Rosja zawsze mogła się pochwalić bitną armią i znakomitą dyplomacją. Ale od stu lat, gdy jej przywódcy zaczynają się zajmować żywnością, zawsze sprowadzają na kraj klęskę głodu
Dziennik Gazeta Prawna
Ofiarami imperialnych ambicji Rosji padało w ostatnich latach wiele produktów żywnościowych. Przeważnie z państw opornie podporządkowujących się woli Kremla. Tamtejszy rynek zamykano już nieraz dla polskiej wieprzowiny, mołdawskiego wina, gruzińskiej wody Borżomi i wielu innych towarów. Wszystko pod pozorem troski Federalnej Służby Nadzoru Weterynaryjnego o zdrowie obywateli.
Reklama
Ale w ubiegłym tygodniu Władimir Putin poszedł na całość, podpisując dekret zakazujący wwozu do Rosji produktów rolnych i surowców z krajów, które przyłączyły się do sankcji nałożonych przez społeczność międzynarodową. Na długiej liście, przedstawionej następnego dnia przez rząd Federacji, znalazły się: owoce, warzywa, mięso, ryby, mleko, nabiał z krajów UE, Norwegii, USA, Kanady i Australii. Straty producentów żywności mają być jednym ze sposobów wywierania nacisku na przywódców demokratycznych państw, by przestali przeszkadzać Kremlowi w rozbiorze Ukrainy.

Reklama
Przy okazji Putin pokazuje wszystkim, jak czuje się potężny. Ma zresztą ku temu kilka podstaw. Rosyjskie rezerwy walutowe są szacowane na ponad 500 mld dol. Do tego jeszcze sukcesywnie zwiększano zapasy ziaren zbóż. Obecnie wynoszą one ponad 11 mln ton. Rosji udaje się też w ostatnich latach uzyskiwać coraz wyższe plony i znów kraj ten stał się jednym z głównych światowych eksporterów jęczmienia oraz pszenicy, sprzedając za granicę w ciągu ostatnich 12 miesięcy, wedle danych zamieszonych przez portal AgroNews.ru, 25,4 mln ton ziarna. Stwarza to wrażenie, że żywnościowej wojny z Zachodem Moskwa przegrać nie może. No chyba że konieczne okaże się zwiększenie rodzimej produkcji rolnej i kremlowscy politycy zabiorą się do tego w tradycyjnym stylu.
Chłopski raj utracony
Wybitny francuski ekonomista Edmond Thery przed wybuchem I wojny światowej z fascynacją śledził fenomenalny wzrost produkcji przemysłowej i rolnej w Rosji. W monografii „La transformation economique de la Russie” prognozował, że w ciągu 30 lat liczba mieszkańców imperium Romanowów wzrośnie z 178 mln do 344 mln. Co więcej, Rosja miała się stać największą ekonomiczną potęgą świata. Rolną była już w 1913 r. Żaden inny kraj nie wyeksportował wówczas takich ilości zboża, zwierząt hodowlanych i drewna.
Wydawało się też, że dla rosyjskich chłopów zaczynają się najwspanialsze czasy w dziejach. Pół wieku wcześniej przestali być niewolnikami sprzedawanymi wraz z całymi wsiami. A w 1906 r. premier Piotr Stołypin zrównał ich prawa obywatelskie z mieszkańcami miast. Ponadto zezwolił im na występowanie ze wspólnot gminnych i posiadanie ziemi na własność. Reformy zaowocowały skokowym wzrostem plonów. Zaś żyzność rosyjskiej ziemi stała się w Europie wręcz legendarna. To w oddalonej od Moskwy o 400 km guberni tambowskiej pobrano metr sześcienny czarnoziemu, który umieszczono w Biurze Miar i Wag w Sevres pod Paryżem jako światowy wzorzec.
