Pandemia COVID-19 może być porównywany z największymi kryzysami XX w. Jednym z jej efektów będzie dalsze kurczenie się świata demokratycznego i ograniczenie swobód w wielu państwach. Według Freedom House, organizacji od dekad badającej zakres wolności politycznych i obywatelskich, 2019 r. był 14. z rzędu, w którym średni poziom demokracji na świecie był niższy niż rok wcześniej. 2020 r. jest jeszcze gorszy; według raportu FH z października w 80 państwach zarejestrowano negatywne tendencje, a szef FH Michael Abramowitz mówił, że „co początkowo było kryzysem zdrowotnym, stało się częścią globalnego kryzysu demokracji”.
Ten trend był do przewidzenia. W 1934 r. Nowa Fundlandia, brytyjskie dominium o statusie porównywalnym z Australią czy Kanadą, na fali zapaści gospodarczej zawiesiła demokrację i oddała władzę w ręce powołanej przez Londyn komisji ekspertów. Długofalowym efektem była likwidacja dopiero powstającej państwowości i przyłączenie do Kanady w 1949 r. Rezygnację z procedur demokratycznych łatwo uzasadnić w oczach społeczeństwa, gdy staje ono przed poważnymi wyzwaniami ekonomicznymi bądź zdrowotnymi. Zwłaszcza że – jak pokazały sondaże z wiosny i lata – w większości krajów Europy narody reagowały na COVID-19 wzrostem poparcia dla rządzących, co ci odbierali jako carte blanche do dowolnej reakcji. Dobrym przykładem są Węgry, o których obok pisze Dominik Héjj.
A ponieważ każdy urząd ma tendencję do rozszerzania własnych kompetencji, nie ma co się łudzić, że po opanowaniu epidemii władze dobrowolnie wycofają się z ograniczeń wprowadzanych tymczasowo pod hasłami walki z pandemią. – Trudno będzie odwrócić praktyki i prawa ery covidowej. Szkody zadane fundamentalnym prawom człowieka potrwają dłużej niż pandemia – mówiła wiceszefowa FH Sarah Repucci. Zwłaszcza że towarzyszy nam propaganda twierdząca, że państwa autorytarne lepiej poradziły sobie z COVID-19 niż światowe demokracje. A to nieprawda, bo skuteczność w ograniczaniu skutków pandemii idzie w poprzek podziału na kraje wolne i zniewolone. ©℗