszej jakości, ale droższe – w efekcie nastąpił spadek optymizmu społecznego. Bo ludzie odczytali to, po pierwsze, jako podwyżkę, a po drugie, uznali, że władza dzieli ich na tych, których stać na droższe produkty, i na tych biedniejszych. Kiedy więc 16 października 1978 r. na balkonie Bazyliki św. Piotra w Watykanie stanął Karol Wojtyła, Polacy na chwilę o tym wszystkim zapomnieli, po czym wrócili do szarej rzeczywistości... Choć, jak się zaraz okaże, nie byli już tacy sami, pamiętajmy też, że wkrótce Jan Paweł II przyjechał do kraju. W latach 80. nastąpiło to, co nazywam konserwatywnym zwrotem: kościoły wypełniały się wiernymi, a w każdym domu było zdjęcie papieża. Żadne inne europejskie społeczeństwo w tym okresie nie było takie religijne. To był fenomen socjologiczny, którego zmierzch dziś obserwujemy. Do 1979 r. Polacy mieli wrażenie, że są na peryferiach. Tymczasem Polak stał się światową ikoną. Wybór Wojtyły w tym sensie – nie tylko religijnym – wzmacniał polskie społeczeństwo, dając mu poczucie bezpieczeństwa, czego najlepszym przykładem jest umieszczenie wizerunku papieża na bramie Stoczni Gdańskiej.

W serialu „Dom” mieszkańcy kamienicy przy ul. Złotej noszą koszulki z papieżem, które produkuje przedsiębiorczy Henio Lermaszewski.

Komunistyczne władze także próbowały zarobić na papieżu: znam dokument KC PZPR o zyskach z produkcji dewocjonaliów.

Czy wcześniejsze bunty miały cechy wspólne z rewolucją Solidarności?

W grudniu 1970 r. zmieniła się rządząca ekipa, lecz nie możemy wtedy mówić o rewolucji, bo ani nie ma dwuwładzy, ani nie następuje w społeczeństwie przełom mentalny. Ale powód wybuchu jest właściwe ten sam – podwyżki.

Właśnie – czym one są dla ówczesnych Polaków?

Od 1949 r. komunistyczna władza regularnie wprowadzała mniejsze bądź większe podwyżki, część jawnie, inne ukrywając, np. manipulując etykietami produktów. Nie będzie nadużyciem określenie tych większych wzrostów jako traum. Podwyżki z dnia na dzień zmieniały codzienne życiowe rytuały. I albo społeczeństwo to sobie racjonalizowało, albo się wobec tego buntowało – blisko rewolty było w 1959 r. i w 1964 r. W marcu 1968 r. nie bez znaczenia było to, że kilka miesięcy wcześniej wzrosły ceny mięsa – władza bała się, że studenci połączą z tego powodu siły z robotnikami, więc robiła, co mogła, aby antagonizować obie grupy. Ale geneza wydarzeń, które rozegrały się w sierpniu 1980 r., jest głębsza i bardziej złożona – kulturowa, pamięciowa, psychologiczna, ekonomiczna, polityczna.

Spróbujmy określić proporcje między błędami władzy a determinacją społeczną.

Ekipa Edwarda Gierka była słaba intelektualnie i nieprzygotowana do rządzenia w zmieniającym się świecie. Nie potrafiła przewidzieć oczywistych konsekwencji swoich działań. Podobnie zresztą jak Władysław Gomułka, który nie umiał czytać społecznych emocji, skoro podwyżkę cen mięsa wprowadził chwilę przed Bożym Narodzeniem.

Jednak do Gierka ludzie mieli i nadal mają sentyment.

