Prezes PiS w zarządzaniu krajem całymi garściami czerpie z wzorców pozostawionych przez Piłsudskiego. Ale taki Komendant był tylko jeden.
Lista publikacji, w których autorzy porównują Jarosława Kaczyńskiego z Józefem Piłsudskim (to zwolennicy) lub wykazują, jak mało jest podobieństw (przeciwnicy), jest już bardzo obszerna. Zadziwia przy tym, że sam bohater nigdy nie szuka, a tym bardziej nie eksponuje nasuwających się analogii. Wręcz przeciwnie – robi wszystko, by skojarzeń nie wzbudzać. Poza jednym drobiazgiem – gdy przychodzi do rządzenia partią i Polską, ciągle zachowuje się jak Piłsudski.
Reklama

Reklama
Sanacja Komendanta
Zaraz po przejęciu władzy 26 maja 1926 r. Piłsudski zaprosił na spotkanie przedstawicieli wszystkich klubów parlamentarnych. Zaczął je od krótkiego exposé. „Głównymi powodami obecnego stanu rzeczy w Polsce, to jest nędzy, słabizny wewnętrznej i zewnętrznej, były pozostające bezkarnie złodziejstwa” – oznajmił. „Wydałem wojnę szujom, łajdakom, mordercom i złodziejom, i w walce tej nie ulegnę. Moim programem jest zmniejszenie łajdactwa i utorowanie drogi uczciwości” – wyjaśnił, tak akcentując swoją wypowiedź, że słuchaczom ciarki przeszły po plecach. Choć przecież ten program polityczny nie był niczym nowym. Trzy lata wcześniej Komendant gościł u siebie w Sulejówku ministra spraw zagranicznych Aleksandra Skrzyńskiego. Podczas rozmowy przyznał, że chce zmontować stronnictwo polityczne, idące do wyborów z „programem negatywnym”. Kiedy hrabia Skrzyński zapytał, jak on będzie wyglądał w praktyce, Piłsudski odparł lakonicznie: „Bić kurwy i złodziei”. W czasach wielkiego rozczarowania wobec rządzących elit ten pomysł bardzo się obywatelom spodobał. „Hasło sanacji moralnej, rzucone przez Piłsudskiego, powtórzone z naciskiem przez premiera Bartla, było niezmiernie popularne i przysłaniało swoim dalekim zasięgiem hasło sanacji finansowej, będące podstawą poprzednich kompromisów sejmowych i ostatniego rządu koalicyjnego” – przyznawał we wspomnieniach endecki polityk, wicepremier Stanisław Głąbiński. Uzdrowienie (z łaciny sanatio) państwa miało nastąpić przez odsunięcie od władzy: skorumpowanych karierowiczów, kierujących się jedynie własnym dobrem, lub koterii, do której naleźli. Jednym słowem ukróceniem karier osób „gorszego sortu”. Jeśli bowiem przyjrzeć się samemu sednu filozofii zmiany, jaką fundował Piłsudski Polsce, to niczym nie różniła się od deklaratywnego celu Jarosława Kaczyńskiego. W głośnym wywiadzie udzielonym Katarzynie Hejke w Telewizji Republika prezes PiS oświadczył: „W Polsce jest taka fatalna tradycja zdrady narodowej, no i to jest właśnie nawiązywanie do tego; to jest jakby w genach niektórych ludzi, no tego najgorszego sortu Polaków (...). Bo proszę zwrócić uwagę, że wojna, komunizm, pewnie transformacja przeprowadzona tak, jak ją przeprowadzono, właśnie ten typ ludzi promowała, dawała mu wielkie szanse i on dzisiaj boi się, że te czasy się zmienią”. Ludzie „najgorszego sortu” Kaczyńskiego to cenzuralna wersja „kurw i złodziei” lubiącego wyrażać się dosadnie Piłsudskiego. Podobnie jak niegdyś Marszałek, prezes PiS we wspomnianym wywiadzie obiecał: „że przyjdzie czas, w którym – tak jak to być powinno – inny typ ludzi, to znaczy ludzi mających motywacje wyższe, motywacje patriotyczne, będzie wysunięty na czoło i to będzie dotyczyło wszystkich dziedzin życia społecznego, także i zresztą – gospodarczego”. Sednem sanacji Polski ma być bowiem wymiana elity w bardzo szerokim pojęciu tego słowa, bo dotyczy ono nie tylko polityki, administracji, ale też mediów, świata kultury oraz biznesu. Oficjalnie po to, by wydana „szujom i łajdakom” wojna „utorowała drogę uczciwości”.
