To, że współpraca z wysłannikiem Donalda Trumpa nad Wisłą będzie trudna, było jasne jeszcze zanim Thomas Rose otrzymał oficjalną nominację na stanowisko ambasadora w Warszawie.
Na taki rozwój wydarzeń wskazywały wypowiedzi Rose’a, który już zimą 2025 r. sugerował, że ewentualne aresztowanie przez Polskę premiera Izraela Binjamina Netanjahu, ściganego przez Międzynarodowy Trybunał Karny za zbrodnie popełnione w Strefie Gazy, zaszkodzi stosunkom polsko-amerykańskim. „Donald Tusk, uważaj!!! Grożenie aresztowaniem premiera Państwa Żydowskiego w Auschwitz nie pozostaje niezauważone przez USA. Polska zasługuje na więcej!” – pisał w mediach społecznościowych.
Rose, zwolennik ruchu MAGA, nie ukrywał, że politycznie bliżej mu do obozu PiS niż do rządu tworzonego przez Koalicję Obywatelską. Na antenie wPolsce24 przekonywał, że „wybory prezydenckie to kluczowy moment dla Polski, która będzie musiała zdecydować, czy chce zbliżyć się do centrum władzy w UE, czy pozostać dumnym, suwerennym krajem, wywiązującym się ze swoich zobowiązań sojuszniczych”.
DGP dotarł przy tym do informacji wskazujących, że Rose sprzyjał Karolowi Nawrockiemu w walce o fotel prezydenta. Wspólne zdjęcie i uścisk dłoni Nawrockiego z Trumpem w Gabinecie Owalnym, wykonane na krótko przed wyborami, miały być nie tylko efektem starań polityków PiS, lecz także zaangażowania Rose’a, wówczas kandydata na ambasadora USA w Polsce.
Ambasador Rose włączył się w konflikt pomiędzy Nawrockim a Czarzastym
W tym tygodniu doszło do pierwszego poważnego kryzysu w relacjach z wysłannikiem Białego Domu. W czwartek Rose poinformował, że „ze skutkiem natychmiastowym USA nie będą utrzymywać dalszych kontaktów z Włodzimierzem Czarzastym”. Jako powód wskazał „niesprowokowane obelgi” kierowane pod adresem Donalda Trumpa.
W rzeczywistości jednak chodziło o odmowę złożenia przez marszałka Sejmu podpisu pod wnioskiem o przyznanie prezydentowi USA Pokojowej Nagrody Nobla. „Nie pozwolimy nikomu zaszkodzić stosunkom amerykańsko-polskim ani okazać braku szacunku Donaldowi Trumpowi, który zrobił tak wiele dla Polski i narodu polskiego” – stwierdził Rose we wpisie na portalu X.
Następnie agresywnie komentował wpisy internautów oburzonych jego zachowaniem. Jednemu z nich, który napisał: „Boże, chroń nas przed takimi przyjaciółmi”, odpowiedział: „Czy powinniśmy zabrać wszystkich naszych żołnierzy i sprzęt (do USA – red.)?”.
Premier Tusk słusznie wstawił się za Czarzastym. „Panie Ambasadorze Rose, sojusznicy powinni się szanować, a nie pouczać” – napisał. I w ten sam sposób powinno postąpić środowisko PiS.
Nie ma tu znaczenia, że są politycznymi przeciwnikami. Brak jedności i gotowości do stawania w obronie „swoich” osłabia nas na arenie międzynarodowej. I to nie tylko wobec sojuszniczych Stanów Zjednoczonych, bo polskim sporom uważnie przyglądają się również nasi wrogowie.
„Trump nikogo nie obraził”. Czyżby?
Dotychczas prawica nie wykazywała się szczególną asertywnością wobec szaleństw obecnej administracji USA. Nawrocki nie skrytykował prezydenta USA za jego słowa dotyczące żołnierzy NATO w Afganistanie, którzy – według Trumpa – „trzymali się nieco z tyłu” linii frontu. W mediach społecznościowych ograniczył się do stwierdzenia, że „nie ma wątpliwości, iż polscy żołnierze są bohaterami”. Były prezydent Andrzej Duda w rozmowie z RMF FM ocenił natomiast, że w tej wypowiedzi nie było nic niestosownego, podkreślając, iż Trump „nikogo nie obraził”.
Pozostaje mieć nadzieję, że niechęć do postawienia się potężnemu sojusznikowi nie będzie trwać wiecznie. Nie ma przy tym powodów do obaw, że doprowadziłoby to do załamania relacji z Białym Domem – w końcu Donald Trump szanuje silnych.