Ale wszystko przekreśliła I wojna światowa, dzięki której władzę nad imperium zdobyła marginalna partia komunistyczna. Zgodnie z taktyką nakreśloną przez jej przywódcę Włodzimierza Lenina bolszewicy swoje rządy na wsi rozpoczęli od zwalczania bogatych chłopów nazywanych kułakami. Tych stawiających opór likwidowali funkcjonariusze policji politycznej Czeka. Tak przejęto ok. 15 proc. indywidualnych gospodarstw rolnych. Oddano je, razem z ziemią odebraną szlachcie, w zarząd sowchozów, czyli państwowych przedsiębiorstw rolnych. Pozostałą ziemię, należącą do zwykłych chłopów, zamierzono skomasować w kołchozy.
Tymczasem rosyjscy czy ukraińscy chłopi zupełnie nie chcieli, żeby ktokolwiek obcy decydował o ich ziemi. Jako że bolszewicy toczyli wojnę z białymi i Polską, Lenin początkowo unikał zaogniania sytuacji. Zawiesił kolektywizację, lecz nie zrezygnował z przymusowych rekwizycji zboża. Na posiedzeniu Biura Politycznego ustalono, iż rocznie chłopi muszą oddać państwu aż 423 mln pudów (1 pud to 16,38 kg) zboża. Nakaz egzekwowała Czeka lub Armia Czerwona. Wzięta z sufitu wielkość kontrybucji sprawiła, że zaczęło brakować nie tylko ziarna na zasiewy, ale nawet na przetrwanie do wiosny. Na początku 1921 r. do Moskwy kilkakrotnie przyjeżdżały chłopskie delegacje błagać wodza rewolucji o litość. Coraz bardziej alarmujące doniesienia z terenu o nadchodzącej klęsce głodu w końcu podziałały. Na X Zjeździe WKP(b) w marcu 1921 r. Lenin ogłosił Nową Ekonomiczną Politykę. Jednym z jej elementów stała się rezygnacja z przymusowych rekwizycji żywności, którą zastąpiono corocznym podatkiem. Komunistyczne państwo obniżyło wymagany kontyngent zbożowy do 240 mln pudów. Było już jednak za późno.
Kanibalizm ostatnim stadium komunizmu
„Wzdłuż Wołgi bezustannie ciągnie karawana głodujących mas, które porzuciły domostwa i kierują się w górę rzeki. Nadwołżańskie miejscowości są przepełnione chorymi uchodźcami. Wielu z nich umiera po drodze” – donosiła wiosną 1921 r. Czuwaska i Samarska Komisja Pomocy Głodującym podległa Ogólnorosyjskiemu Społecznemu Komitetowi Pomocy Głodującym. Rekwizycje żywności przyniosły wyczerpanie jej zapasów w 22 dawnych guberniach wzdłuż Wołgi, na Uralu oraz wschodniej Ukrainie.
„Co rusz znajdowane są małe dzieci porzucone przez rodziców na pastwę losu. Dzieci porzucają przede wszystkim głodni i wyczerpani uciekinierzy, idący na północ w poszukiwaniu chleba. Po drodze nikt nie daje jałmużny i wielu z nich całymi rodzinami ginie” – raportowała komisja. Nie wszyscy chłopi godzili się na powolną śmierć bez walki. W guberni tambowskiej wybuchło powstanie. Zadanie stłumienia go Lenin powierzył samemu marszałkowi Michaiłowi Tuchaczewskiemu. Ten, po zapoznaniu się z sytuacją, postanowił użyć broni masowego rażenia. W rozkazie z 12 czerwca 1921 r. nakazał pełne partyzantów lasy „oczyścić gazami trującymi, starając się, by obłok gazów duszących rozprzestrzenił się na cały las, likwidując wszystko, co się w nim znajduje”. Miejscową ludność gazowano lub eksterminowano przy wsparciu samolotów przez kilka miesięcy.
