Takie są wyniki najnowszego sondażu United Surveys dla DGP i RMF FM. Ponad 60 proc. ankietowanych dobrze ocenia plany resortu obrony dotyczące zwiększenia liczby żołnierzy zawodowych i niezawodowych do 300 tys. Wśród zwolenników obozu rządzącego te zapowiedzi popiera aż czterech na pięciu respondentów. Ale także wśród głosujących na partie opozycyjne przeważają ci, którzy powiększanie armii popierają. Jednak w tym wypadku zwolenników tego pomysłu jest tylko nieznacznie więcej od liczby przeciwników. Zaskakiwać może to, że taki ruch mieszkańcy wsi i dużych miast popierają znacznie bardziej niż ci żyjący w małej i średniej wielkości (do 250 tys.) miastach.
O ile większość z nas chce liczniejszej armii, o tyle w ocenie sposobu finansowania tej decyzji widać już znaczne różnice. Znów czterech na pięciu zwolenników PiS uważa, że „powinniśmy to zrobić, nawet jeżeli oznaczałoby konieczność cięć wydatków na inne cele lub zaciągnięcia nowych długów”. Z kolei prawie trzech na pięciu zwolenników opozycji jest temu przeciwna. Krytycyzm wobec tego pomysłu rośnie wraz z wyższym wykształceniem. Prawie 60 proc. mających ukończoną szkołę podstawową i gimnazjum zgadza się na zadłużanie i cięcie innych wydatków, podczas gdy w grupie mających wykształcenie wyższe jest to tylko 41 proc., a ponad połowa jest przeciw. Najbardziej przeciwni zaciąganiu długów na potrzeby obronności są mieszkańcy wsi. W tej kwestii „zdecydowanie na tak” jest tylko 5 proc. z nich, podczas gdy w miastach powyżej 250 tys. taką postawę prezentuje ponad 30 proc. ankietowanych.
Reklama
Za to niezależnie od miejsca zamieszkania, preferencji partyjnych czy wykształcenia zawsze co najmniej połowa z nas wskazuje, że głównym sojusznikiem wojskowym Polski są Stany Zjednoczone. Ogółem tego zdania są prawie trzy czwarte Polaków, a wśród głosujących na PiS jest to aż 95 proc. Na drugim miejscu w tym rankingu jest Wielka Brytania, ale ją wskazało tylko nieco ponad 5 proc. biorących udział w sondażu. Za to Francji w tej kategorii nie wskazuje nikt. 2,3 proc. wskazuje na Niemcy, niewiele mniej na Ukrainę. Warto podkreślić, że w porównaniu z USA są to liczby wręcz pomijalne. Biorąc pod uwagę, że w Polsce obecnie jest ok. 10 tys. żołnierzy zza Atlantyku, a Brytyjczycy od lat współtworzą batalionową grupę bojową NATO stacjonującą w rejonie Orzysza i w zakresie produkcji uzbrojenia rozwijamy z nimi współpracę, taki wynik w żaden sposób nie dziwi.
- Myślę, że wskazanie Stanów Zjednoczonych jako głównego sojusznika, a na drugim miejscu Wielkiej Brytanii, to z jednej strony względy historyczne, a z drugiej - obecna wiarygodność tych państw w pomocy militarnej Ukrainie - uważa poseł i były wiceminister obrony Bartosz Kownacki (PiS). - To, że ludzie chcą większej armii, jest zrozumiałe, szczególnie w kontekście tego, co się dzieje za naszą wschodnią granicą. Tak jak to, że część z nas nie chce się zadłużać, by finansować wydatki na obronność. Mnie zaskakuje w tym wypadku wysoki odsetek wśród ludzi z wyższym wykształceniem. Tutaj widać lekcję do odrobienia dla polityków. Naszą rolą jest uzmysłowić, że wygodny sposób życia, który obecnie mamy, nie jest możliwy bez większych wydatków na armię - tłumaczy polityk obozu rządzącego.
- Nie ma wątpliwości, że znakomita większość Polaków wspiera zwiększenie zdolności obronnych. Diabeł tkwi w szczegółach tego, co i jak mamy kupować - komentuje poseł Tomasz Siemoniak, były minister obrony (PO). - Wydaje mi się, że te wątpliwości biorą się z nieprzejrzystej polityki rządu. Nie do końca wiadomo, co i kiedy mamy kupować, ilu mamy mieć żołnierzy i ile to ma kosztować. Mnie martwi, że planując wydatki na dziesiątki lat, rząd nie rozmawia z opozycją, a to może rodzić pytania. ©℗
Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe