Miejsce Ziobry jest w więzieniu. Romanowskiego też. Wielu obecnych i przyszłych parlamentarzystów – również. Część z nich będzie zapewne czekała na wyrok w areszcie, część skorzysta z azylu na Węgrzech, w USA, Rosji, Izraelu albo Argentynie. Nie w tej kadencji, to w przyszłej.

Groźba „Będziesz siedział!” coraz częściej jest realizowana w polityce. Skąd ta zmiana?

Weszliśmy w polityczny cykl, w którym utrata władzy łączy się z ryzykiem utraty wolności, majątku etc. Często słusznie. Nie jest to tylko polska przypadłość. Przybywa demokratycznych państw, w których politycy przerzucają się groźbą „Będziesz siedział!”. I coraz częściej te groźby są realizowane. Wraz z radykalizującą się polaryzacją i narastaniem populistycznej fali taki klimat zapanował w demokracjach.

Jeśli działają niezależne sądy, rozliczanie polityków przez wymiar sprawiedliwości jest dobre. Ale gdy wzmaga się populizm i podziały, to niezależność, bezstronność i wiarygodność sądów w demokracjach słabną. Podobnie słabną niezależność, bezstronność i wiarygodność mediów. Zmierzamy więc raczej ku coraz bardziej brutalnej nawalance, ustawkom i zemście niż ku sprawiedliwości.

Nie ma na to łatwego i skutecznego lekarstwa. Ale widząc już, co przed nami, możemy osłabiać skutki tego procesu. Na przykład dbając o stabilność parlamentarnej reprezentacji.

Dziś azyl ma dwóch posłów opozycji, faktycznie nieuczestniczących w pracach Sejmu. W Sejmie władza ma więc większą przewagę nad opozycją, niż chcieli wyborcy. Jeżeli rozliczanie PiS będzie toczyło się sprawnie, kolejni posłowie opozycji mogą wkrótce trafić do aresztu lub również uzyskać azyl za granicą. To pozbawi grupę wyborców ich sejmowej reprezentacji, co jeszcze bardziej zmieni układ sił w Sejmie. Może zyska na tym sprawiedliwość, ale słabnąca i tak już demokracja – ucierpi.

Z zapowiedzi Zbigniewa Ziobry wynika, że po wygranych przez prawicę wyborach podobne ryzyko zawiśnie nad kilkudziesięcioma posłami obecnej koalicji rządowej. Gdyby PiS zdobyło np. 220 mandatów, wystarczyłoby w praktyce aresztowanie 20 opozycyjnych posłów, by Kaczyński do uchwalania ustaw nie potrzebował nawet Konfederacji.

Tylko że kiedy faktyczny skład Sejmu będzie ustalała aktualna większość (wyrażająca zgodę na aresztowanie) przy pomocy podporządkowanej rządowi prokuratury (wnioskującej o areszt) i dyspozycyjnych wobec ministra sędziów (wydających decyzję o areszcie), będzie to koniec naszej przygody z demokracją. A jest to nie tylko formalnie możliwe, lecz także politycznie realne.

Widok posła głosującego z celi jest przykry, ale...

Coś trzeba z tym prędko zrobić. Widzę dwa sposoby. Pierwszy: poprawka w Regulaminie Sejmu gwarantująca nieobecnym posłom (chorym, aresztowanym) zdalny – jak podczas pandemii – udział w obradach i uzależniająca zgodę na aresztowanie od stworzenia takiej możliwości przez władze penitencjarne. Można je wprowadzić od ręki na każdym posiedzeniu, aczkolwiek następny Sejm mógłby je równie łatwo zmienić.

Drugi sposób: poprawka w ustawie o wykonywaniu mandatu posła i senatora umożliwiająca – na wniosek nieobecnego posła – tymczasowe wykonywanie mandatu przez kolejnych kandydatów z listy, którzy dziś obejmują mandat w razie jego wygaśnięcia (z powodu śmierci, zrzeczenia się czy skazania). To jest trudniejsze, bo wymaga zgody prezydenta, ale też w przyszłości trudniej byłoby to zmienić.

Wiadomo, że obraz posła głosującego z celi albo z wrogiego kraju jest przykry. Ale czy demokracja nie jest warta znoszenia tej przykrości?