Gdzie indziej ludzie usiłowali już tylko przetrwać. „W gminie czuratczińskiej ma miejsce handel psami i kotami, które w lutym wyceniano od 500 tys. do 1 mln rubli. Było wiele przypadków łapania przez wygłodniałych ludzi cudzych psów, za co winnych karano ludowym sądem. W obwodzie czuwaskim ludność wytępiła wszystkie gołębie. Łapią i zjadają kawki, kruki, sroki i inne ptaki” – informowała Komisja Pomocy Głodującym. Do jesieni zjedzono wszystkich domowych pupili, zaś państwo nadal nie potrafiło przyjść z pomocą ofiarom klęski. Wprawdzie w lipcu pisarz Maksym Gorki, a potem osobiście Lenin wystosowali apel do innych krajów z prośbą o dostawy żywności, lecz Liga Narodów odmówiła. Zachodni kapitaliści nie byli jeszcze skorzy pomagać reżimowi obiecującemu, że wszystkich ich zlikwiduje. Pozytywnej odpowiedzi udzieliły jedynie Stany Zjednoczone. Ratowaniem głodujących zajęła się utworzona dwa lata wcześniej przez Kongres Amerykańska Organizacja Pomocy (American Relief Administration). Wydała ona na zakup jedzenia dla głodujących ponad 60 mln dol. Po niewczasie okazało się, że zboże warte ok. 10 mln władze sowieckie odsprzedały Niemcom, by kupić broń dla armii.
Tymczasem jesienią mnożyły się coraz bardziej przerażające doniesienia z rejonów klęski. Naczelnik Rejonowego Komitetu Zbiorowego Żywienia w Pietrawce raportował, że „głodujący wynoszą trupy z cmentarzy w celu jedzenia. Śmiertelność dorosłych rośnie z każdym dniem; obserwuje się, że dzieci nie są odnoszone na cmentarz, a zostawiane dla spożycia. Nie sposób opisać wszystkich koszmarów głodu, który zabija odczucia jeszcze żywych. Prosimy o natychmiastowe wydzielenie dodatkowej żywności dla dorosłych”. Pomoc nie nadeszła i zimą problem głodu w sowieckiej Rosji rozwiązał się sam – wraz ze śmiercią głodujących. Sowieckie Centralne Biuro Statystyczne podało, że zmarło 5,1 mln ludzi. Zachodni eksperci twierdzili, że raczej 7–8 mln. Autor „Historii ZSRR” David R. Marples doliczył się aż 23 mln ofiar.
Głód kontrolowany
Pomimo szwindli ze zbożem raz zawiązana współpraca z USA nigdy nie ustała. Przez kolejne lata dostawami ziarna dla ZSRR zajęła się firma młodego amerykańskiego przedsiębiorcy Armanda Hammera. Sowieci płacili tym, co cennego mieli pod ręką. Początkowo klejnotami i dziełami sztuki zrabowanymi z muzeów oraz carskiej rodzinie. Potem NEP zaczął przynosić efekty. Przez moment wydawało się, że Związek Radziecki znów stanie się eksporterem żywności. Ale w rocznicę rewolucji październikowej 7 listopada 1929 r. ukazał się na łamach prasowego organu partii, dziennika „Prawda”, artykuł Józefa Stalina pt. „Rok wielkiego przełomu”. Pierwszy sekretarz KC zapowiedział powszechną kolektywizację wsi.
Rosyjskim chłopom klęska głodu przetrąciła karki, ale na Ukrainie oraz Kaukazie ludzie zaczęli stawiać opór. Do Kijowa wysłano specjalną komisję kierowaną przez Wiaczesława Mołotowa nadzorującą likwidowanie indywidualnych gospodarstw przez policję polityczną GPU. Kiedy chłopi zorientowali się, że każdego dnia tysiące ich współbraci ładuje się do wagonów bydlęcych jadących na daleką północ, podjęli walkę. W lecie 1930 r. podczas tłumienia powstania zginęło 1,5 tys. żołnierzy GPU. W odwecie prawie 2 mln Ukraińców wywieziono na tereny budowy Kanału Białomorskiego. Zsyłkę przeżyli nieliczni. Taką rzeź Stalin uznał za zbyt mało spektakularną. Latem 1931 r. nakazał ukraińskim chłopom oddanie państwu 41,5 proc. zbiorów. Wyznaczony kontyngent wyegzekwowano, ale głód nie wybuchł. W następnym roku tyran zwiększył daninę o 1/3. Rekwizycji dokonywały brygady komsomolców pod osłoną wojsk GPU. „Rozbiera się kołchoźnika i nago »wystawia się na chłód« w jakiejś szopie. Kołchoźników często »wystawiano na chłód« całymi brygadami. Metoda gorąca (...). Skrapia się stopy i brzegi sukien kołchoźnic naftą i podpala. Potem się je gasi i zaczyna od nowa” – opisywał codzienną pracę aktywistów zdobywających informacje, gdzie chłopi schowali żywność, pisarz Michaił Szołochow.