Łapanka do grupy reprezentacyjnej
Po wyborach w 1928 r., w których najwięcej głosów zebrał Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem (BBWR), Piłsudski dobierał obsadę najbardziej eksponowanych stanowisk w państwie. Spośród kryteriów dominowały dwa: ślepe oddanie lub słaby charakter, pozwalający daną postacią łatwo kierować. Decyzją Komendanta w Senacie na fotelu marszałkowskim miał zasiąść światowej sławy okulista, twórca nowatorskiej metody leczenia jaskry, prof. Julian Juliusz Szymański. Profesor opowiadał potem, że Piłsudski po prostu wezwał go na rozmowę i oświadczył mu, iż zostanie marszałkiem Senatu. Szymański bronił się długo, nie mając ochoty brać na siebie odpowiedzialnej funkcji. W końcu uległ. Stanisław Cat-Mackiewicz w „Historii Polski od 11 listopada 1918 do 17 września 1939” twierdzi, że był to: „człowiek zacny i poważny, ale niemający nic wspólnego z polityką i o tak małym wyrobieniu parlamentarnym, że stał się przedmiotem ustawicznych docinków”. Załamany, poszedł w końcu prosić Komendanta o zwolnienie go z kłopotliwego obowiązku, dowodząc, że w polityce nie daje sobie rady i pracami izby de facto kieruje jego sekretarz. W odpowiedzi usłyszał: „Ja także na niczym się nie rozumiałem, a teraz – widzisz”, i dostał rozkaz powrotu do kierowania Senatem. Takich nieszczęsnych „Szymańskich” obóz sanacyjny, zaraz po przejęciu władzy, adoptował sporą grupę. Co wynikało z życiowej konieczności. Przez legiony Piłsudskiego przewinęło się podczas wojny niecałe 20 tys. ludzi. Większość przeżyła, co nie oznaczało, że wszyscy nadawali się do pełnienia wysokich funkcji państwowych. Poza tym przeważały wśród nich osoby przed czterdziestką. A tacy młodzieńcy niespecjalnie mogli zajmować najwyższe stanowiska. Do tego jeszcze Piłsudski nie przyjął urzędu prezydenta. „Musiałbym się niezmiernie męczyć i łamać. Inny charakter do tego jest potrzebny” – oświadczył 31 maja 1926 r. zaskoczonym posłom i senatorom, którzy na niego zagłosowali. Co w zasadzie nie odbiegało od prawdy, bo prezydent pełnił głównie funkcje reprezentacyjne i tracił masę czasu na rautach, defiladach i podczas składania kwiatów pod pomnikami, Marszałka zaś interesowała władza, a nie bycie celebrytą. Do roli tej nominował powszechnie szanowanego naukowca, rektora Politechniki Lwowskiej prof. Ignacego Mościckiego. Dla ścisłości osobę prezydenta II RP wymyślił jego kolega z uczelni prof. Kazimierz Bartel, który wiedział, jakim uwielbieniem uczony darzy Marszałka. „Mościcki rozpływał się w Piłsudskim, unicestwił się w religijnym jakimś oddaniu i nie ma mowy o tym, by mógł być dla niego głosem krytycznym” – obserwował potem Maciej Rataj. Choć początkowo profesor prezydentem nie chciał zostać. Do Warszawy przyjechał przymuszony przez Bartla oraz swoją żonę Michalinę. Ale kiedy stanął przed Komendantem, łatwo przyrzekł, że zrobi, co ten mu rozkaże. „Nazajutrz rano, po koszmarnej nocy, opanowałem się już zupełnie; byłem przygotowany na wszystko, a przyjęcie wyboru w tych warunkach uważałem za obowiązek wobec narodu” – zanotował Ignacy Mościcki w pamiętniku. Sięganie po osoby niemające szansy na samodzielne wybicie się w polityce, okazujące ostentacyjne uwielbienie dla wodza, weszło w krew również Kaczyńskiemu. W efekcie kluczowe – wedle konstytucji – stanowiska w kraju: prezydenta, premiera, marszałków; Sejmu i Senatu zajmują takie właśnie postacie. Może kiedyś uchylony zostanie rąbek tajemnicy, jak ludzie ci reagowali, gdy prezes oznajmiał im, kim mają zostać. W każdym razie do tej pory Andrzej Duda, Beata Szydło czy Marek Kuchciński ani razu nie dali powodu, by tracić wiarę w ich oddanie oraz kompletne uzależnienie od osoby Kaczyńskiego. Zaś marszałek Senatu Stanisław Karczewski w rozmowie z Konradem Piaseckim na antenie Radia Zet w ubiegłym tygodniu z rozbrajającą bezradnością wyznał: „Ja nie widzę żadnych wad u pana prezesa”. I nie jest w tym osamotniony.