W 1956 r. polskie społeczeństwo przyjęło Gomułkę niczym bohatera, ale w 1970 r. było nim już bardzo zmęczone. Gomułka nie tylko nie stworzył dobrej ekipy, lecz także nie rozumiał społeczeństwa i jego główny przekaz opierał się na tym, jak ciężko żyło się przed II wojną światową. Do części Polaków to trafiało, bo dobrze pamiętali przedwojenną biedę, ale młodego pokolenia zupełnie to nie interesowało. Gierek miał dobry kontakt z ludźmi, skracał dystans, ale nie miał pojęcia o gospodarce i był przy tym leniwy. Ten jego pozytywny obraz utrwalił się tym bardziej dlatego, że po Gierku przyszli sztywny Wojciech Jaruzelski i arogancki Mieczysław Rakowski. Pamiętajmy też, że do 1972 r. warunki na wsi możemy określić jako „wojenne”...

Co to znaczy?

Od lat 40. niezmiennie funkcjonują kontyngenty – część tego, co rolnicy wypracują, muszą sprzedać po ustalonych cenach, do tego chłopi nie mają ubezpieczenia. I to się zmienia za Gierka: rolnicy zyskują ubezpieczenie, wyższe są też ceny skupu. Więcej: zacofana do tej pory wieś się zmienia – w domach pojawiają się łazienki, pralki oraz kuchenki gazowe. Inne staje się także życie mieszkańców miast. Choć stan, w jakim są oddawane mieszkania w blokach z wielkiej płyty, nie odbiega od tego, co pokazał w swoich filmach Bareja, to to, że można się wreszcie urządzić na swoim i zamiast mieszkać na kupie, zaplanować pokój dziecięcy, stanowiło wręcz rewolucyjną zmianę – ludzie jeździli na budowy oglądać, gdzie będą ich mieszkania. Telewizor jest już właściwie czymś standardowym. W szkołach są gabinety dentystyczne, dzieci wyjeżdżają na kolonie, rozwija się pomoc socjalna, dłuższe stają się urlopy macierzyńskie. Nie będzie wielką przesadą stwierdzić, że to najlepszy okres od wielkiego kryzysu w 1929 r.

Rosły aspiracje, a więc rozczarowanie musiało być wielkie: czy można powiedzieć, że rewolucja Solidarności miała charakter pokoleniowy?

W 1951 r. – jest to okres represji, głębokiego stalinizmu – urodziło się 780 tys. dzieci. W kolejnych latach podobnie. Ci ludzie wchodzą w dojrzałe życie pod koniec lat 60. i na początku lat 70. Gierek zdaje sobie sprawę z tego, że musi zapewnić im miejsca pracy, co mu się nawet udaje. Wie też, że to pokolenie ma inne aspiracje niż rodzice. Jest bodźcowane przez konsumpcję – wewnętrzną, ale ludzie wiedzą też, jak wygląda życie na Zachodzie, kluczowym doświadczeniem dla Polaków okazuje się wizyta w socjalistycznym Berlinie. I pod koniec lat 70., kiedy zaczyna brakować wszystkiego, narzekają wszyscy. Bo do rewolucji nie dochodzi, kiedy jest źle, co opisuje socjologia, ale po okresie poprawy: ludzie zaczynają rozumieć, że może być inaczej. Ale mimo to nie była to rewolucja jednego pokolenia, lecz zjawisko ogólnospołeczne. Dziś interesy społeczne są bardzo zróżnicowane. Wtedy pod tym względem społeczeństwo było stosunkowo homogeniczne – klasa robotnicza liczyła aż 8 mln ludzi.

I ludzie mieli świadomość tego, że biorą udział w rewolucji?

Pokutuje przekonanie, że rewolucja ma podglebie w postaci świadomości. Zgoda, choć pamiętajmy, że samo wydarzenie zmienia ludzką świadomość. Trudno odpowiedzieć mi na pytanie o to, jak na przełomie lat 70. i 80. ludzie wyobrażali sobie przyszłość Polski, ale jestem w stanie stwierdzić, że nie widzieli swojego kraju jako demokratycznego, przynależącego do Zachodu itd. To nie było społeczeństwo liberalne. Bardzo ważna była natomiast pamięć wcześniejszych buntów. Proszę zwrócić uwagę na to, że podczas gdy Francuzi stale protestują, to Brytyjczycy tego nie robią.

