Najciekawsza, a na pewno najbardziej pouczająca historia Białorusi nie dotyczy tego, w jaki sposób polityczny outsider doszedł do władzy, którą 9 sierpnia – w kolejnych wyborach – najpewniej przedłuży. Najciekawsze jest to, jak Alaksandr Łukaszenka rozmontował podział władz i instytucje demokratyczne nowo powstałego państwa.
Dziennik Gazeta Prawna
Pod koniec ZSRR Alaksandr Łukaszenka był odnoszącym sukcesy dyrektorem jednego z ważniejszych państwowych gospodarstw rolnych Haradziec, zaś w 1994 r. robił furorę bezlitosną krytyką władz. Niespełna 40-letni deputowany piętnował korupcję, co trafiało na podatny grunt w społeczeństwie mocno odczuwającym skutki zapaści gospodarczej. Z perspektywy czasu oskarżenia mogą budzić uśmiech, np. pierwszy przywódca Białorusi Stanisłau Szuszkiewicz został oskarżony o defraudację 8 kg gwoździ i zatrudnienie do budowy garażu przy daczy człowieka, który pracował w budynku rządu jako złota rączka.
Reklama
Po nowo utworzone stanowisko prezydenta pędził wówczas premier Wiaczasłau Kiebicz, który miał do dyspozycji cały rządowy arsenał i poparcie Kremla. Państwowe media emitowały panegiryki na jego cześć. – Telewizja jest w końcu państwowa – tłumaczył szef komisji wyborczej Alaksandr Abramowicz. A jednak Kiebicz przegrał. W I turze dostał 17 proc. głosów, Łukaszenka – 45 proc. II tura była formalnością. „W najstraszniejszym śnie nie spodziewałem się takich rezultatów” – pisał Kiebicz w swoich wspomnieniach „Iskuszenije włastju” (Pokusa władzy). (Historię dojścia Łukaszenki do władzy opisałem na 20-lecie jego rządów w Magazynie DGP w tekście „Saszka się dorwał do mikrofonu” z 4 lipca 2014 r.).

Reklama
Premiera zgubiła wiara we własną propagandę oraz poparcie Kremla. „Mój sztab wyborczy zamiast pracować imitował działanie, wysiadując spodnie w swoich gabinetach. Każde posiedzenie sztabu zaczynało się od wyrażenia pewności co do nieuniknionego zwycięstwa. [Szef sztabu] Michaił Miasnikowicz zapewniał, że ma pod kontrolą władzę wykonawczą, która lepiej niż wszelcy propagandyści nastroi obywateli do głosowania na mnie (…). Wtedy jeszcze nie podejrzewałem, że oni od dawna prowadzą separatystyczne negocjacje ze sztabem Alaksandra Łukaszenki” – czytamy u Kiebicza.
Prezydent nie okazał się mściwy. Kiebicz lojalnie złożył urząd premiera, a po dwóch latach z nadania Łukaszenki trafił jako poseł do parlamentu. Wicepremierzy Michaił Miasnikowicz i Siarhiej Linh zachowali stanowiska. Obaj cieszyli się zaufaniem Łukaszenki i później nawet kierowali pracami rządu. Linh był premierem w latach 1996–2000, a Miasnikowicz – 2010–2014. Wiele wskazywało na to, że Łukaszenka będzie kontynuatorem poprzednich władz. Podobnie jak Kiebicz miał przeć do integracji z Rosją, ale w odróżnieniu od dotychczasowego premiera w jego otoczeniu było wielu młodych, którzy chcieli prawdziwych reform.
My, przeciwnicy autorytarnego przewrotu, nie byliśmy (i nie jesteśmy teraz) jedną drużyną, którą spajałby wspólny cel. Nawet w chwili zagrożenia dla demokracji i państwa opozycyjni liderzy nie zdołali podnieść się powyżej poziomu własnych drobnych ambicji i samozadowolenia, osobistych sympatii i antypatii – pisał Piotr Krauczanka
To pierwsze okazało się prawdą; aż do dymisji Borysa Jelcyna w 1999 r. Łukaszenka miał nadzieję, że integracja pozwoli mu zostać następcą coraz bardziej schorowanego lidera z Kremla i przejąć władzę nad wspólnym państwem. To drugie wynikało z błędnej oceny sytuacji. Młodzi reformatorzy, jak wielu przed nimi i po nich, źle ocenili potencjał Łukaszenki. Sądzili, że będą mogli zdominować prezydenta i prowadzić własną politykę. Wkrótce większość „młodych wilków”, jak ich ochrzczono, przeszła do opozycji.
