Podwyżki dla polityków to jeden z najbardziej emocjonalnych i populistycznych tematów w debacie publicznej, okraszony sporą dawką cynizmu i hipokryzji. Czy naprawdę 6,5 tys. zł miesięcznie na rękę dla wiceministrów zajmujących się sprzedażą polskiego długu, negocjacjami z koncernami farmaceutycznymi, odpowiedzialnością za olbrzymie przetargi to wystarczające wynagrodzenie? A 8 tys. zł dla posła to wystarczająca dieta? Czy jeśli po podwyżce premier będzie zarabiał 13 tys. na rękę, to będzie jakaś tragedia? I nie chodzi o to, czy będzie to premier Morawiecki, bo tak samo dotyczyć to będzie potencjalnego premiera Tuska, Zandberga czy Kosiniaka-Kamysza. Tak samo jak dziwi dziś, że prezydent dużego miasta może zarabiać 12,5 tys. zł brutto.
Patologią nie są podwyżki, tylko ich dotychczasowy brak. Wynagrodzenia „erki” stały praktycznie w miejscu przez prawie 20 lat, a nawet więcej – w poprzedniej kadencji z powodu populistycznej decyzji Jarosława Kaczyńskiego zostały posłom przycięte (rykoszetem dostali też samorządowcy). A dziś nawet relatywnie światła część publicystów wpada w amok, że podwyżki wyniosą w niektórych przypadkach aż 60 proc., ignorując to, że mówimy o nadrabianiu zaszłości z kilkunastoletnim stażem.
Podwyżki dla polityków są jednym z tych tematów, które wojna polsko-polska uczyniła swoim zakładnikiem. A ponieważ natura nie znosi próżni, widzieliśmy efekty tego stanu rzeczy. System nagród w rządzie Beaty Szydło, który był ukrytym systemem podwyżek. Presja na zatrudnianie krewnych i znajomych w administracji i spółkach. Do tego obniżki uposażeń posłów w tamtej kadencji, które uderzyły bardziej w opozycję niż rząd, mający zaplecze w spółkach Skarbu Państwa. Tolerując poprzedni stan rzeczy, budowaliśmy system, w którym coraz trudniej było znaleźć dobrych kandydatów na podsekretarzy i sekretarzy stanu. Jednocześnie w Sejmie rosła zależność posłów od szefa ugrupowania. Z kolei w wielu samorządach prezydent czy burmistrz zarabia dużo mniej niż jego zastępcy, niepochodzący z wyboru. Na dłuższą metę to sytuacja patologiczna, chyba że powoli zmierzamy w stronę starożytnego Rzymu, gdzie pełnienie urzędów było bezpłatne. Na pewno obecny stan utrzymuje ryzyko systemowe dotyczące każdego rządu i każdej konstelacji politycznej.
Oczywiście jeśli uznamy, że nigdy nie ma dobrego czasu na podwyżki dla polityków, to tym razem nie jest inaczej. Po pierwsze, zapada w przeddzień przyjęcia Polskiego Ładu, którego podatkowe skutki rodzą obawy wielu osób. Nietrudno o oceny, że oto klasa polityczna szykuje sobie „poduszkę bezpieczeństwa” przed podatkową rewolucją. Po drugie, wykorzystanie prezydenta nie wymagało debaty publicznej, a taka będzie konieczna przy ustawie dotyczącej samorządowców czy samego prezydenta i jego poprzedników, która dziś pojawi się w Sejmie. Wreszcie po trzecie, kilka tygodni wcześniej, planując budżet na 2022 r., rząd zdecydował o zamrożeniu kwoty bazowej dla budżetówki, choć sam fundusz płac ma wzrosnąć. W praktyce oznacza to, że podwyżki w tym obszarze nie będą automatyczne, lecz zależne od decyzji kierowników poszczególnych jednostek i urzędów. Tym samym rząd naraża się na roszczenia płacowe budżetówki i związków zawodowych. Zwłaszcza gdy wdrażanie Polskiego Ładu zaczyna od siebie.
Jak widać zawsze są argumenty za i przeciw. Natomiast na pytanie, czy to dobry moment na podwyżki dla polityków, można odpowiedzieć – na pewno spóźniony. ©℗