Lewicowa prawica
„To nie sztuka zabić kruka ani sowę trafić w głowę, ale sztuka całkiem świeża trafić z Bezdan do Nieświeża” – głosiła rymowanka, która zaczęła krążyć po Polsce jesienią 1926 r. Rzekomo wymyślił ją sam Piłsudski podczas balu u Radziwiłłów w Nieświeżu. Jednak Marszałek nigdy się do tego nie przyznał, choć wolty politycznej, jaką wykonał, nie dawało się ukryć. Zaledwie osiemnaście lat wcześniej bojowiec PPS towarzysz „Wiktor” wraz z kompanami obrabował pociąg pocztowy na stacji w Bezdanach, w tym czasie będąc najbardziej poszukiwanym terrorystą na terenie Rosji. Awanturnicza, a do tego jeszcze lewicowa przeszłość nie mogła budzić zaufania w środowiskach biznesowych oraz konserwatywnych. Tymczasem ich pozyskanie przyszło całkiem łatwo. Jeszcze na początku czerwca 1926 r. z polecenia Komendanta Kazimierz Bartel spotkał się z dyrektorem naczelnym „Lewiatana”, czyli Centralnego Związku Polskiego Przemysłu, Górnictwa, Handlu i Finansów, Andrzejem Wierzbickim. „Mogę pana zapewnić, że ani w polityce społecznej, ani w gospodarce Marszałek nie pójdzie na żadne eksperymenty. Podstawy polityki skarbowej poprzednich gabinetów zostaną utrzymane” – obiecał Bartel. Wierzbicki zaś uznał, że warto zainwestować w tę przyjaźń.
Dla endecji nagła zmiana frontu przez wielki kapitał była równie bolesna, jak obecnie dla Platformy i Nowoczesnej to, że Forum Ekonomiczne w Krynicy przyznało tytuł Człowieka Roku najpierw Kaczyńskiemu, a następnie jego przyjacielowi – premierowi Orbanowi. Przed wojną decyzja „Lewiatana” oznaczała w praktyce ucięcie finansowania działalności politycznej endecji i przekazanie tych środków sanacyjnemu BBWR. Zaraz po przemysłowcach Piłsudski postanowił pozyskać ziemian. Zdobycie poparcia najbardziej konserwatywnej grupy społecznej oznaczało przyciąganie do obozu rządzącego ludzi o wyraziście prawicowych poglądach, odbierając tak elektorat narodowcom. Gdy z powodu konfliktu z Sejmem upadł rząd Bartla i we wrześniu 1926 r. Piłsudski sam stanął na czele nowego gabinetu, wprowadził do niego dwóch ziemian. Ministrem sprawiedliwości został Aleksander Meysztowicz, a ministrem rolnictwa Karol Niezabytowski. „Opowiedzenie się po stronie Piłsudskiego było moim pomysłem, lecz znalazłem gorące poparcie i u księcia Sapiehy (byłego ministra spraw zagranicznych – red.), i u Aleksandra Meysztowicza” – wspominał Stanisław Cat-Mackiewicz. Wkrótce Marszałek powiadomi go, że zamierza przyjechać w gości do księcia Albrechta Radziwiłła, pana na zamku w Nieświeżu. Tam 25 października 1926 r. udekorował orderem Virtuti Militari trumnę swojego adiutanta, poległego podczas wojny z bolszewikami, Stanisława Radziwiłła. Na gościa czekała cała elita polskiego ziemiaństwa. „W Nieświeżu Piłsudski postawił kropkę nad »i« w oświadczeniu, że nie jest socjalistą, nie jest radykałem społecznym, że jest człowiekiem nie jakiejś partii czy klasy społecznej, ale całej Polski” – odnotował Cat-Mackiewicz. „Piłsudskiego widać znużyło ciągłe straszenie prawicowych dziatek, że jest socjalistą. Chciał nareszcie zerwać z tym w sposób jaskrawy. Piłsudski lubił gesty jaskrawe” – dodawał. Dla PPS stanowiło to prawdziwy cios. „Lewica rozczarowana, pełna goryczy, jeszcze prawie nie mogąca uwierzyć – odstępuje to swoje dziwne bożyszcze z bólem, w zarzutach i krytyce wciąż jeszcze delikatna, nieśmiała, prawie tkliwa, jak opuszczona kochanka”– notowała pod koniec października 1926 r. w dzienniku Zofia Nałkowska. Tymczasem dawny idol socjalistów wraz z rodziną pojechał do Wilna, aby wziąć udział w uroczystej koronacji obrazu Matki Boskiej Ostrobramskiej. Za pośrednictwem arcybiskupa wileńskiego Romualda Jałbrzykowskiego inicjując szybkie zbliżenie z Kościołem. Wkrótce obóz sanacyjny mógł się pochwalić wsparciem konserwatywnej i umiarkowanej prawicy, centrum, umiarkowanej lewicy oraz przemysłowców i hierarchów kościelnych. Co wcale nie oznaczało dzielenia się władzą. Sojusznikom przypadały bowiem role reprezentacyjne. Stąd np. kierujący kluczowym Ministerstwem Sprawiedliwości Meysztowicz szybko dostał do pomocy zaufanego prawnika Marszałka Stanisława Cara i bez jego aprobaty nie mógł podjąć żadnej ważniejszej decyzji. Wpływ ziemian na politykę sanacji można porównać z tym, jaki obecnie skrzydło konserwatystów w PiS, na czele z Jarosławem Gowinem i Kazimierzem Michałem Ujazdowskim, ma na rząd. Notabene Piłsudski z czasem odciął zupełnie konserwatystów od władzy, kiedy tylko zanadto krytycznie zaczęli podchodzić do wyznaczonej im roli „kwiatka do kożucha”.
Zarządzanie rządem
„Piłsudski nie znosił samodzielnych ludzi także w gronie członków rządu” – uważał Stanisław Głąbiński. Niektórzy tacy bywali, ale na pewno Marszałek wyżej cenił sobie użytecznych i posłusznych. Sam niechętnie sprawował urząd premiera. Decydował się na to jedynie wówczas, gdy uznawał, że sytuacja stała się zbyt niebezpieczna i osobiście musi poprowadzić polityczne wojsko na pole bitwy. Gdy robiło się spokojniej, wolał przejmować sprawy kluczowe, a prowadzenie obrad Rady Ministrów, dyrygowanie urzędnikami i użeranie się z Sejmem zrzucić na innych. W razie potrzeby uwodzenia opozycji i społeczeństwa miał od tego uroczego Kazimierza Bartla. Jak mawiano: „bartlował nim parlament”. Gdy chciał zastraszyć posłów, premierem zostawał Walery Sławek lub Aleksander Prystor, wierni druhowie jeszcze z czasów PPS. „Był to niewątpliwie przyjaciel oddany mu na śmierć i życie, żyjący tylko Piłsudskim, Polską i poświęceniem” – tak Cat-Mackiewicz zapamiętał Sławka. Pomimo ich oddania w razie konieczności odgrywali jedynie rolę „zderzaków”, wymienianych na bardziej w danym momencie użyteczne. Mając pełną kontrolę nad prezydentem i premierem, Piłsudski dążył do ograniczenia roli innych instytucji. Przede wszystkim dotyczyło to parlamentu. Choć swoją karierę polityczną zaczynał jako człowiek lewicy, to po 1926 r. właśnie lewica stała się jego głównym wrogiem. Prawicę pozyskał sobie lub skłócił, z socjalistami zaś walczył ostentacyjnie. Tak – jeśli spojrzeć na rozkład głosów w wyborach parlamentarnych – wybrał sobie słabszego wroga. Na partie prawicowe głosowało bowiem ponad 40 proc. wyborców, na lewicowe dwa razy mniej. Po wyborach w 1928 r. BBWR był najsilniejszym stronnictwem w Sejmie, ale nie miał większości. „Stosunek do większości sejmowej, która jest opozycyjna, reguluje się przy pomocy dowcipnych, lecz naciąganych interpretacji przepisów Konstytucji 17 marca (Konstytucji marcowej – przyp. aut.)” – notował Cat-Mackiewicz. Choć pewnie parlamentarzystom nie było do śmiechu, kiedy za sprawą rozróżnienia między wyrazami „zwołuje” oraz „otwiera” prezydent Mościcki zwoływał Sejm, lecz nie otwierał obrad, tak na polecenie Piłsudskiego blokując pracę parlamentu. Innym sposobem na wyprowadzanie przeciwników z równowagi stała się brutalizacja języka. „Kiedy mówił wyrazy ordynarne, spotykało się to z protestem wśród piłsudczyków. Jeden z nich zapytał go, dlaczego to robił. Piłsudski odpowiedział: »Bo nie chcę, aby oburzenie w Polsce zarosło błoną podłości, chcę tę błonę przerwać«” – twierdził Cat-Mackiewicz. Inna sprawa, że przy tym udawało się Komendantowi w sposób bardzo obraźliwy zarzucić politycznym oponentom: niemoralność, podłość, zdradę. Publicznie ich poniżyć.
„Otóż mówiąc najkrócej, kiedyś – mając przy tym poparcie niemałej części wymiaru sprawiedliwości – broniliście złodziei. Teraz bronicie terrorystów” – oświadczył opozycji w Sejmie Jarosław Kaczyński przed głosowaniem nad przyjęciem ustawy antyterrorystycznej. Taka forma retoryki to u niego nic nowego. Podobnie jak pomysł na zarządzanie krajem rękami użytecznych w danym momencie premierów. Kiedyś był to cieszący się wielkim autorytetem moralnym Jan Olszewski, potem uroczy Kazimierz Marcinkiewicz, dziś zasadnicza i ślepo oddana Beata Szydło. Jej poprzednicy wypadali z polityki, gdy tylko przestała ich otaczać opieka Kaczyńskiego. Co niczym nie różniło się od losu Kazimierza Bartla, zmuszonego wrócić do pracy naukowej na Politechnice Lwowskiej, czy zesłanego do Senatu Aleksandra Prystora. Choć na pewno jest lepsze od tego, jak skończył Walery Sławek, który wypchnięty na margines życia politycznego po prostu się zastrzelił.
Niespokojny duch
„Jako człowiek bojowy nie mógł żyć bez walki wewnętrznej, gdy nie prowadził bojów z wrogami zewnętrznymi” – zauważał Stanisław Głąbiński. Całe dorosłe życie Marszałka faktycznie było nieustanną walką. Począwszy od dnia, gdy mając dwadzieścia lat, przetrwał marsz w śniegu z Tomska do odległego o 1,5 tys. km Irkucka. Inni zesłańcy umierali po drodze, on doszedł i miał dość sił, by podburzyć więźniów przeciw eskorcie. Od uderzenia kolbą karabinową w twarz stracił dwa przednie zęby, a pobity do nieprzytomności przez żołnierzy cudem przetrwał w lochach więzienia w Kireńsku. Potem całe życie trzymał się własnej zasady, że „głową muru nie przebijesz, ale jeśli zawiodły inne metody, należy spróbować i tej”. Jeśli mógł walczyć otwarcie, nie wahał się. Gdy za konieczne uważał obrabowanie banku lub pociągu, robił to. Podobnie nie miał oporów przed zamachami na przedstawicieli cara lub kolaborantów. Kiedy uznawał, że współpraca z wywiadem wrogiego Rosji mocarstwa przyniesie profity, podejmował ją. Jeśli czuł się za słaby, kluczył i oszukiwał, czasami cofał, aby porażka nie przekształciła się w totalną klęskę, lecz tylko po to, żeby wrócić i znów atakować. Jedna rzecz pozostawała niezmienna – nieustanne dążenie do zdominowania przeciwnika i swojego otoczenia. „Piłsudski grał ludźmi. Szukał ludzi wybitnych, zdolnych, mocnych i oto starał się im narzucić swoją wolę różnymi sposobami” – twierdzi, mogący obserwować go z bliska, Cat-Mackiewicz. „Wynika z tego, że nerwy Piłsudskiego zawsze były w próbie sił z nerwami innych ludzi i że zawsze był górą tylko mocą tego dziwnego fluidu psychicznego” – dodaje. Tak Marszałek funkcjonował, dopóki starczało mu sił i zdrowia. Ale około roku 1930 mocno na nim podupadł. Być może zaczynała się już niezdiagnozowana choroba nowotworowa. „I oto był zmęczony. W czasie swej dyktatury nie szuka już indywidualności gotowych stawić mu czoło, spierać się, mieć własne zdanie. Przeciwnie, ucieka od takich indywidualności. Nie szuka już kontrowersji, żąda, by go słuchano i nie nudzono