Patrząc na szczegółowe wyniki sondażu United Surveys dla DGP i RMF FM, widzimy w nich kilka prawidłowości niepokojących dla PiS. Przykładowo aż 77 proc. respondentów reprezentujących mieszkańców wsi uważa, że nasze perspektywy na środki z KPO zmalały. Spory odsetek ludzi podobnie myślących jest także wśród widzów prorządowych „Wiadomości TVP” (60 proc., do tego 34 proc., którzy nie mają wyrobionego zdania). W grupach, wśród których dużo jest wyborców PiS, panuje pogląd, że efektem czwartkowego orzeczenia TK będą kłopoty z unijnymi środkami dla Polski. - Ludzie są racjonalni i widzą, co się dzieje. Ale czy gdyby orzeczenie było inne, cokolwiek by zmieniło? Pewnie nie - komentuje te wyniki osoba z rządu. - Istnieje obawa, że ze strony KE i innych instytucji unijnych właściwie nie ma intencji znalezienia kompromisu, tylko jest stawianie kolejnych roszczeń i to mimo że postanowiliśmy zlikwidować Izbę Dyscyplinarną SN - dodaje.
Z samej Brukseli dochodzą niepokojące informacje. - Z moich informacji wynika niestety, że pod wpływem wyroku TK górę w Komisji zaczynają brać górę zwolennicy dalszego blokowania polskiego KPO. Coraz poważniej brane jest też pod uwagę przekazanie środków bezpośrednio do samorządów z pominięciem budżetu centralnego - mówi DGP były wicepremier Jarosław Gowin. Takiego scenariusza nie wyklucza też inny nasz rozmówca zorientowany w sprawie. - Na Komitecie Regionów (ciało doradcze UE, złożone z wybranych na szczeblu lokalnym i regionalnym przedstawicieli ze wszystkich państw członkowskich - red.) w tym tygodniu może być podjęta rezolucja w sprawie Polski, ale nawet jeśli tak się stanie, to na gruncie prawa unijnego może okazać się nie do zrealizowania - dodaje. W taki wariant wątpi jednak rząd. - Pytanie, jak to w ogóle miałoby wyglądać. Rozporządzenie unijne tego nie przewiduje, a umowa podpisywana jest z krajem - wskazuje, choć przyznaje, że w Brukseli pojawiają się różne postulaty. - Oni uważają, że mają pieniądze, a my jesteśmy postulantami. To absolutne politykierstwo ze strony KE - dodaje.
W tym kontekście istotna będzie ocena tego, co wynika z orzeczenia TK. Na razie Komisja czeka na jego przetłumaczenie i analizę. Ważne będą także jego praktyczne konsekwencje i zachowanie polskich władz. Czy np. pojawi się zapowiadana ustawa o likwidacji Izby Dyscyplinarnej w SN.
W razie spełnienia się negatywnego dla Polski scenariusza, w którym środków z KPO nie będzie lub napłyną z opóźnieniem, a ich rozliczanie będzie szło jak po grudzie (jeśli KE będzie wnikliwie rozliczać nas z tzw. kamieni milowych), to - jak słyszymy w rządzie - przez jakiś czas poradzimy sobie sami. - Próbuje się tworzyć wrażenie, że realizacja Polskiego Ładu zależy od środków unijnych z KPO, a przecież to nie jest prawda, mimo zawartej w Ładzie części inwestycyjnej. Ale umówmy się, 20 mld zł rocznie z KPO do sierpnia 2026 r., przy rocznym budżecie państwa na kwotę pół biliona złotych, nie zablokuje Polskiego Ładu. Dopiero długofalowo to byłaby trudna sytuacja - przekonuje osoba z rządu. - W tym i w kolejnym roku gospodarka jest rozgrzana, więc jeśli te pieniądze szerszym strumieniem pojawią się później, to nie będzie problemu - zauważa jeden z naszych rozmówców. A gdyby ich nie miało być w ogóle? - Jeśli nie będzie KPO, to z dużym prawdopodobieństwem nie będzie także innych unijnych pieniędzy, a to oznacza radykalnie inny scenariusz gospodarczy - zauważa Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole.
Choć ostatnio szef NBP Adam Glapiński mówił, że Polska gospodarka poradzi sobie bez unijnych funduszy, to z rządu słychać zapewnienia, że nikt nie bierze na poważnie takiej możliwości. - Prezes kupił ostatnio dużo złota, może dlatego czuje się tak pewnie. Nie obawiamy się tego, czy pieniądze będą, lecz kiedy. Nie wierzę, że Niemcy czy Francuzi wysadzą w powietrze tak ważny projekt europejski - przekonuje osoba z otoczenia premiera Morawieckiego. Z kolei członek rządu dodaje, że można rozpatrywać różne scenariusze, ale podstawowe pytanie dotyczy tego, na ile są realne. - Drużyna piłkarska może rozwijać i trenować grę w dziewięciu zawodników, ale to nie znaczy, że zakłada, że na pewno dostanie dwie czerwone kartki - słyszymy w rządzie.
Gdyby były kłopoty z KPO, lewarem dla polskiej gospodarki ma być w dalszym ciągu Fundusz Przeciwdziałania COVID-19. Tylko w tym roku - jak podała Interia Biznes - wydanych ma być tą drogą ponad 57 mld zł. Tyle że te pieniądze trzeba pożyczyć. W środę Bank Gospodarstwa Krajowego ma wyemitować obligacje, notowane na giełdzie w Luksemburgu, o wartości 500 mln euro. A wszystko na rzecz funduszu. - W procesie budowy księgi popytu 55 inwestorów złożyło deklaracje nabycia obligacji na łączną kwotę ponad 900 mln euro - podaje BGK.
Możliwości zapożyczania się szukamy także poza Europą. Wczoraj Ministerstwo Finansów poinformowało, że planuje emisję obligacji na wewnętrznym rynku chińskim, nominowaną w juanie. Emisja trzyletnich papierów ma wynieść do 3 mld juanów, a transakcja zostanie przeprowadzona w najbliższym czasie „w zależności od sytuacji rynkowej”.
Duże oczekiwania związane są także z Rządowym Funduszem Polski Ład: Programem Inwestycji Strategicznych, także zarządzanym przez BGK, w ramach którego rząd chce zainwestować w ciągu 2-3 lat nawet 100 mld zł. Pieniądze również pochodzą z Funduszu Przeciwdziałania COVID-19. Na razie trwa analizowanie wniosków samorządów po pierwszym naborze, w którym zadeklarowano wsparcie na łączną kwotę 20 mld zł.
Jednak bez względu na dochodzące z PiS deklaracje, że w razie problemów z KPO pieniądze można pożyczyć, to najważniejsza różnica polega na tym, że gros z nich to granty, czyli instrumenty bezzwrotne. ©℗
Komisja będzie wnikliwie analizować wyrok polskiego trybunału w sprawie prawa UE
Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe