Przez ponad pięćdziesiąt lat mojej pracy to władza była głównym celem robienia kabaretu. Pokazywałem Polakom, że rządzą nami ludzie niegodni, złodzieje, oszuści, łajdaki, zdrajcy. To mnie inspirowało, dawało silną motywację, chciało się robić o tym kabaret. Teraz po raz pierwszy uważam, że Polsce bardziej szkodzi opozycja niż władza

Pamięta pan, w którym momencie stał się zwolennikiem Prawa i Sprawiedliwości?

Nie, nie pamiętam, ponieważ takie poglądy mam od dawna.

W 2005 roku poparł pan PiS w wyborach.

Poparcie w wyborach jest sprawą drugorzędną, to był formalny gest.

No dobrze, kiedy stał się pan PiS-owcem?

W 1991 roku. Kiedy jeszcze długo, długo PiS nie było. I uważam, że to PiS do mnie się przyłączył, a nie ja do PiS. Ta partia po prostu dorosła do moich poglądów, nie musiałem nic specjalnie przykrawać. Zresztą kiedy PiS powstawał, nie miałem pojęcia, co z tego wyrośnie. Specjalnie się tymi partyjkami, które były w różnych latach, nie przejmowałem.

W 1995 roku startował pan w wyborach prezydenckich jako kandydat niezależny.

Już?

Już. Z panem jak z Lechem Wałęsą, podobna niecierpliwość.

Po zadaniu pytania trzeba dać szansę odpowiedzieć, a nie paplać, co ślina na język przyniesie.

Słucham pana.

Proszę pani, powiedziałem pani, że moje poglądy są dosyć stabilne. Na początku lat 90. rozczarowałem się nieco do wolnej Polski, której byłem wielkim admiratorem i entuzjastą.

Strasznie szybko.

Szybko, bo zobaczyłem, że sprawy idą w złym kierunku, że rządzą nami ludzi niegodni. Kłamią, oszukują. Jak w PRL. A przecież główną nadzieją końca PRL było to, że rządzić będzie prawda. Mądrzy i uczciwi ludzie. Tylko tyle. Nie za duże wymagania miałem. Okazało się, że nie są ani mądrzy, ani uczciwi. Stanąłem do wyborów prezydenckich, choć nie miałem nadziei ich wygrać.

Z przekory też pan tego nie zrobił.