Łukaszenka nie miał niczego poza gronem współpracowników i miłością ludu. Parlament był zdominowany przez komunistów, choć z biegiem lat zdążyli się oni podzielić na frakcje, z których wcale nie najsłabszą byli zwolennicy demokratyzacji. To dzięki wsparciu tej części dawnej nomenklatury nielicznym niepodległościowcom z Białoruskiego Frontu Ludowego (BNF) udało się wcześniej przeforsować symboliczne zmiany, jak wprowadzenie białoruskiego do urzędów, zmiana flagi na biało-czerwono-białą i godła na Pogoń z czasów Wielkiego Księstwa Litewskiego. Byli też o krok od zastąpienia rubla nawiązującym do czasów przedrozbiorowych talarem.
Mimo to w ciągu zaledwie kilku lat Łukaszence udało się spacyfikować przeciwników, ostudzić ambicje otoczenia i rozmontować słabe, ale istniejące instytucje demokratyczne. Na pierwszy ogień poszły władze lokalne.

Ustępstwo za ustępstwem

Łukaszenka objął władzę 20 lipca 1994 r., a już w październiku parlament przekazał prezydentowi prawo mianowania kierowników administracji na poziomie obwodu i rejonu (województwa i powiatu). Dotychczas byli oni mianowani przez wybieralne rady lokalne, ale komunistyczna większość w parlamencie liczyła, że w zamian za poparcie ustawy otrzyma intratne posady na prowincji. W ten sposób w zalążku zdławiono samorząd, który nigdy już się nie odrodził.
Zimą przyszedł czas na media. W grudniu prawicowy deputowany Siarhiej Nawumczyk przygotował raport o nadużyciach w administracji prezydenta. Łukaszence udało się zablokować jego druk. Gazety wyszły z białymi plamami na stronach, gdzie miał zostać opublikowany. W ciągu kilku tygodni zmieniono redaktorów naczelnych w najważniejszych gazetach państwowych (a takich była zdecydowana większość) i dokonano czystek w redakcjach. Scentralizowany wówczas system prasy codziennej istnieje do dziś, a na jego szczycie stoi organ administracji Łukaszenki „SB. Biełaruś Siegodnia”.
Łukaszenka w sztuczny sposób zwiększył możliwości swojej administracji, podporządkowując jej większość prestiżowych budynków w Mińsku, dotychczas należących do innych organów władzy centralnej i lokalnej, których wynajem stał się ważnym źródłem dochodów. Do dziś w Mińsku trudno znaleźć niepaństwowe lokum w dobrej lokalizacji. Tego typu warunki najmu muszą akceptować nawet niezależne media i organizacje. W pomieszczeniach należących do Zarządu Spraw Prezydenta (USP) mieści się np. redakcja popularnej w Mińsku niezależnej rozgłośni Jeuraradyjo.
W kwietniu 1995 r. Łukaszenka wystąpił z inicjatywą referendum. Chciał przywrócić status urzędowy językowi rosyjskiemu, zmienić flagę i godło na nawiązujące do tradycji sowieckiej, zapytać o integrację z Rosją i dać sobie prawo rozwiązywania parlamentu. Posłowie odrzucili wszystkie pytania, popierając tylko zbliżenie z Moskwą. Łukaszenka uznał, że i tak przeprowadzi referendum. Deputowani prawicowej opozycji zaczęli głodówkę i okupację sali obrad, jednak zostali usunięci siłą przez milicję i wojska wewnętrzne. Wielu z nich pobito.
Plebiscyt odbył się zgodnie z życzeniem Łukaszenki. Każde z czterech pytań zyskało poparcie 75–83 proc. głosujących. Równolegle przeprowadzono także wybory parlamentarne. Kończyła się kadencja starej Rady Najwyższej, ale wcześniej nie zdecydowano się na jej rozwiązanie, choć Białoruś żyła jako niepodległe państwo od niemal czterech lat, a stary parlament wybrano jeszcze za czasów sowieckich. Rząd ingerował w kampanię wyborczą. Niezależnym kandydatom ograniczono dostęp do mediów, wprowadzono limit wydatków w wysokości 50 dol. na kandydata, zakazano prowadzenia kampanii poza swoim okręgiem wyborczym (na Białorusi obowiązują okręgi jednomandatowe), co uniemożliwiło popularnym liderom wspieranie mniej znanych kolegów w ich miejscowościach.
