Minister finansów Philip Hammond chce uruchomić pakiet stymulacyjny, który złagodzi skutki Brexitu. Premier Wielkiej Brytanii Theresa May przyleci jutro do Polski. To jedna z pierwszych wizyt nowej szefowej rządu, powołanej po dymisji Davida Camerona. May będzie zapewne rozmawiać z polskimi politykami o pojawiającej się propozycji, by w zamian za dalsze płacenie składki do budżetu UE zawiesić na kilka lat swobodny przepływ osób.
David James dyrektor działu business development w Mazars / Dziennik Gazeta Prawna
Niezależnie od trudnych rozmów o tym, co zrobić po decyzji o Brexicie, rząd ma zamiar położyć kres polityce oszczędności, którą przez ostatnie sześć lat prowadził George Osborne. Jego następca na stanowisku ministra finansów Philip Hammond zapowiedział już, że nie tylko nie zrealizuje planu zlikwidowania deficytu budżetowego do 2020 r., ale możliwe jest także uruchomienie pakietu stymulacyjnego dla gospodarki, który złagodzi negatywne skutki Brexitu.
– Ta decyzja, w szczególności to, że była niespodziewana, spowodowała pewne turbulencje. Ale mamy odpowiednie narzędzia. W krótkim terminie Bank Anglii może użyć działań z obszaru polityki monetarnej, jakie ma do dyspozycji. W średnim terminie mamy możliwość zresetowania naszej polityki fiskalnej w jesiennym przeglądzie budżetu, jeśli w świetle danych w następnych miesiącach uznamy to za konieczne – oświadczył Hammond w miniony weekend przy okazji spotkania ministrów finansów G20 w Chinach.
Reklama
Zarówno on, jak i premier May tuż po objęciu stanowisk zasygnalizowali, że wobec decyzji o wyjściu z UE – której obydwoje byli przeciwni – nie ma możliwości kontynuowania polityki oszczędnościowej Osborne’a. Do tej pory jednak niewiele mówili o tym, co proponują w zamian, choć zapewnili, że będą chcieli za wszelką cenę uniknąć jakichkolwiek podwyżek podatków. Minister finansów zapewnił jednak, że nie będą podejmowane żadne nerwowe ruchy i ewentualne decyzje zostaną podjęte dopiero przy okazji przeprowadzanego co roku na przełomie listopada i grudnia przeglądu budżetu (w Wielkiej Brytanii rok budżetowy trwa od 1 kwietnia do 31 marca).

Reklama
Niemniej jednak zarówno analitycy, jak i media zaczęli się zastanawiać nad tym, jakie kroki może podjąć. Pierwszą zmianą, jaka zapewne będzie miała miejsce, jest obniżka stóp procentowych, choć to oczywiście nie leży w gestii rządu, lecz Banku Anglii. Na lipcowym posiedzeniu Komitet Polityki Pieniężnej wyraźnie zasugerował, że w sierpniu obniżone zostaną z obecnego, rekordowo niskiego poziomu 0,5 proc. do 0,25 proc. To jednak nie wystarczy do rozwiania niepokojów związanych z Brexitem, szczególnie że – jak pokazał opublikowany w piątek wskaźnik PMI – nastroje w brytyjskiej gospodarce są najgorsze od 2009 r.
Najprostszą metodą pobudzania gospodarki byłoby czasowe obniżenie stawki VAT, co zrobił np. laburzystowski minister Alistair Darling po wybuchu globalnego kryzysu w 2008 r. Jak się wydaje, Hammond skłania się bardziej ku zwiększeniu wydatków. Inwestycje państwowe mają taką przewagę, że jeśli przyniosą pożądany efekt, to jest on silniejszy i dłuższy, ale też później zacznie być odczuwalny. Poza tym zwiększają one dług publiczny, co w przypadku gdy się nie zwrócą, grozi poważnymi problemami budżetowymi. Hammond jednak zasugerował, że będzie chciał wykorzystać to, iż koszt pożyczania pieniędzy jest wciąż niski, i zwiększyć zadłużenie. Na razie nie mówił, jakie inwestycje mogłyby zostać zrealizowane.
Analitycy szacują, że Wielka Brytania w tym i przyszłym roku może pożyczyć o 65 mld funtów więcej, niż planował to w ostatnim budżecie George Osborne. Biorąc pod uwagę, że w niedawno zakończonym roku budżetowym 2015–2016 pożyczyła ona 75 mld funtów, co odpowiada ok. 4 proc. PKB, na bieżący rok planowała 55,5 mld, a na 2017–2018 – 38,2 mld, różnica jest znacząca. Z drugiej strony nowy minister finansów ma świadomość, że zbyt duże zadłużanie kraju może się źle skończyć. W zeszłym tygodniu zapewniał w parlamencie, że celem rządu pozostaje zrównoważenie budżetu w rozsądnym czasie. – Jeśli więcej pożyczysz, na końcu i tak będziesz musiał to oddać. To nieuchronnie wydłuży politykę oszczędnościową, w której co najwyżej nastąpi przerwa – skomentował dyrektor Instytutu Studiów Fiskalnych Paul Johnson.

OPINIA

W ostatnim czasie świat oszalał na punkcie gry „Pokemon Go”, wykorzystującej technologię rozszerzonej rzeczywistości. Przywołanie wspomnień z dzieciństwa dzisiejszego pokolenia Y to typowy zabieg, mający na celu zdobycie grona klientów za pomocą siły nostalgii. Może i słusznie, choć wstępne badania pokazują, że struktura demograficzna graczy niekoniecznie odpowiada pokoleniu wychowanemu na tej japońskiej anime. Także wielu fanów gry „Ingress” uległo pokusie wypróbowania nowej produkcji firmy Niantic i po raz pierwszy mają styczność ze światem pokemonów. Wygląda na to, że gra zawładnie większą częścią rynku niż tylko przedziałem wiekowym 30–40 lat, więc hasło „złap je wszystkie” jest tu jak najbardziej zasadne.
Nostalgia bywa bardzo silnym bodźcem emocjonalnym, który może nakłonić nie tylko do zakupu, ale i do podjęcia konkretnej decyzji politycznej. Theresa May, która 13 lipca objęła stery rządów w Wielkiej Brytanii, automatycznie przywodzi na myśl wspomnienia o Margaret Thatcher. Panuje swego rodzaju moda na krytykę dziedzictwa byłej premier i doszukiwanie się w jej rządach przyczyny dzisiejszych problemów na Wyspach Brytyjskich. Jest jednak liczna grupa osób, które z wytęsknieniem czekają na osobę pokroju Żelaznej Damy, która wymachując torebką i krzycząc „no! no! no!”, potrafiłaby się sprzeciwić rozwiązaniom niekorzystnym dla swojego kraju.
Ta nostalgia za Margaret Thatcher może zostać wykorzystana przez Partię Konserwatywną, jeśli ta umiejętnie odwoła się do sentymentów wyborców. Theresa May – nawiążę tu do pokemonów – może nie „wyłapie ich wszystkich”. Ale oczekiwania jej wyborców, którzy w referendum wyraźnie opowiedzieli się za zmianą, są kluczowe dla jej przyszłości politycznej. Wypatrują oni konkretnych osiągnięć, pierwszych zdobyczy politycznego poke balla (kuli, za pomocą której łapie się pokemony) nowej premier Wielkiej Brytanii. ⒸⓅ