kontrargumentami czy własnym zdaniem” – obserwował Cat-Mackiewicz. Gdy Wieniawa-Długoszowski rekomenduje mu zaproszenie do współpracy z obozem sanacyjnym Aleksandra Skrzyńskiego, bo to bardzo inteligentny człowiek, Piłsudski jedynie machnął ręką. „Mój kochany, ja już jestem teraz tak zmęczony, daj mi spokój ze swoimi inteligentnymi ludźmi” – oznajmił. Nadal jednak szarpał rządem, rugał ministrów, a w razie uznania tego za konieczne, wymieniał premierów. Z ludźmi zbyt inteligentnymi byłoby to trudniejsze dla coraz mniej energicznego wodza. Kluczowych nici władzy, jakie trzymał w rękach, nie wypuścił niemal do samego końca.
Kolejne wybory personalne Kaczyńskiego wskazują, że i on przechodzi podobną drogę. Zbyt błyskotliwe osobowości i samodzielnie myślący politycy, jak Ludwik Dorn, Paweł Zalewski czy Paweł Kowal, już dawno zostali wypchnięci z PiS. Ich miejsce zajęli bezbarwni aparatczycy, niezdolni do zamęczania prezesa dyskusją, za to ochoczo wykonujący polecenia. Na tym tle zaskakujący wyjątek od reguły stanowi Mateusz Morawiecki. Ale Jarosław Kaczyński nadal nie zatracił swojej wojowniczości, która jest jego najbardziej charakterystyczną cechą polityczną. Na pewno przez cały swój okres istnienia III RP nie pojawił się inny polityk w tak naturalny i konsekwentny sposób dążący do zdominowania swojego otoczenia. Spostrzeżenie Cata-Mackiewicza o „dziwnym fluidzie psychicznym” i w tym przypadku wydaje się nadzwyczaj celne. Szarpiący premierem i ministrami prezes PiS może kojarzyć się z Marszałkiem, tym bardziej że czerpie z jego spuścizny całymi garściami. Jednak są różnice, jakich nie da się pokonać. Heroicznej przyszłości, udziału w brawurowych przedsięwzięciach i odwagi nawet najzacieklejsi wrogowie nie śmieli Piłsudskiemu odmówić. Komendant nieraz też dowiódł swoich wielkich taktycznych i strategicznych zdolności. Potrafił wytrzymywać wielką presję oraz nie tracił zimnej krwi. I posiadał jeszcze jeden, bardzo rzadki atut. „Jednej tylko rzeczy, jednej tajemnicy ani moja, ani żadna inna książka o Piłsudskim nie wyjaśni. Tajemnicy miłości, którą do siebie wzbudzał” – podkreślał Stanisław Cat-Mackiewicz w książce „Klucz do Piłsudskiego”. A trzeba pamiętać, że pisał te słowa wileński konserwatysta, jeden z ziemian wykorzystanych przez Marszałka do rozszerzenia bazy społecznej sanacji, a potem zepchnięty na margines życia politycznego. Pomimo takiego potraktowania, a także różnic ideowych Cat-Mackiewicz (jak i wielu innych) nie potrafił ukryć uwiedzenia, jakiego doświadczył, poznawszy bliżej Marszałka. „Rozmawiałem raz w życiu z Dmowskim, przeciwnikiem Piłsudskiego. Powiedział mi, że Piłsudski miał »duszę wodza«. Miłość ludzi oplotła postać komendanta, brygadiera, marszałka i ta miłość była wielkim kapitałem Polski za jego życia i jest, i daj Boże, by pozostała kapitałem Polski po jego śmierci” – pisał z oddaniem. Takiego uwodzenia ludzi żaden polityk się nie nauczy, z tym talentem można się tylko urodzić.

Kup w kiosku lub w wersji cyfrowej