Jest to przełom i decyzja ważna. Obecnie mamy cztery dywizje, z czego ta najmłodsza, utworzona decyzją z 2018 r., wciąż jest formowana, i to w dużej mierze na bazie istniejących już jednostek. Do tego, by była w pełnej gotowości, potrzeba jeszcze co najmniej pięciu lat. Dostawy czołgów Abrams, którymi ma operować, zakończą się w 2026 r. Mimo że szkolenia na tych maszynach już się rozpoczynają, to później i tak będzie potrzebny czas, by wszystko się dotarło.
Teraz minister ogłosił zamiar stworzenia dwóch kompletnie nowych dywizji. Kilka lat temu jeden z ówczesnych wiceministrów obrony w rządzie Prawa i Sprawiedliwości szacował koszt sprzętu dla jednej dywizji na 70–80 mld zł. Dziś jest to zapewne co najmniej 100 mld zł. Elementarna matematyka wskazuje, że dwie dywizje to ok. 200 mld zł. I mówimy tu o samym sprzęcie, nie licząc kosztów wyszkolenia żołnierzy i ich żołdu. A przy ok. 30 tys. ludzi te kwoty są niebagatelne.
Na tej samej odprawie minister Błaszczak złożył również inne deklaracje. – Ruszyliśmy z kolejną fazą programu „Wisła”, czyli dostaw systemu obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu. Dokupimy kolejnych sześć baterii tego systemu. Zamówimy także 500 wyrzutni systemu Himars, który jest w stanie razić cele na odległość do 300 km. (…) Kupimy także sprawdzony sprzęt produkcji koreańskiej, m.in. bojowe wozy piechoty, które będą uzupełnieniem BWP Borsuk krajowej produkcji, haubice i czołgi K2. W najbliższym czasie podpiszemy umowy na dostawy m.in. niszczycieli min, zdalnie sterowanych systemów wieżowych ZSSW zintegrowanych z transporterami Rosomak, wielozadaniowych śmigłowców wsparcia AW149, dwóch satelitów obserwacyjnych i niszczycieli czołgów – wyliczał polityk. Te zakupy to luźno licząc ponad 100 mld zł. A są też kosztowne wydatki, które już wcześniej były zapowiedziane, czyli choćby program obrony przeciwlotniczej „Narew”, zakup wspominanych już czołgów Abrams czy samolotów F-35.
Reklama
To wszystko składa się na niebagatelną sumę ok. 500 mld zł. Samych nowych inwestycji. Do tego trzeba doliczyć normalne funkcjonowanie Wojska Polskiego w dotychczasowym kształcie, czyli kilkadziesiąt miliardów rocznie. Jednym zdaniem: czekają nas potężne wydatki na obronność i, patrząc na atak Rosji na Ukrainę, jest to całkowicie zrozumiałe. Można się zastanawiać, czy wszystkie te wydatki są sensowne. Ale nie dzielmy włosa na czworo – trzeba się zgodzić, że powinniśmy wydawać więcej.
Dlatego też nie dziwią słowa prezydenta Andrzeja Dudy, który na tejże odprawie stwierdził, że „z satysfakcją podpisał ustawę o obronie ojczyzny, zwiększającą nakłady obronne oraz dającą możliwości do zwiększenia liczebności wojska i budowy rezerw”. Nowe prawo przewiduje, że od 2023 r. będziemy wydawać na obronność co najmniej 3 proc. PKB, do tego dojdzie jeszcze Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych, który ma być m.in. finansowany z zysków NBP.

Reklama
Ale na razie mamy rok 2022, nic nie wskazuje na to, by wojna w Ukrainie szybko się skończyła i niebezpieczeństwo ze strony Rosji zmniejszyło, a my mimo wzniosłych i pełnych patosu deklaracji o tym, jak to nam jest potrzebne silne wojsko, jak to będziemy zaraz potęgą artyleryjską i przeznaczymy na obronność rekordowe kwoty, tego budżetu wcale nie zwiększamy.
