Hosni Mubarak wie już, że nie utrzyma władzy ani nie przekaże jej synowi. Ale próbuje przynajmniej zachować system polityczny, który stworzył. Jego zapowiedź, że we wrześniowych wyborach nie będzie się ubiegał o kolejną prezydencką kadencję, jest grą na czas i liczeniem na podziały wśród jego przeciwników.

Setki tysięcy ludzi, którzy od ponad tygodnia w Kairze i innych miastach domagają się odejścia prezydenta, są zgodne tylko w tym jednym postulacie. Przeciwnicy Mubaraka wywodzą się z różnych środowisk i mają zupełnie inne oczekiwania wobec tego, co ma nastąpić w kraju po jego odejściu. Tylko części spośród protestujących chodzi o wprowadzenie w Egipcie liberalnej demokracji w zachodnim stylu. Dla nich kandydatem na nowego prezydenta jest były szef Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej i laureat pokojowego Nobla Mohamed El-Baradei.

Islamiści chcieliby wykorzystać zmiany do zaprowadzenia religijnych porządków w jednym z najbardziej świeckich państw arabskich.

Sporej grupie Egipcjan, szczególnie wywodzących się z niższych warstw społecznych, chodzi o kwestie ekonomiczne oraz poprawę warunków życia – oni w przyszłości poprą raczej Bractwo Muzułmańskie, które na razie nie pokazuje się jako czołowa siła opozycji.

Wreszcie odejścia Mubaraka chciałoby wielu członków reżimu – w tym głównie armia – dla których obecna sytuacja stała się zarówno szansą, jak i zagrożeniem.

Mubarak jako były dowódca lotnictwa do niedawna cieszył się poparciem armii, która jednak nie była zadowolona z planów dynastycznej sukcesji i sama chciała mieć wpływ na to, kto zostanie następcą starzejącego się prezydenta. Generałowie będą zatem zadowoleni z odejścia Mubaraka, ale tylko jeśli demonstracje nie spowodują upadku całego systemu.

Dlatego idealnym kandydatem dla wojska jest nowy premier Ahmed Szafik, były szef lotnictwa i były podkomendny Mubaraka, albo nowo powołany wiceprezydent Omar Sulejman, który do tej pory był szefem wywiadu. Armia zresztą jak na razie zajmowała dość powściągliwe stanowisko wobec demonstrantów, a nawet deklarowała, że rozumie ich postulaty i nie użyje wobec nich siły.

Siłami najbardziej wiernymi prezydentowi – i najbardziej zainteresowanymi status quo – są policja oraz powiązane z nią paramilitarne oddziały centralnych sił bezpieczeństwa (CSF). W przypadku upadku systemu władzy z pewnością ich przywódcy będą musieli odpowiedzieć za lata korupcji, brutalności i tortury. A CSF, która jest najbardziej znienawidzoną przez Egipcjan formacją, groziłoby rozwiązanie. Nie jest też tajemnicą wzajemna niechęć i rywalizacja pomiędzy wojskiem a formacjami podległymi MSW.

Na razie armię na swoją stronę próbuje przeciągnąć El-Baradei. Wczoraj wezwał ją, by nie pozostawała bierna i chroniła życie Egipcjan.

Jemen, Jordania i Syria też obawiają się manifestacji

Rewolucja w Egipcie zmienia układ sił także w innych krajach Bliskiego Wschodu. Rządzący od 30 lat żelazną ręką prezydent Jemenu Ali Abdullah Saleh zapowiedział w parlamencie, że nie będzie się starał o reelekcję w wyborach w 2013 roku ani forsował na swojego następcę syna.

Dla opozycji to jednak za mało. Dziś w stolicy kraju Sanie zamierza ona zorganizować dzień gniewu – manifestację przynajmniej kilkudziesięciu tysięcy osób na rzecz demokratyzacji kraju.

Uprzedzić masowe protesty chce król Jordanii Abdullah II, który zdymisjonował rząd premiera Samira Rifaia. Gabinet był powszechnie oskarżany o korupcję. Jego miejsce zajmie były generał i ambasador Jordanii w Izraelu Marouf al-Bakhit, który cieszy się względną popularnością w narodzie. W przeciwieństwie do Egiptu manifestanci nie domagają się ani ustąpienia, ani ograniczenia wpływów samego króla, który zachował swój autorytet.

W Syrii około 2 tys. osób zapowiedziało przez strony Facebooka udział w dniach gniewu na 4 i 5 lutego. Aby rozładować gniew ludności, reżim prezydenta Baszara al-Asada zapowiedział zwiększenie o 72 proc. subwencji do zakupu paliwa opałowego mimo rosnącego deficytu budżetowego. Opozycjoniści przyznają jednak, że masowy bunt w Syrii jest o wiele mniej prawdopodobny niż w Tunezji i Egipcie. Stan wyjątkowy w kraju obowiązuje od 1963 r. i choć poziom życia spada, obecny prezydent pozostaje dość popularny. Między innymi dlatego, że konsekwentnie prowadzi antyzachodnią politykę.