Jasne stawało się, że na przednówku 1933 r. zacznie się głód. Skazani na zagładę chłopi mogli jednak próbować uciekać w inne rejony kraju, dlatego Stalin wydał dekret o paszportach wewnętrznych. Bez tego dokumentu mieszkaniec wsi nie mógł podróżować po ZSRR. Na wszelki wypadek 22 stycznia 1933 r. Stalin i Mołotow podpisali jeszcze rozporządzenie nakazujące całemu aparatowi państwa zapobiegać „wszelkimi środkami masowym wyjazdom chłopów z Ukrainy i północnego Kaukazu do miast”. A potem nastąpiła apokalipsa taka sama, jak kilka lat wcześniej na Powołżu. Gdy ludzie zjedli już zapasy, korę z drzew, chwasty i zwierzęta domowe, jedli na koniec kał i zwłoki innych ludzi. Najsilniejsi umierali ostatni w straszliwych męczarniach. Tak państwo sowieckie wymordowało ok. 3,5 mln ukraińskich chłopów oraz 1 mln mieszkańców Kaukazu.
W tym czasie rząd ZSRR sprzedał za dewizy krajom zachodnim 1,8 mln ton zarekwirowanego na Ukrainie zboża. Latem 1933 r. do wyludnionych wsi sprowadzono osadników z głębi Rosji. Miejscowości te pokazywano gościom specjalnie zaproszonym z krajów demokratycznych, by udowodnić, że przekazywane za granicę informacje o głodzie w ZSRR to tylko plotki. Po miłej wycieczce na koszt Kremla przywódca francuskiej Partii Radykalnej, trzykrotny premier tego kraju Edouard Herriot oświadczył publicznie, iż na Ukrainie nie było żadnej klęski: „Ręczę wam, że widziałem ją (Ukrainę – przyp. aut.) podobną do przynoszącego obfite plony ogrodu” – twierdził.
Potyczki z naturą
Zagłodzenie sporej liczby ludzi potrafiących uprawiać ziemię i stworzenie sieci 250 tys. kołchozów nie poprawiło wydajności sowieckiego rolnictwa. W kraju nazwanym wcześniej „spichlerzem świata” żywności stale brakowało. A to przyniosło zapotrzebowanie na rolnych cudotwórców.
Najbardziej utalentowanym okazał się agronom Trofim Łysenko. Za sprawą sfingowanych doświadczeń przekonał władze, że stosując jaryzację (oddziaływanie niskimi temperaturami na ziarno), potrafi wyhodować gatunki zbóż odporniejsze na mrozy oraz złe warunki bytowe. Wkrótce kołchozom nakazano stosowanie metod Łysenki. Ale plony nie wzrosły, lecz zaczęły maleć. Jednak uczony zręcznie poradził sobie z oskarżeniami o oszustwo, ogłaszając, iż nie udaje się utrzymać pozytywnych cech nowych gatunków zbóż, gdyż krzyżują się ze sobą w wyniku samozapylania. Jak opisuje Stefan Amsterdamski w monografii „O patologii życia naukowego. Casus Łysenko”, władze na żądanie hochsztaplera wysłały na kołchozowe pola 800-tys. armię „uzbrojonych w pincetki chłopów, mających wyrywać z każdego kłosa pręciki, by nie dopuścić do samozapylenia”. Tak przez dwa lata Związek Radziecki toczył bój ze zjawiskiem samozapylenia, zanim dostrzeżono ogromną ilość zboża zadeptywaną podczas walki. Jednak odtrąbiono zwycięstwo, zaś Łysenko został członkiem sowieckiej Akademii Nauk oraz prezydium Rady Najwyższej ZSRR. Zdobywszy pozycję najbardziej wpływowego uczonego w państwie, sukcesywnie eliminował wszystkich konkurentów, zwłaszcza genetyków, mogących podważyć jego teorie. Zboże natomiast kupowano od Amerykanów, stale borykających się z jego nadprodukcją.
