Po południu minister zdrowia Adam Niedzielski ogłosił, że za wskazanie podpalacza wyznaczono 10 tys. zł nagrody. Zapowiedział też, że na dzisiejszym posiedzeniu rządu zostanie omówiony temat „walki ze środowiskiem antyszczepiennym”, a pracownicy punktów szczepień mają być traktowani jak funkcjonariusze publiczni.
Atak w Zamościu nie był pierwszym. W sobotę w Gdyni doszło do incydentu przy autobusie, w którym podawano preparat. – Przed południem grupa około 15 osób słownie deklarowała sprzeciw wobec szczepień – relacjonowała aspirant Jolanta Grunert z Komendy Miejskiej Policji w Gdyni. – Było to zgromadzenie nielegalne, uczestnicy zostali wylegitymowani, skierowaliśmy odpowiednie wnioski do sądu. Grozi im kara do 5 tys. zł grzywny – tłumaczyła policjantka. Tydzień temu doszło z kolei do incydentu w Grodzisku Mazowieckim, gdzie grupa przeciwników szczepień chciała wtargnąć do punktu, gdzie je wykonywano. Część sprawców została zatrzymana.
– Wszelkie incydenty związane z atakami i jakimikolwiek próbami agresji oraz blokowaniem punktów szczepień będą spotykały się z bardzo ostrą reakcją policji – mówił już w ubiegły wtorek minister spraw wewnętrznych i administracji Mariusz Kamiński. – Uzgodniliśmy z komendantem głównym policji, że nawiąże kontakt z Prokuraturą Krajową, by kwalifikacja tych czynów była jak najsurowsza – dodał.
O ile państwo wydaje się przyjmować twardy kurs wobec takich akcji, w odmiennym tonie sprawę skomentował w mediach społecznościowych poseł opozycyjnej Konfederacji Artur Dziambor. – Nie wierzę, że jakikolwiek atak, napad, podpalenie punktu szczepień zostało przeprowadzone przez prawdziwych tzw. anty szczepionkowców. Nikt nie jest aż tak głupi. Komuś bardzo zależy, aby taki obraz wykreować – napisał polityk.