Dowód? Proszę bardzo. Tego samego dnia gdy odbyła się ważna odprawa, na stronie internetowej resortu obrony została zamieszczona krótka informacja: „Według półrocznej oceny wydatków obronnych ich udział w PKB na koniec roku osiągnie poziom około 2,4 proc. Wydatki będą składać się ze środków budżetowych zaplanowanych na obronność oraz środków pozabudżetowych pochodzących z Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych”. Dalej możemy się dowiedzieć, że minimalne wymagania Sojuszu Północnoatlantyckiego to 2 proc., jesteśmy pod tym względem jednym z liderów NATO i w przyszłym roku to już będzie 3 proc. PKB. Dla przypomnienia uzupełnię, że w 2021 r., według szacunków Sojuszu, na obronność przeznaczyliśmy 2,34 proc. PKB, czyli ok. 60 mld zł.
Jeśli w tym roku przeznaczymy 2,4 proc. PKB, to nawet przy niezłym wzroście gospodarczym, ale tak wysokiej inflacji można mieć wątpliwości, czy pod względem siły nabywczej środki przeznaczone na obronność faktycznie wzrosły. De facto, mimo wybuchu wojny tuż za naszą granicą, my w 2022 r. środków na obronność nie zwiększamy! Gdybyśmy już od 2022 r. zwiększyli wydatki do 3 proc. PKB, to Wojsko Polskie dysponowałoby budżetem większym o kilkanaście miliardów.
Ktoś może powiedzieć, że nie tak łatwo wydać tak gigantyczną kwotę w tak krótkim czasie. Ale w tym przypadku rozwiązania są co najmniej dwa. Po pierwsze, można te pieniądze już teraz przelać Amerykanom za czołgi Abrams czy samoloty F-35. Umowy są już podpisane. To operacja prosta, jednak z punktu widzenia podatnika kontrowersyjna – po co wydawać już teraz, jeśli możemy później? Drugim rozwiązaniem jest utworzenie mechanizmu, w którym środki z budżetu MON po niewydaniu do 31 grudnia nie wracają do budżetu ogólnego państwa. Tak działają m.in. tzw. opcje niewygasające czy właśnie fundusze pozabudżetowe. Mniejsza już o sam mechanizm, ale zdumiewa to, że jeśli tyle mówimy o zwiększaniu zdolności Wojska Polskiego, wiemy o tym, że wróg jest u bram, to zwiększamy finansowanie na obronność dopiero od przyszłego roku. Wojna wybuchła 24 lutego, a my pod względem finansowym cały rok w kwestii obronności w pewnym sensie marnujemy.
Ministerstwo Obrony Narodowej może zaklinać rzeczywistość i twierdzić, że jesteśmy wśród liderów NATO pod względem wydatków, ale trudno zapomnieć o tym, że jesteśmy państwem frontowym Sojuszu, a wydatki na obronność dla leżącej na zachodzie kontynentu Portugalii są nieco niżej w hierarchii ważności niż dla graniczącej z Rosją Polski.
Trudno zrozumieć, z czego wynika opieszałość rządu. Bajki o tym, że rząd PiS jest rządem prorosyjskim, mogą opowiadać niektórzy posłowie opozycji, ale wątpię, by sami w to wierzyli. Jedynym sensownym wytłumaczeniem takiej zwłoki jest to, że w przyszłym roku odbędą się wybory parlamentarne. Rząd choć znajduje pieniądze na 14. emerytury, to nie chce i/lub nie potrafi ich znaleźć na wydatki być może kluczowe dla egzystencji państwa polskiego. Idąc dalej takim tokiem rozumowania, trzeba stwierdzić, że dla obozu rządzącego wygranie wyborów jest bardziej istotne niż zwiększanie zdolności Wojska Polskiego do obrony naszych granic.