Ten dylemat – handlowania z wrogimi kapitalistami – rozwiązała niemiecka inwazja. Demokratyczne państwa nagle stały się dla Moskwy przyjaciółmi i hojnie wspierały sojusznika dostawami żywności. Ale pomoc urwała się wraz z końcem II wojny światowej. Tymczasem rosyjska wieś była wyludniona i wyeksploatowana do granic możliwości. Brakowało na niej nawet rąk do pracy, bo mężczyźni poszli na front i większość z nich poległa lub wróciła okaleczona.
Nie zważając na to, państwo twardo egzekwowało wszelkie zaplanowane wcześniej kontyngenty żywności. Na dokładkę odpowiedzialny za politykę rolną Nikita Chruszczow rozpoczął komasację kołchozów, bo postanowił stworzyć eksperymentalne kombinaty rolnicze produkujące jedną odmianę roślin. Zatrudnione w nich osoby miały stać się wyspecjalizowanymi robotnikami rolnymi. W praktyce uprawy nowego typu okazywały się dużo mniej odporne na ataki szkodników, zarazy oraz suszę. Tak zafundowano mieszkańcom ZSRR trzecią klęskę głodu. „Na obszarach Rosji centralnej, wzdłuż dolnej Wołgi, na Ukrainie, w Mołdawii i na Krymie zmarło, wedle szacunków, do miliona ludzi” – opisują Ludwik Bazylow i Paweł Wieczorkiewicz w „Historii Rosji”.
Sowieckie rolnictwo potrzebowało więc znów cudu. Jego zbliżanie się zapowiedziała radziecka agencja prasowa TASS w kwietniu 1949 r. Nowym mesjaszem produkcji rolnej obwołano inżyniera z Akademii Nauk ZSRR Mitrofana Dawydowa. Opracował on plan skierowania wód z wpadających do Oceanu Lodowatego rzek Jenisjej i Ob na południe, za pomocą długich na 150 km zapór. Inżynier wyjaśniał dziennikarzowi TASS, iż wówczas nastąpi zmiana klimatu azjatyckiego stepu, czyniąc zeń znakomitą ziemię pod uprawy roślin. Gigantomańskiego projektu Dawydowa nie udało się zrealizować. Obsadzono natomiast pasami leśnymi tysiące kilometrów nieużytków rolnych. Wedle opinii Łysenki drzewa powinny złagodzić klimat na azjatyckich stepach. „Posadzone kosztem miliardów rubli dąbki nie znały widać przodującej teorii biologicznej, nie chciały bowiem współpracować i wyginęły prawie doszczętnie w ciągu paru lat” – zanotował Stefan Amsterdamski. Jedyne, co częściowo się udało, to sieć kanałów odprowadzających wody z rzek Amu-daria i Syr-daria na pustynię Karakum, gdzie zakładano pola bawełny. Przy czym niechcący osuszono Jezioro Aralskie, zmieniając klimat w jego rejonie na dużo bardziej pustynny.
Stan wiecznej agonii
Gdy po śmierci Stalina gensekiem został Chruszczow, zaczął się nowy etap walki o poprawienie wydajności rolnictwa. Nowy przywódca był głodny sukcesu. Podczas rozmowy z jednym z amerykańskich dyplomatów oświadczył wprost: „My was pochowamy”, mając na myśli urządzenie Stanom Zjednoczonym rychłego pogrzebu.
Decyzją Chruszczowa zmniejszono opodatkowanie działek przyzagrodowych aż o 2,5 raza. Te niewielkie skrawki pola, które pozostawiono chłopom na własny użytek, zajmowały jedynie 1 proc. całości areału rolnego, lecz zapewniały, że warzywa i mięso nadal pojawiały się w sprzedaży. Redukcja ściąganego z działek haraczu zaowocowała wysypem na miejskich bazarach niespotykanej ilości produktów rolnych. Co bardzo zaniepokoiło członków Biura Politycznego, ponieważ stanowiło widoczny dowód na bezsens kolektywizacji. Chruszczow wydał więc wojnę „spekulantom”, surowo karząc za sprzedaż żywności na własną rękę.