Co chce pan przez to powiedzieć?

Protest jest zapisany w kulturowej pamięci Francuzów. Ustalone są praktyki protestu. W Polsce było podobnie. Bardzo ważnym wydarzeniem było Powstanie Warszawskie: stawiam hipotezę, że podpalanie komitetów partii w Gdańsku i w Szczecinie w 1970 r. za pomocą butelek z benzyną wynika z popularności nadawanego jesienią tego roku serialu „Kolumbowie”. W tym czasie zmienia się też pamięć II wojny światowej: powszechny obraz dramatu – śmierć, głód, zdrada – ustępuje mitowi heroicznej walki, który kształtuje polską świadomość. Podobnie jak bunty w 1956 r., 1968 r. i wreszcie 1970 r. – to ważne zwłaszcza dla robotników na Wybrzeżu. Oprócz samego etosu to know-how, jak zrobić strajk i uniknąć przy tym wcześniej popełnianych błędów – mówi o tym choćby Lech Wałęsa, który wiedział w 1980 r., jak zorganizować strajk, bo brał udział w podobnym 10 lat wcześniej. A takiej wiedzy nie mieli jeszcze strajkujący na Lubelszczyźnie. To stworzenie ponadzakładowej struktury wywraca planszę. Ważne jest również to, że Gierek nie zastosował żadnych poważnych represji wobec strajkujących w grudniu 1970 r. – podczas jednego z posiedzeń partyjnych powiedział: „Żadnych procesów”. Wcześniej to się nie zdarzyło – nie tylko w Polsce, lecz w żadnym innym kraju socjalistycznym. Dobrym przykładem jest Czechosłowacja. Poziom represji po praskiej wiośnie, czego w Polsce nie mamy świadomości, był nieprawdopodobny – ludzie byli wyrzucani z pracy, a ich dzieci nie mogły studiować. Fakt, że po grudniu 1970 r. nie nastąpiła fala podobnych represji w Polsce, ma ogromne znaczenie: Alexis de Tocqueville stwierdził, że rewolucje wybuchają w systemach, które są łagodniejsze w porównaniu z tym, jaki był wcześniej. Oczywiście poziom strachu pod koniec lat 70. czy po stanie wojennym jest w PRL bardzo duży, ale nie tak wielki jak w Czechosłowacji.

A jeśli ludzie się bali, to czego najbardziej?

Z jednej strony to strach przed podwyżkami, które zmienią życie codzienne. Ale z drugiej, z wymienionych wcześniej powodów, obniża się poziom strachu przed represjami. To istotna korelacja, bo doprowadziła do rewolucji.

Czy do rewolucji musiało dojść? Czy komunizm musiał upaść?

W dłuższej perspektywie musiał, bo to był niewydolny system. Ale w okresie, w którym rozmawiamy, wcale nie musiało dojść do strajku. Gdyby wcześniej nastąpiła korekta kursu polityki Gierka, a właściwie Piotra Jaroszewicza, na którego gensek scedował papierkową robotę, historia mogłaby się potoczyć inaczej. Wystarczyłoby, że na miejscu Jaroszewicza byłby ktoś bardziej doświadczony, bardziej politycznie przytomny. Zwróćmy uwagę na to, co się wydarzyło na Węgrzech: „gulaszowy socjalizm” nie tylko uwolnił przedsiębiorstwa, lecz także pozwolił na to, żeby związki zawodowe w większym stopniu były reprezentantem społeczeństwa, a nie wyłącznie pasem transmisyjnym partii. Gdyby więc Gierek i Jaroszewicz zrozumieli, że taki wentyl bezpieczeństwa jest systemowi potrzebny, bo pozwala rozpoznać konflikt i wzmocnić w ludziach poczucie sprawczości, to postulat zgody na stworzenie wolnych związków zawodowych nie byłby podczas sierpniowych strajków taki istotny. ©Ⓟ