Lektura raportu przynosi odpowiedź na to pytanie. To liczby, które mogą robić wrażenie. Całkowity koszt realizacji nowego pakietu klimatycznego analitycy Pekao wstępnie wyceniają na 527,5 mld euro (o niemal 190 mld więcej niż obecne regulacje klimatyczne UE). Pomimo szerokiego wsparcia ze strony UE różnymi kanałami (np. przez Fundusz Odbudowy czy wieloletnie ramy finansowe) Polska będzie musiała pokryć ok. 300 mld euro luki finansowej.
Z jednej strony sami autorzy raportu uważają, że koszty te – jakkolwiek pokaźne – są do udźwignięcia przez naszą gospodarkę. Z drugiej – mamy jednak politycznych decydentów, którzy twierdzą, że liczby z raportu są „porażające” (to wicepremier i szef MAP Jacek Sasin w rozmowie z DGP) lub „szokujące” (to z kolei szef Solidarnej Polski Zbigniew Ziobro we wpisie na Twitterze).
Dlatego drugą po kosztach kwestią jest to, kto ma je pokryć i na ile są do uniesienia. A także czy istnieje możliwość ich zminimalizowania.
Pozornie PiS zyskał istotny argument w dyskusjach na temat ambitnej polityki klimatycznej UE. Pytanie, jak to teraz wykorzysta w trwających negocjacjach pakietu Fit for 55 – czy będzie dążyć do jego zablokowania, wprowadzenia w nim korekt (np. nieobejmowania systemem ETS budownictwa czy transportu) czy obniżenia oczekiwań UE w zakresie skali redukcji emisji gazów cieplarnianych. Kolejną kwestią jest to, na ile polski rząd będzie skuteczny w budowaniu sojuszy wewnątrz UE i przekonywaniu do naszych racji i interesów. To może być trudne, bo z każdym kolejnym rokiem z problemem miksu energetycznego opartego na węglu coraz bardziej zostajemy w UE sami. Choć PiS od 2015 r. dokonał fundamentalnego zwrotu w kwestiach klimatu, energii czy górnictwa, to okoliczności w UE zmieniają się jeszcze szybciej. Nas wysokie ceny ETS uderzają po kieszeni – energię mamy w większości z węgla i ponad połowa jej ceny to, jak uwielbia podkreślać premier, efekt kosztów uprawnień. Tyle że ich wysokość w większości państw nie wywołuje takich skutków jak u nas. Mimo to w rozmowach na zewnątrz politycy PiS mogą używać argumentu zbyt kosztownych ETS, ale także wskazywać na wrażliwość gospodarki europejskiej na szantaż gazowy. Takie obawy mogą ochłodzić zapał do pakietu Fit for 55 w najbardziej radykalnej wersji, ponieważ wszyscy pamiętają protesty „żółtych kamizelek” we Francji.
W kwestiach klimatycznych widać pęknięcia w obozie rządzącym. Z jednej strony jest frakcja skupiona wokół Mateusza Morawieckiego, która dąży do złagodzenia ambitnych propozycji KE i europarlamentu. Z drugiej są w rządzie osoby (np. Jacek Sasin czy minister rozwoju Piotr Nowak), które chciałyby ostrzejszego podejścia w rozmowach z Brukselą. Wreszcie z trzeciej strony są ziobryści, którzy domagają się wywrócenia stolika. Po naszym wczorajszym materiale Solidarna Polska opublikowała swoją uchwałę z 4 stycznia br., w której wzywa do „wyjścia Polski z mechanizmów unijnej polityki klimatycznej, ze szczególnym uwzględnieniem unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji”.
Jak przekonują ziobryści, „dalsze akceptowanie unijnej polityki klimatycznej oznaczać będzie rujnujące skutki dla Polski”. Pytanie, na ile postulaty są możliwe do realizacji. Trudno bowiem korzystać z unijnego wsparcia na transformację polskiej energetyki (którą i tak musimy przeprowadzić, z uwagi na starzejące się bloki węglowe), będąc jednocześnie poza unijnymi mechanizmami regulującymi kwestie klimatyczne. Także trudna do wyobrażenia jest wizja, że będzie można wrócić do tego, co było. Zobowiązania klimatyczne przyjmuje na siebie nie tylko Europa, lecz także USA i Chiny, choć oczywiście ich cele nie są tak daleko idące jak UE. Pytanie, na ile rząd będzie w stanie działać w tej sprawie skutecznie na zewnątrz, zjednując sojuszników.
Oby nie było jak w sprawie sporu o praworządność, gdzie „o krok od porozumienia” jesteśmy od kilku lat, ale problem staje się coraz większy, czego dowodem jest zablokowanie pieniędzy z KPO.