Ordynacja z czasów sowieckich wprowadzała nie tylko wymóg poparcia, ale i frekwencji, a władze sztucznie ją zaniżały, np. zachęcając robotników do pójścia na urlop. Jeśli do urn przyszła mniej niż połowa wyborców, to deputowany nie był wybierany. W I turze ta sztuka powiodła się 18 kandydatom, a w II – kolejnym 101. Aby jednak parlament mógł rozpocząć pracę, musiano obsadzić dwie trzecie z 260 mandatów. W efekcie prace kontynuowała stara Rada Najwyższa.
Prezydenccy prawnicy argumentowali, że XII kadencja Rady upłynęła, a Rada XIII kadencji nie została wybrana, więc parlamentu nie ma. Na dodatek część deputowanych starej kadencji odmówiła kontynuowania pracy i w efekcie także na posiedzeniach XII kadencji po majowych wyborach brakowało kworum. Łukaszenka przestał podpisywać ustawy i wypłacać diety posłom, a USP przejął kontrolę nad parlamentarną stołówką, hotelem i samochodami służbowymi. Sąd Konstytucyjny stanął po stronie deputowanych i pozwolił im kontynuować misję do skutecznych wyborów nowej Rady, ale prezydent zignorował to orzeczenie.
W październiku na rozkaz administracji Łukaszenki państwowe drukarnie zerwały kontrakty na druk niezależnych mediów. Ofiarą decyzji padło 12 popularnych tytułów. Równolegle Biełsajuzdruk, odpowiednik konglomeratu RSW Prasa-Książka-Ruch, wycofał te tytuły z prenumeraty i sprzedaży kioskowej. Internetu wówczas nie było, więc większość Białorusinów straciła ostatnią szansę na niezależną informację.
Nowy parlament został skutecznie obrany dopiero w listopadzie i grudniu, kiedy przeprowadzono III i IV turę wyborów. Posłowie nie mieli dostępu do mediów, a większości brakowało determinacji, by bronić konstytucji. „Każde ustępstwo zbliżało nas do dyktatury” – pisał potem były szef MSZ Piotr Krauczanka. Najlepszym przykładem była sytuacja z początku 1996 r., gdy prezydent bez zgody parlamentu powołał wicepremiera, ministrów spraw wewnętrznych i obrony, prokuratora generalnego, szefów KGB i banku centralnego. Posłowie, by uniknąć kolejnego sporu konstytucyjnego, zatwierdzili nominacje po fakcie.

Ograna opozycja

Co na to Białorusini? Protestowali. Głównym organizatorem demonstracji był BNF Zianona Pazniaka. Sprawę ułatwiały malejące notowania Łukaszenki i ostry kryzys gospodarczy. Duży wiec odbył się 25 marca 1996 r. z okazji Dnia Wolności, rocznicy proklamowania w 1918 r. Białoruskiej Republiki Ludowej. Pod stojącą w centrum Mińska wieżę telewizyjną przemaszerowało wówczas 30 tys. mieszkańców stolicy. Jednak brakowało masy krytycznej, by ulica mogła odegrać decydującą rolę. Pewne znaczenie miał też dystans między parlamentarną opozycją a BNF, postrzeganym jako radykalny. Protestujący byli bici i zatrzymywani przez milicję.
Tymczasem Łukaszenka, zachęcony sukcesem pierwszego referendum, zaproponował kolejne. Tym razem Białorusini mieli zagłosować nad nową konstytucją, która dawała głowie państwa pełnię władzy, a przede wszystkim rozbrajała dwie ostatnie instytucje, które przeszkadzały Łukaszence w budowie autorytaryzmu: parlament i Sąd Konstytucyjny. Jako wzór ustrojowy wymieniano Arabię Saudyjską, będącą monarchią absolutną.
Deputowani dodali do propozycji prezydenta kilka własnych pytań, w tym o swoją wersję konstytucji, a szef Rady Siamion Szarecki skierował całość do Sądu Konstytucyjnego. Ten uznał argument, że pytania o zmianę konstytucji nie odpowiadają warunkom, które stawia przed referendum konstytucyjnym białoruskie prawo, i pozostawił dwa mniej ważne pytania – o ustanowienie nowego święta niepodległości i wybieralności organów władzy lokalnej. Prezydent i tym razem zignorował wyrok sędziów. Wydając dekret, który uznał orzeczenie Sądu Konstytucyjnego za niezgodne z konstytucją.
Referendum wyznaczono na 24 listopada 1996 r., ale przedterminowe głosowanie ruszyło już 9 listopada, choć wciąż nie były znane oficjalne wersje konstytucji. Prezydencki projekt opublikowano 12 listopada, a parlamentarny dopiero 21 listopada. Konflikt między prezydentem a parlamentem narastał, więc w charakterze mediatorów zaproszono Rosjan. 21 listopada do Mińska przybyła delegacja, na której czele stał premier Wiktor Czernomyrdin (prezydent Borys Jelcyn kilka dni wcześniej przebył operację serca).
Całonocne negocjacje zakończyły się sukcesem prezydenta. Łukaszenka niby obiecał anulowanie niekonstytucyjnych dekretów i uznanie referendum za niewiążące, zaś deputowani zapowiedzieli uznanie wyników plebiscytu i wycofanie powstałego wcześniej wniosku o impeachment prezydenta za łamanie konstytucji. Krauczanka, który przez siedem godzin negocjacji czekał w kuluarach i zabijał czas piciem whisky z rosyjskim ministrem obrony Igorem Rodionowem, opowiadającym o krwawym tłumieniu manifestacji w Tbilisi, wspomina, że już wtedy uznał układ za kapitulację. Wielu uczestników rokowań jest przekonanych, że wizyta rosyjskiej delegacji była podstępem, który miał nakłonić do ustępstw parlamentarzystów.
Tym niemniej 22 listopada Sąd Konstytucyjny, zgodnie z umową, odmówił rozpoczęcia procedury impeachmentu. Samo jej wszczęcie zawiesiłoby Łukaszenkę w pełnieniu obowiązków. Prezydent nie miał jednak zamiaru respektować umowy. Porozumienie z Szareckim miał zatwierdzić parlament, ale głosowanie zakończyło się niepowodzeniem, bo przeciw ugodzie zagłosowała prezydencka frakcja Zgoda. Łukaszenka oskarżył o zerwanie kompromisu parlament. W ten sposób referendum wciąż było wiążące, ale impeachment zdjęto z porządku dziennego.
Jeszcze w trakcie referendum Łukaszenka zdymisjonował Wiktara Hanczara, szefa Centralnej Komisji ds. Wyborów i Referendów Republikańskich, sojusznika sprzed dwóch lat, który tym razem zastrzegał, że nie podpisze protokołu o wynikach plebiscytu, jeśli nie przebiegnie on w sposób zgodny z prawem. Uzbrojona ochrona natychmiast wyrzuciła go z gabinetu. Łukaszenka wygrał.
Najważniejsze pytanie o akceptację jego projektu konstytucji poparło 70 proc. wyborców. Pytanie o wiarygodność wyników pozostaje otwarte, bo rażąco różniły się one od prognoz socjologów. Najprawdopodobniej między 18 listopada a 22 listopada masowo dorzucano karty wypełnione zgodnie z oczekiwaniami prezydenta. W tym czasie frekwencja miała wzrosnąć z 59 do 84 proc.
Hanczara zastąpiła Lidzija Jarmoszyna, która organizuje i fałszuje białoruskie wybory do dzisiaj. Referendum za ważne uznał swoim dekretem sam Łukaszenka, w czym poparła go Rosja. Na argumenty przewodniczącego Sądu Konstytucyjnego Waleryja Cichini, że to do tego organu należy ostatnie słowo, prezydent nie zwrócił uwagi. Prawnicy wysuwali wiele wątpliwości – od nieznanego pochodzenia pieniędzy, za których pomocą sfinansowano referendum, przez nielegalne wyrzucenie ze stanowiska Hanczara aż po fakt, że gdy głosowanie się rozpoczynało, wyborcy nie znali treści projektów konstytucji, które pod nie poddawano.
Tym niemniej sędziowie nie zdecydowali się uznać plebiscytu za nieważny. Dziennikarz Piotr Marcau twierdził, że zaważył obyczajowy hak na Cichinię, który w przeciwnym razie miał zostać ujawniony. Mimo to od razu po referendum Łukaszenka rozprawił się z także z tą instytucją. Sędziowie próbowali odgrywać rolę arbitrów między prezydentem a legalnym parlamentem, ale zwykle każdej ich decyzji towarzyszyła ostra krytyka ze strony prezydenckich, tzw. oficjalnych prawników. Ci stworzyli nawet teorię dwóch typów ustaw – prawomiernych i nieprawomiernych. Do tych drugich – ich zdaniem – Łukaszenka nie musiał się stosować.
Mówili też, że w warunkach kryzysu prezydent chce po prostu zbudować efektywne struktury władzy państwowej. Nowa konstytucja nie dość, że przewidywała nieobowiązkowość stosowania się do orzeczeń Sądu Konstytucyjnego, to jeszcze połowę sędziów miał wskazywać prezydent, a resztę – nowo powołany, lojalny parlament. W proteście część sędziów złożyła urząd, co tylko ułatwiło Łukaszence obsadzenie Sądu wiernymi sobie ludźmi. Niepokornego Cichinię – paradoksalnie jedynego białoruskiego polityka, który w 1991 r. jako poseł głosował przeciwko rozwiązaniu ZSRR – zastąpił jeden z oficjalnych prawników. Żeby wybić sędziom ostatnie zęby, w lipcu 1997 r. Izba w ogóle odebrała im prawo rozpatrywania konstytucyjności działań prezydenta.

Zaginięcia i egzekucje

Równolegle prezydent pozbył się parlamentu. W banalnie bezczelny sposób: kilka dni po ogłoszeniu wyników referendum mianował posłami Izby Reprezentantów 110 lojalnych wobec siebie dotychczasowych deputowanych. W skład Izby weszła większość posłów Zgody oraz po połowie komunistów i ludowców Siamiona Szareckiego, ale bez lidera partii. Od tej pory w kraju były dwa parlamenty. Zdziesiątkowana stara Rada Najwyższa, której decyzji prezydent nie uznawał, oraz marionetkowa Izba Reprezentantów, która robiła wszystko, czego zażyczył sobie Łukaszenka. Wśród politologów krąży legenda o jednym projekcie ustawy, który Izba podczas 24 lat kolejnych kadencji miała odrzucić. Niestety nikt nie jest w stanie podać nazwy tego projektu.
Rada cieszyła się uznaniem międzynarodowym i kilkudziesięciu posłów wciąż w niej zasiadało. W 1997 r. komisja ds. oceny działalności prezydenta, na której czele stał Wiktar Hanczar, przyjęła raport wytykający mu liczne przypadki łamania konstytucji z 1994 r. Raport wysłano do prokuratury z żądaniem postawienia zarzutów głowie państwa. Śledczy wszczęli śledztwo, ale wobec Hanczara za obrazę prezydenta. Tymczasem władze deklarowały dobrą wolę i z pomocą zachodnioeuropejskich, głównie niemieckich pośredników od czasu do czasu negocjowały z opozycją załagodzenie konfliktu. Była to jednak raczej gra na czas i mydlenie oczu, które przy okazji demobilizowało i usypiało czujność opozycji.
Według starej konstytucji w 1999 r. powinna była się skończyć kadencja Łukaszenki (wydłużyła ją nowelizacja ustawy zasadniczej w 1996 r.). Opozycja chciała demonstracyjnie zorganizować nowe wybory prezydenckie. Przygotowaniami do alternatywnego głosowania w maju kierował Hanczar. Komisje organizowano po partyzancku, m.in. w wynajętych autobusach. Nawet wówczas opozycja nie potrafiła zachować jedności. Pazniak, jeden z dwóch startujących w niby-elekcji kandydatów, po konflikcie z Hanczarem wycofał się z wyścigu. Wybory straciły wówczas resztki sensu.
Więcej w tym było teatru pozbawionych wpływu na państwo polityków, ale władze potraktowały sprawę jako poważne zagrożenie. Drugi kandydat, ekspremier Michaił Czyhir, został aresztowany za domniemane przestępstwa w czasie, gdy kierował Biełahraprambankiem, co przypomina areszt tegorocznego niedoszłego rywala Łukaszenki Wiktara Babaryki, dawnego szefa Biełgazprombanku. Przejściowo za kratki trafił też Hanczar. Pazniak uniknął ich losu, bo przebywał już wtedy na emigracji. Wyników wyborów nie podano poza frekwencją, która miała osiągnąć całkiem przyzwoite w tych warunkach 53 proc.
