Likwidacja molochów na rzecz małych domów dziecka postępuje, jednak niebezpiecznie kurczą się możliwości umieszczania dzieci w pieczy rodzinnej.

Po ataku nożownika w domu dziecka Marlena Maląg, szefowa resortu rodziny, przekonywała, że placówki są bezpieczne, na co miała wpływ m.in. nowelizowana w tym roku ustawa o systemie pieczy zastępczej. Jak usłyszeliśmy, duży nacisk jest kładziony na deinstytucjonalizację, czyli na to, by dzieci trafiały przede wszystkim do rodzinnych form pieczy, a nie domów dziecka. Te z kolei mają być, w myśl ustawy, wygaszane (wprowadza zakaz tworzenia nowych). Najnowsze dane GUS pokazują jednak, że dzieci w pieczy przybywa, a największą bolączką wciąż pozostaje brak nowych chętnych do tworzenia rodzin zastępczych.

Na koniec 2022 r. w pieczy zastępczej było 72,8 tys. dzieci pozbawionych całkowicie lub częściowo opieki rodziny biologicznej. A to oznacza, że w porównaniu z poprzednimi latami liczba dzieci w pieczy urosła. W 2021 r. było ich 72,3 tys., a w 2020 r. – 71,5 tys. Jednocześnie zmniejszyła się liczba dzieci w pieczy rodzinnej, na którą stawia resort. W 2021 r. było ich w niej bowiem 56 357, podczas gdy w 2022 r. – 56 240. Choć liczba dzieci przyjmowanych po raz pierwszy do rodzinnej pieczy zastępczej rośnie. W 2022 r. było takich 9953, podczas gdy w 2021 r. 9664, a w 2020 r. – 8376. Rośnie jednak też liczba dzieci, które ją opuszczają. W 2022 r. było to 7655 dzieci. Dla porównania w 2021 r. – 6933, a w 2020 r. – 5958. Co więcej, rośnie liczba wychowanków, którzy są przenoszeni do instytucjonalnej pieczy. W 2022 r. było 1078 takich dzieci, podczas gdy rok wcześniej – 909.

Zdaniem naszych rozmówców te dane pokazują, jak wiele w systemie pieczy jest jeszcze do zrobienia. Niepokoi wiek osób decydujących się na tworzenie rodzin zastępczych – ponad połowa je prowadzących ma 51–70 lat; a rodzinny dom dziecka – 78 proc. ma 41–60 lat.

Jakub Leduchowski z Urzędu m.st. Warszawy opisuje, z jakimi problemami łączy się umieszczanie dzieci w pieczy. – O przyjęciu decyduje sąd. W takim przypadku priorytetem jest zapewnienie im bezpiecznego miejsca – mówi i dodaje, że wyzwaniem są decyzje sądu dotyczące rodzeństw. – Ze względu na to, że mamy tylko małe (maksymalnie 14-osobowe) placówki, umieszczenie większej liczby dzieci w jednej jest trudne do realizacji – tłumaczy. Zwraca uwagę, że w warszawskich domach za zgodą wojewody mazowieckiego zdarza się, że przebywa więcej dzieci, niż to wynika z przyjętych limitów.

Marlena Watemborska, dyrektor Centrum Administracyjnego do Obsługi Placówek Opiekuńczo–Wychowawczych w Kowalewie, przekonuje, że potrzeba umieszczania dzieci w pieczy jest dziś ogromna.

– Gdyby znalazły się środki na wybudowanie kilku domów dziecka (z limitem do 14 osób, jak mówi ustawa), zapełniłyby się w ciągu miesiąca – ocenia. Podkreśla, że te domy powinny być dla dzieci od 10. roku życia. Jednak praktyka pokazuje, że są tam też dzieci znacznie młodsze. To albo rodzeństwo, albo osoby, które trzeba gdzieś ulokować dla ich dobra. W tych przypadkach nie chodzi o nieudolność rodzicielską, ale o zagrożenie zdrowia i życia. – Oficjalnie trzeba stosować przepisy. Ale nie można zostawić dziecka za drzwiami – przyznaje.

Jej zdaniem deinstytucjonalizacja jest konieczna i do pewnego momentu wychodziła. Likwidacja największych domów dziecka, tzw. molochów, była koniecznością. Jednak, jak przekonuje, wciąż nierozwiązany jest problem braku kandydatów na rodziny zastępcze.

– Do tego wciąż ponosimy konsekwencje pandemii, gdy pracownicy socjalni rzadziej chodzili w teren. Rodziny słabsze wychowawczo, bez nadzoru, gorzej dawały sobie radę. W efekcie dzieci, które do nas trafiają, są w gorszej kondycji psychicznej, fizycznej. Mamy podopiecznych z 90-proc. próchnicą, nieleczoną padaczką, depresją – wylicza.

– Dzieci z doświadczeniem przemocy, nerwicą, ale też nierzadko same wykazujące agresję wobec innych – wtóruje Marian Zwolennik, dyrektor Domu Dziecka „Sobieradzik” w Wojcieszowie. Opisuje, że z tym muszą się mierzyć teraz placówki przyjmujące dzieci. Mówi, że jedyne rodziny zastępcze w tej okolicy to te spokrewnione. Innych brak. Jest tu rodzinny dom dziecka dla najmłodszych dzieci, nawet noworodków, prosto ze szpitala. Ale to placówka publiczna. Nie było wyjścia, musiała taka powstać, z braku kandydatów na rodziny zastępcze. Ma limit ośmiu wychowanków, ale za zgodą wojewody jest tu o dwoje więcej. Poza domem dla najmłodszych są jeszcze dwie placówki. Obie zapełnione, jedna ponad limit (jak przekonuje dyrektor – nie rozdzieli rodzeństwa). – Mieliśmy przyznane środki na budowę kolejnego domu jeszcze przed wejściem w życie noweli ustawy o pieczy. Nie wiem, co dalej, skoro nowe przepisy zakazują ich tworzenia – zastanawia się. Przekonuje, że taka decyzja pojawiła się za wcześnie. – Likwidowanie pieczy instytucjonalnej na rzecz rodzinnej to dobra myśl, ale musiałby zdarzyć się cud, by przekuć ją w realia. Nikt nie znalazł jeszcze rozwiązania na sieroctwo społeczne – ucina. ©℗

Piecza zastępcza / Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe