Przez ponad pięćdziesiąt lat mojej pracy to władza była głównym celem robienia kabaretu. Pokazywałem Polakom, że rządzą nami ludzie niegodni, złodzieje, oszuści, łajdaki, zdrajcy. To mnie inspirowało, dawało silną motywację, chciało się robić o tym kabaret. Teraz po raz pierwszy uważam, że Polsce bardziej szkodzi opozycja niż władza

Pamięta pan, w którym momencie stał się zwolennikiem Prawa i Sprawiedliwości?

Nie, nie pamiętam, ponieważ takie poglądy mam od dawna.

W 2005 roku poparł pan PiS w wyborach.

Poparcie w wyborach jest sprawą drugorzędną, to był formalny gest.

No dobrze, kiedy stał się pan PiS-owcem?

Magdalena i Maksymilian Rigamonti / Dziennik Gazeta Prawna

W 1991 roku. Kiedy jeszcze długo, długo PiS nie było. I uważam, że to PiS do mnie się przyłączył, a nie ja do PiS. Ta partia po prostu dorosła do moich poglądów, nie musiałem nic specjalnie przykrawać. Zresztą kiedy PiS powstawał, nie miałem pojęcia, co z tego wyrośnie. Specjalnie się tymi partyjkami, które były w różnych latach, nie przejmowałem.

W 1995 roku startował pan w wyborach prezydenckich jako kandydat niezależny.

Już?

Już. Z panem jak z Lechem Wałęsą, podobna niecierpliwość.

Po zadaniu pytania trzeba dać szansę odpowiedzieć, a nie paplać, co ślina na język przyniesie.

Słucham pana.

Proszę pani, powiedziałem pani, że moje poglądy są dosyć stabilne. Na początku lat 90. rozczarowałem się nieco do wolnej Polski, której byłem wielkim admiratorem i entuzjastą.

Strasznie szybko.

Szybko, bo zobaczyłem, że sprawy idą w złym kierunku, że rządzą nami ludzi niegodni. Kłamią, oszukują. Jak w PRL. A przecież główną nadzieją końca PRL było to, że rządzić będzie prawda. Mądrzy i uczciwi ludzie. Tylko tyle. Nie za duże wymagania miałem. Okazało się, że nie są ani mądrzy, ani uczciwi. Stanąłem do wyborów prezydenckich, choć nie miałem nadziei ich wygrać.

Z przekory też pan tego nie zrobił.

Z powodów czysto poznawczych, z ciekawości socjologicznej i politycznej. Chciałem zobaczyć, jak od środka wygląda taka kampania wyborcza. A ponadto chciałem sprawdzić, ile osób na mnie zagłosuje.

Zagłosowało ponad 200 tysięcy.

Jeśli byłoby ich więcej, w granicach 3–4 procent, to założyłbym partię. To był mój cichy, chytry plan.

Czyli kalkulował pan.

Tak, kalkulowałem, że jeśli byłoby sporo ludzi mnie popierających, spróbowałbym założyć partię. Ale ponieważ miałem ponad 1 procent poparcia, to machnąłem ręką.

Ile pan wtedy wydał pieniędzy na kampanię?

Nie za bardzo pamiętam. Kilkanaście tysięcy. Na jeden billboard nie było mnie stać. Spotykałem się z ludźmi. Pierwszy raz w życiu miałem wtedy kierowcę, bo sam nie dawałem rady jeździć ze spotkania na spotkanie. I po raz pierwszy w życiu próbowałem nie żartować. Ale to jest odległa historia, niezbyt istotna w życiu narodu.

Ale dla pana istotne wydarzenie.

I bardzo ciekawe przeżycie. Od tamtej pory z dużym przekonaniem zacząłem mówić o polityce. Znałem już kulisy, wiedziałem, jak się wybiera ludzi, na czym polegają mechanizmy.

Jeszcze pan wejdzie w politykę?

Pani żartuje? Raz spróbowałem, naród nie skorzystał. I uważam, że się pomylił. Była możliwość, aby powstała inna Polska. Przecież wtedy Kwaśniewskiego wybrali, ta cała mafia powstała, ta cała złodziejska prywatyzacja, szarpali Polskę, rozkradali. Z moich obserwacji wynika, że w polityce nie liczą się poglądy polityczne, tylko uczciwość i mądrość. Jak się wybiera głupców i złodziei, to nie może się dobrze dziać. Lewica czy prawica to są niuanse, wszystko się pomieszało, hierarchie się zachwiały. Lewica powinna się zajmować klasą robotniczą, społecznymi sprawami, a zajmuje się tym PiS. A SLD, niby lewicowa, a była partią wszystkich menedżerów, białych kołnierzyków.

Ale pan był liberałem, zwolennikiem wolnego rynku.

Jak najbardziej.

Był pan też za karą śmierci.

W kampanii wyborczej. W tematy moralno-prawne byłem wpuszczany tylko na zebraniach wyborczych. Wtedy popierałem karę śmierci i do dziś uważam, że ma ona sens w pewnych szczególnych przypadkach, ludzi bestii na przykład, koszmarów różnych, zbrodni przeciwko narodowi. Nadal też jestem zwolennikiem wolnego rynku. Jestem przekonany, że można połączyć wolny rynek z troską o społeczeństwo, jedno drugiego nie wyklucza. I myślę, że PiS właśnie tak działa, załatwia sprawy społeczne, które zawsze mi były bliskie. Uważam, że władza też po to jest, żeby pomagać ludziom. Proszę pani, ja nie jestem doktrynerem, nie muszę mieć poglądów spisanych według jednej ideologii. Ja mogę być chimeryczny.

Pan zajmuje się satyrą polityczną. Ale nie słyszałam, żeby pan się śmiał z PiS.

Pani rzadko do kabaretu przychodzi.

Koledzy mówią, że PiS pan oszczędza.

Powiadam pani, że rzadko pani do kabaretu przychodzi. Gramy co tydzień, a były lata, że częściej, i dużo było żartów o tej partii. O braciach Kaczyńskich śpiewaliśmy piosenkę „Jeżeli rządzić, to nie indywidualnie”, przerobioną z Wasowskiego i Przybory. Bardzo to było śmieszne. Różni koledzy pisywali też teksty. Przy czym ja zajmowałem się zawsze tymi, którzy realnie Polską rządzą, bo oni mają wpływ na Polskę, czy ją psują, czy podnoszą, czy wyciągają z błota.

No to teraz ma pan pole do popisu.

Od początku rządów Platformy byłem przekonany, że to jest szkodzenie Polsce. Za rządów PO mój kabaret był antyrządowy.

A teraz jest prorządowy.

Teraz z profesjonalnego punktu widzenia mam bardzo ciekawą sytuację. Przez ponad pięćdziesiąt lat mojej pracy to władza była głównym celem robienia kabaretu. Pokazywałem Polakom, że rządzą nami ludzie niegodni, złodzieje, oszuści, łajdaki, zdrajcy. To mnie inspirowało, dawało silną motywację, chciało się robić o tym kabaret. Teraz po raz pierwszy uważam, że Polsce bardziej szkodzi opozycja niż władza. Na stare lata dożyłem przeskoku.

I z kabaretowego punktu widzenia nic ciekawego, żadnej rysy nie widzi pan w obecnej władzy?

Wiele rys jest.

Czyli jest się z czego śmiać?

Z całą pewnością.

Tylko czy pan będzie to robił?

To ja wybieram sobie, z czego chcę się śmiać. Jestem artystą, mam swoje kaprysy, intuicje, nie wszystko jest racjonalne, ktoś mi się podoba, ktoś nie. Taki mam luz, przywilej. To jest wygodna posada, mówić o wszystkim, co się chce, nie pytać nikogo o zdanie. Pani rozumie, że ludzie mają swoje poglądy, swoje zasady, swoje chimery? Ja też mam. I nikt mną nie manipuluje. Sprawdzam tylko, kto i jak szkodzi Polsce. I jeszcze raz pani mówię, że teraz władza szkodzi mniej niż opozycja. Te sędziowskie bunty, donosy do Brukseli, te marsze KOD to jest bezczelna próba obalenia demokracji... Opozycji władza się nie podoba, bo to nie oni wygrali, nie ich wybrano, więc mam na nich oko, na tych ancymonków. I o nich będę mówić i śpiewać.