Przy okazji odebrano mieszkańcom miast ich działki. Hodowane na nich króle, kury, owce, świnie oraz bydło przekazano na wieś. „Natychmiast dramatycznie spadło pogłowie, ponieważ zwierzęta oddawane do kołchozów, gdzie nie było odpowiedniej infrastruktury, marniały bądź je wybijano” – opisują Bazylow i Wieczorkiewicz. Wkrótce musiano podnieść w ZSRR ceny mięsa i mleka o 30 proc., by ograniczyć konsumpcję. Ale i tak kraj stanął na krawędzi głodu. Ratunkiem jak zwykle była żywność z USA, za którą płacono złotem z państwowych rezerw. Niezrażony tym Chruszczow wpadł na kolejny pomysł. Nakazał obsianie olbrzymich obszarów amerykańską kukurydzą. Jednak cud znów się nie wydarzył i rośliny zamiast dać plony, przeważnie usychały. W 1963 r. władze musiały wprowadzić w ZSRR kartki nawet na chleb. Trwającą dwa lata akcję kukurydzianą przerwał spisek w biurze politycznym. Chruszczowa obalono, a jego miejsce zajął Leonid Breżniew.
Nowy przywódca zmienił strategię. Na okres przejściowy postanowiono kupować żywność od zachodnich farmerów za dewizy uzyskiwane dzięki sprzedaży gazu i ropy naftowej. Jednocześnie pod kierunkiem premiera Aleksieja Kosygina opracowano program zwiększenia wydajności produkcji żywności dzięki „chemizacji”. Wedle radzieckich naukowców zmasowane zastosowanie nawozów sztucznych (ZSRR szybko stał się ich największym producentem w świecie) oraz atak środkami owadobójczymi zwielokrotni plony. Jednak chemiczna ofensywa jedynie dewastowała kolejne obszary gruntów rolnych. Nie pomagało nawet to, że na rolnictwo przeznaczano już 1/4 wszystkich nakładów inwestycyjnych państwa, a każdy hektar ziemi uprawiało statystycznie trzy razy więcej osób niż w 1913 r. Wedle danych przytoczonych przez Ludwika Bazylowa i Pawła Wieczorkiewicza „jeden robotnik rolny wytwarzał dwunastokrotnie mniej zboża, czternastokrotnie mniej mięsa i czterokrotnie mniej mleka niż farmer amerykański”.
Gdy w połowie lat 80. rozpoczynał swoje rządy Michaił Gorbaczow, w jednym z pierwszych wystąpień przyznał, iż sowieckie rolnictwo jest „śmiertelnie chore”. Wystarczyły sankcje wprowadzone przez prezydenta USA Ronalda Reagana i spadek cen ropy, żeby mieszkańcom Związku Radzieckiego znów w oczy zajrzał głód. Ale nikomu do głowy nie przyszło, żeby rozparcelować kołchozy. Nawet po rozpadzie ZSRR sytuacja na wsi zmieniała się bardzo powoli. W 1991 r. przekształcono sowchozy i kołchozy w spółki akcyjne, zaś ich pracownicy stali się akcjonariuszami. Dopiero w 2002 r. Władimir Putin zalegalizował handel ziemią, otwierając tym możliwość tworzenia indywidualnych gospodarstw rolnych.
Nadal jednak uprawą ziemi w Rosji zajmują się wielkie kombinaty, a to, czy dobrze funkcjonują, zależy od zdolności dyrektora. Wprawdzie prognozy demograficzne Edmonda Thery’ego się nie sprawdziły i współczesna Rosja ma tylko 143 mln mieszkańców, nadal jednak jest to sporo ludzi do wyżywienia.
Głodujący wynoszą trupy z cmentarzy w celu jedzenia. Obserwuje się, że dzieci nie są odnoszone na cmentarz, a zostawiane w domach dla spożycia