Przecież pan wie, że bez opozycji nie ma demokracji, że to opozycja patrzy na ręce władzy.

A ja pani mówię, że przez całe moje życie popierałem opozycję, nawet w PRL z opozycji nie żartowałem, a były silnie naciski: „Wicie, rozumicie, Pietrzak, opozycji nie widzicie w tej waszej satyrze... ”. A teraz to się zmieniło.

Kim pan jest dla PiS? Bardem? Symbolem? Kimś, kto pomaga?

Niech pani ich zapyta. Dla mnie ludzie dzielą się na tych, którzy przychodzą do mojego kabaretu, i na tych, którzy nie przychodzą.

Czyli na lepszy i gorszy sort.

Mój sort to jest moja publiczność. I tych ludzi szanuję, bo nie boją się słuchać prawdy, niezależnie od ich poglądów. Niedawno na przykład na widowni zobaczyłem byłego wicepremiera i ministra kultury z czasów PRL, pana Tejchmę. Uważam, że w Polsce jest wspólnota śmiechu, to jest moja organizacja podstawowa. Otóż ludzie mogą mieć różne poglądy, ale mogą być jednocześnie w tej samej wspólnocie śmiechu.

Z którymi politykami PiS jest pan we wspólnocie śmiechu?

Z tymi, którzy przychodzą na moje przedstawienia. Jest ich bardzo wielu.

Kto?

Premier Szydło kiedyś była, jeszcze jako poseł. Jarosław Kaczyński to jeszcze w 1976 roku był. Wtedy pierwszy raz śpiewałem „Żeby Polska była Polską”. Rozmawiałem z nim o tym, powspominaliśmy. Rozczulił się. Powiadam, przychodzili ludzie różnych poglądów. „Gazeta Wyborcza” oczywiście wyciąga, że Cyrankiewicz przychodził. Przychodził, jak go wyrzucili, bo sobie przypomniał, że przed wojną był inteligentem. Wałęsa też przychodził. Był fantastycznym widzem, emocjonalnym, podskakiwał na widowni, krzyczał. Jak był żart o nim, to wbiegał na estradę i się kłaniał. Już jako prezydent. A w stanie wojennym jeździliśmy do księdza Jankowskiego, żeby Wałęsie zagrać na plebanii. Niestety, jest moim wielkim rozczarowaniem. Zresztą nazbierało się sporo postaci, którymi się rozczarowałem. Choć i tak uważam, że ludzi trzeba łączyć, a nie dzielić. Śmiech łączy.

Niech pan dzwoni do prezesa Kurskiego z propozycją programu, w którym będzie pan łączył Polaków.

Nie będę dzwonił do Kurskiego. Jak on chce coś ode mnie, to niech dzwoni. Proszę pani, co pani mi tu sugeruje? Od dawna mówię, że trzeba zmniejszać podziały. Podam pani przykład: od kilku lat staram się, żeby w stolicy stanął pomnik Bitwy Warszawskiej. Wielokrotnie bywałem w tej sprawie u wiceprezydentów stolicy, pani prezydent nie chciała ze mną rozmawiać. Tłumaczyłem, że to jest pomnik ponad podziałami, mamy za sobą przeszłość, swoich przodków, dziadków, pradziadków, którzy walczyli z bolszewikami. Skąd wiemy, w jakiej partii by teraz byli, zresztą co nas to obchodzi. To po prostu byli Polacy, którzy walczyli o nasz los. A Polacy mają wspólny mianownik niezależnie od tego, czy ktoś przed wojną miał dziadka w PPS, czy w ONR. To są rzeczy drugorzędne w wymiarze historycznym. Zresztą jestem pewien, że awantury i nienawiści są nam narzucone. To jest celowa praca, myślę, że robiona na polecenie Moskwy. Na mnie niektórzy ludzie z PO od początku sprawiali wrażenie agenturalne, jakby dostali polecenie zniszczenia kraju. I niszczyli. Przemysł kasowali, wojsko skasowali. Za samo rozpędzenie wojska powinni pójść do więzienia. Naród z taką przeszłością, z taką historią, przez wieki atakowany, mordowany, raptem sam się pozbawia armii? Tylko wróg może tak działać. Na tle PO rząd PiS jest najlepszy z możliwych. No więc z kogo mam żartować? Ja mam swoje poglądy i je wyraźnie formułuję.

Pan jest w bardzo dobrym nastroju.

Całe życie jestem, dlatego ludzie bilety kupują. Chce pani, żebym rzęził, marudził, rozpłakał się? O co pani chodzi? Pani się nie podoba, że ja jestem w dobrym nastroju? Wywalczyłem sobie sferę wolności przez swoje 56 lat pracy. Mogę mówić to, co uważam za stosowne. Dlatego mi się ta praca nie nudzi, nie narzekam, publiczność przychodzi mnie posłuchać. Mam świetnych kolegów, wesołą robotę. Jakieś pieniądze też się zarabia. A przede wszystkim Polska idzie po sukces.

Będzie pan miał swój program w telewizji publicznej?

Teraz telewizja i radio, jak mówią niektórzy moi koledzy, są nasze, ale mnie to nie dotyczy. Miałem w Warszawskim Ośrodku Telewizyjnym mały programik przez letnie miesiące „Z szafy Pietrzaka”, ale już nie mam.

Marcin Wolski czeka na pana z otwartymi rękami.

Nie czeka, wręcz przeciwnie. W wywiadzie powiedział, że jestem za stary i nie zamierza ze mną robić żadnych programów. Mój przyjaciel, młodzieżowiec...

O Fedorowiczu powiedział, że jest stary i ma z nim optyczny problem. A o panu, że będzie chciał robić benefis na pana 80. urodziny w przyszłym roku.

Mniejsza z tym. Przeczytałem, że jestem dla niego, do TVP 2, za stary.

Oj, obraził się pan.

Nie zamierzam się obrażać na mojego kolegę Wolskiego. Uśmiałem się. Jak człowiek dorwie się do władzy, to mu się punkt widzenia zmienia. Stara zasada.

W telewizji publicznej jest blokada na Pietrzaka?

Proszę pani, pani jest dziennikarką, niech pani spyta, czy jakakolwiek moja piosenka w ostatnim tygodniu pojawiła się na którejś antenie Polskiego Radia.

Niedawno w radiowej Trójce był reportaż o cenzurze w PRL, którego pan był głównym bohaterem.

Widocznie ktoś tu był i mnie nagrał. Ale moich piosenek nie było. Niech pani spyta, czy fragment mojego kabaretu był pokazywany w kanałach telewizji publicznej. Nie było prawie nic. Tylko raz, w zupełnie niszowej stacji TVP Kultura, był fragment programu, który zagrałem dla przyjaciół w Klubie Ronina. Amatorskie nagranie, pół mikrofonu, światło byle jakie. Raban się zrobił, „Gazeta Wyborcza” nikczemnie mnie napadła, wściekłość na tych portalach uzależnionych od „Wyborczej” była wielka.

Pan wtedy mówił o PO jako o wszach, mendach, gnidach i pluskwach.

Bardzo dobry żart, wyrafinowany i lekki. Dotyczył jednego posła, Stefana Niesiołowskiego, który jest entomologiem, owadologiem. Powiedziałem, kto go wybrał. Manipulanci i oszuści przekręcili, że mówię o całej Platformie. Niesiołowski zachowywał się w ostatnich latach niegodnie, dla mnie on, obok Palikota, jest w czołówce nikczemników. Jego zadaniem było niszczenie dyskursu, sianie nienawiści i to, żeby Polacy nie mogli żyć w zgodzie. Widzi pani, pojawiłem się przypadkowo, w kanale, który ogląda jedna osoba dziennie, i taki raban. Gdybym przez te wszystkie lata raz w miesiącu występował w telewizji, Polska byłaby inna.

Jaka by była?

Byłaby Polską wolnych ludzi. Ta sytuacja pokazała, jaką ja mam siłę rażenia, jak się strasznie mnie boją, jak mnie chcieliby przegonić ze wszystkich miejsc. Jestem groźny, bo mówię, co myślę. Nie zawsze byłem stary, za to zawsze mówiłem rzeczy, których nikt inny nie mówił. Między Łabą a Władywostokiem przez dziesiątki lat nikt nie mówił rzeczy takich jak ja. Przecież przez ostatnie 25 lat ludzie robili kabarety, ale nie zajmowali się polityką, edukacją, gospodarką, nie obchodziły ich ważne sprawy publiczne.

Wydaje mi się, że Kabaretowi Moralnego Niepokoju Roberta Górskiego zdarzało się zajmować polityką i mówić o sprawach społecznych.

Być może się zdarzało, co lepszym się zdarzało. Pani mnie w jakieś nazwiska wpuszcza, a ja mówię, że generalnie było inaczej. Poprawność polityczna tu rządzi. A przecież mieli szansę, żeby uprawiać świetną satyrę. U mnie kabaret polega na tym, że są dwa elementy na bardzo wysokim poziomie – literackie teksty i aktorstwo. Teraz takich kabaretów nie ma. Telewizja je zniszczyła. Władzy nie podobali się ci satyrycy, którzy zajmowali się istotą problemów, a nie tylko powierzchnią zjawisk. A takich jak ja, którzy mieli odwagę mówić, jak jest naprawdę, nie wpuszczano do mediów. A w tym radiu, o którym pani wspomniała, to o cenzurze mogłem się wypowiedzieć, bo jestem od niej ekspertem. Do dzisiaj mnie cenzurują różne świnie. Ludzie, którzy udają demokratów i liberałów, a tak naprawdę są przeciwko wolności.

Które świnie?

Wolność słowa nie polega na tym, że można mówić, co się chce, tylko na tym, że jest do kogo mówić. Problem zaś polega na tym, że ja jestem ograniczany, zajmują się tym ludzie, których umownie nazywam świniami.

Może budzi pan strach nawet w obecnej władzy, której pan sprzyja.

Możliwe. Boją się mojej nieprzewidywalności, nieposłuszeństwa, moich hopsztosów, moich żartów. Bo żart dla mnie nie ma limitów.

Ze Smoleńska pan nie żartuje. Byli tacy, co żartowali.

Przecież od początku pani mówię, że żartuję z tego, co mnie śmieszy, co mi się podoba, co według mnie jest powodem do żartów. Co by pani chciała, żeby z tragedii żartować?

Ja bym nie chciała.

Na mnie nikt nie ma wpływu. No, może poza moją żoną i dziećmi. I czasami psem. Taki człowiek jak ja jest utrapieniem dla innych ludzi, nawet dla kolegów z mojej branży, którzy cały czas usiłują się komuś zasłużyć, podlizać, załatwić jakieś pieniądze, chałturę.

Środowisko kabaretowe też jest podzielone politycznie. Przecież Jacek Fedorowicz to pana kolega.

Z młodości. Jak już w „Wyborczej” zaczął pisać, to przestał mi się podobać.

Jak to się stało, że jesteście po dwóch stronach barykady?

Nie mam pojęcia, ja nie przechodziłem na żadną inną stronę barykady. Moja droga jest prosta, żadnych barykad nie wznosiłem, nic nie oszukuję. Były lata, że Fedorowicz przychodził do kabaretu i był zdumiony tym, co mówię.

Kiedy?

W karnawale Solidarności. Gratulował mi odwagi. Nawet się zdarzyło, że razem staliśmy na barykadzie, kiedy był strajk komunikacji warszawskiej. Przez kilka godzin na podeście, na rondzie w centrum Warszawy zabawialiśmy publiczność. Niesamowity nastrój. A potem, cóż... Nie odpowiadam za losy moich kolegów, czego się trzymali, jakich racji. Wielu ludzi dotknął oportunizm. Nie chcieli się narażać, szli tam, gdzie dawano zarobić. Wpychano ich do telewizorów w nagrodę za to, że byli grzeczni. Ale nie chcę osądzać ludzi ze swojego środowiska. W moim kabarecie było wielu takich, z którymi spędziłem całe lata, siedzieliśmy razem w garderobach, jeździliśmy latami po trasach, mieliśmy takie same poglądy. Kawał kolorowego, niezłego życia. W moim zawodzie żyje się barwnie i wesoło. Praca z ludźmi wrażliwymi i dowcipnymi jest swoistą premią. Mało kto ma taką posadę, że idzie do pracy z radością. Ale jak widać, nawet w naszym środowisku, tak zżytym, pojawiły się straszliwe rysy. Samo się nie stało. Ktoś nad tym pracował. Pani jest dziennikarką, niech pani to rozszyfruje. Ja jestem intuicyjny artysta. Nie mam dostępu do tajnych danych. Nie czekam na żadne etaty, propozycje, bo wiem, że nikt się za mną nie ujmie, bo przez te 56 lat sobie wrogów narobiłem. Sam odpowiadam za swój los. Z jednej strony wielki luksus, z drugiej ponosi się konsekwencje.

A jeszcze z innej, chciałoby się być w mediach. Żal pan ma do nich.

Nie mam żalu.

Jan Pietrzak zaczyna śpiewać: Nie mam żalu do nikogo, tylko do ciebie, stonogo...

To nie jest problem żalu, tylko czystego marketingu. Media się przydają, kiedy rozpoczynamy sezon, można powiedzieć o nowym programie, zareklamować. Jak ktoś w mediach powie dwa słowa, że mój kabaret rozpoczyna granie, to zawsze jest lepiej.

Mogę powiedzieć, tylko nie wiem, czy to pana urządza.

Gramy od 14 października w hotelu Victoria. I wiem, że ludzie przyjdą. Cały czas przychodzą, choć często zmieniam adresy i muszą mnie szukać. Bardzo się cieszę, że przeżyłem swoje życie godnie, że powiedziałem parę słów, które zapamiętały miliony moich rodaków, kilka moich refrenów i powiedzeń. W gruncie rzeczy uważam się za człowieka sukcesu, choć raz z jednej, raz z drugiej strony jestem kopany. Co i raz różni niezdolni koledzy nadają, że PZPR mi na wiele pozwalała i dlatego mogłem mówić to, co mówiłem.

I koledzy, i niekoledzy tak mówią.

Na początku lat 90. się zaczęło. To przez czarną propagandę Urbana. On tak o mnie notorycznie pisał, od kiedy wydaje to swoje świńskie pisemko. Co tydzień coś o mnie było tylko po to, żeby mnie opluć. Nie mógł wybaczyć, że dalej funkcjonuję, żyję, że mnie nie zniszczyli. Różni potem zaczęli powtarzać to, co nie ma nic wspólnego z prawdą.

To, że pan nie był żadnym opozycyjnym artystą, tylko działał za zgodą władzy.

Fałsz. Zaraz pani przyniosę moją książkę „Jak obaliłem komunę”. Tu w niej jest zebranych wiele dokumentów, takich jak choćby ten: „Prowadził negatywną działalność polegającą na prezentowaniu satyry politycznej skierowanej przeciwko budownictwu socjalistycznemu, polityce PZPR, Związkowi Radzieckiemu. Bardzo często występy Pietrzaka odbywają się bez zezwolenia, zawierają nieocenzurowane teksty”. I dalej: „W swoich programach prezentuje wrogie treści skierowane przeciwko polityce PZPR związane z ekstremalnym skrzydłem Solidarności”. To jest część notatek na mój temat. Dostałem te z lat 70. i 80. Nie mam z 60., kiedy mnie wyrzucali z Hybryd za demoralizację socjalistycznej młodzieży. Do tej pory tych akt w IPN nie znaleziono. Powtarzam, że jak ktoś mówi, że władza mnie popierała, to kłamie. To jest jeszcze gorszy sort ludzi niż UB. Ci targani swoją niemocą twórczą, oportunizmem i tchórzostwem nie mogą znieść tego, że ja tyle lat pracuję i daję radę. W PRL był jakiś wysoki rangą Pietrzak w milicji. Przez lata słyszałem, że to jest mój wujek czy stryjek i on mnie popiera. Nie znałem człowieka. Ale zmowa UB i niezdolnych kolegów cały czas trwa. Najważniejsze, że mogę spokojnie patrzeć w przyszłość, mam czyste sumienie, porządek w szufladach. Czego można chcieć więcej?

Pan jest na emeryturze?

Tak, mam 2170 złotych. Naliczyli mi od 15. roku życia.

Bo pan był w szkołach wojskowych.

Tak, choć w wojskowej szkole byłem od 11. roku życia, ale cztery lata mi urwali. Gdyby nie wojsko, to miałbym dużo mniej, bo przecież pracowałem głównie na półetatach. Moje dzieciństwo polegało na tym, że ja się wychowywałem w czasie wojny, w gruzach Warszawy, byłem kompletnie rozbity i wojsko mnie uratowało. Dawno bym nie istniał.

Na początku lat 70. był pan dyrektorem TVP.

Kierownikiem redakcji estradowej. Przez jeden rok. To był czas odwilży gierkowskiej. W kabarecie była mniejsza cenzura. Miałem sporą popularkę. Kilkadziesiąt programów przez ten rok zrobiłem. Co pewien czas były wielkie awantury i w końcu Maciej Szczepański, prezes telewizji, mnie wyrzucił. Ale nie za politykę, nie rozumiał aluzji, choć pozwalałem sobie na dużo. Jemu przeszkadzał za duży dekolt Kaliny Jędrusik i to, że Niemen wystąpił w jednym z programów. „Co ten wyjec tutaj robi?” – mniej więcej taki poziom prezentował prezes Szczepański. No, ale świeć, Panie, nad jego duszą. Kilka lat później do „Szpilek” mnie przygarnęli. Byłem tam sekretarzem redakcji, ale miałem etat gońca, bo władza nie zgadzała się na inny. To było z jednej strony upokarzające, a z drugiej etat był ważny, bo miałem wtedy małe dzieci, trzeba było gdzieś pracować.

Wtedy był pan jeszcze członkiem PZPR?

Po cichu się wypisałem. Przestałem płacić składki i chodzić na zebrania. Przecież w partii byłem od wojska. Usłyszałem przed promocją: podchorąży Pietrzak, stopień upartyjnienia za mały, do partii musicie wstąpić. I już. Nie miałem głębszej świadomości, o co z tą partią chodzi. Dopiero w cywilu dochodziłem powoli, że to, co się dzieje w Polsce, to jest świństwo, wcześniej istota tego ustroju nie była dla mnie jasna. W pewnym momencie, choć pokończyłem wojskowe szkoły i byłem w partii, dostrzegłem, co to za syf ta komuna. Poszedłem po rozum do głowy. Wielu moim rówieśnikom się nie udało.

Będzie pan jeszcze śpiewał „Żeby Polska była Polską”? Jest taka potrzeba?

Czasami jestem zapraszany na koncerty z różnych patriotycznych okazji i wtedy śpiewam tę pieśń o marzeniach.

Myślałam, że już się pana marzenie spełniło i wszystko w Polsce jest OK.

W stosunku do tego, co było w PRL, to z grubsza jest OK. Ale widzę jeszcze wiele mankamentów.

Jakich?

Czyżby pani chciała mnie postawić w opozycji do tego, co się teraz w Polsce dzieje? Do kabaretu zapraszam, wszystko się wyjaśni.

Kup w kiosku lub w wersji cyfrowej