Zarzuty dla Czyhira miały się okazać najmniej dotkliwą konsekwencją. Wybory trwały 11 dni. Już drugiego dnia głosowania, 7 maja, zniknął bez śladu jeden z liderów opozycji, były szef MSW gen. Juryj Zacharanka, cieszący się szacunkiem mundurowych. – Konstytucji łamać nie zamierzam – miał oświadczyć Łukaszence tuż przed dymisją w 1995 r. Gdy w lipcu upłynął termin kadencji Łukaszenki według starej konstytucji, posłowie Rady obwołali p.o. prezydenta swojego przewodniczącego Siamiona Szareckiego, który jednak wkrótce wyemigrował na Litwę. Szefem Rady został Hanczar. 16 września zaginął także on. Ciał Hanczara i Zacharanki nigdy nie odnaleziono.
Najpewniej zamordowano ich z rozkazu władz, a szczątki skremowano lub pochowano w bezimiennej mogile. Jest o tym przekonany m.in. ówczesny szef aresztu w Mińsku, w którym wykonywano wyroki śmierci. To Aleh Ałkajeu skojarzył, że podczas nocy, gdy ginęli opozycjoniści, wypożyczano pistolet, którym zwykle wykonywano wyroki. – Starałem się zainteresować tym wymiar sprawiedliwości, szefa MSW, szefa ochrony prezydenta (do samego prezydenta nie miałem dostępu). W rezultacie aresztowano dowódcę brygady Dzmitryja Pauliczenkę, podejrzewanego o dokonanie zbrodni. Prezydent odwrócił tę drogę. Wypuścił Pauliczenkę z więzienia, a winnych jego zatrzymania zwolnił z pracy – mówił płk Ałkajeu w 2009 r. w rozmowie z DGP.
Pazniak z obawy o podobny los nigdy już nie wrócił na Białoruś. Dziś, dzieląc czas między Polskę i USA, pozostaje zajadłym krytykiem tak Łukaszenki, jak i opozycji, którą oskarża o agenturalność i pracę na rzecz władz, Kremla, albo obu tych struktur. Zniknięcie Zacharanki pozbawiło opozycję postaci o najlepszych kontaktach w strukturach siłowych; Marcau twierdził nawet, że Zacharanka mógł przekonywać wojsko do obalenia Łukaszenki po niby-wyborach. Zaginięcie Hanczara doprowadziło zaś do tego, że Rada XIII kadencji przestała się zbierać.
W 2000 r. wybrano nową Izbę Reprezentantów, jednak większość opozycji zbojkowała elekcję. Kolejne wybory parlamentarne i prezydenckie były fałszowane w coraz sprawniejszy sposób, a w 2004 r. Łukaszenka przeprowadził jeszcze jedno referendum, tym razem znoszące limit jego prezydenckich kadencji. Od czasu do czasu miał wpuszczać do Izby pojedynczych opozycjonistów (ostatnio miało to miejsce w kadencji 2016–2019), ale parlament i tak nie miał nic do powiedzenia.
Dlaczego Łukaszenka wygrał tak gładko? Najbardziej samokrytycznie podszedł do sprawy Piotr Krauczanka, jeden z ważniejszych deputowanych Rady XIII kadencji. „Przyczyna porażki nie leży w uporze Łukaszenki ani w tym, że sprzyjali mu Rosjanie. Leży w tym, że my, przeciwnicy autorytarnego przewrotu, nie byliśmy wówczas (i nie jesteśmy teraz) jedną drużyną, którą spajałby wspólny cel. Nawet w chwili poważnego zagrożenia dla demokracji i państwa opozycyjni liderzy nie zdołali podnieść się powyżej poziomu własnych drobnych ambicji i samozadowolenia, osobistych sympatii i antypatii” – pisał we wspomnieniach wydanych w 2006 r.
Przy pisaniu tekstu korzystałem z książek Walera Karbalewicza „Aleksandr Łukaszenko. Politiczeskij portriet”, Wiaczasłaua Kiebicza „Iskuszenije włastju”, Piotra Krauczanki „Biełaruś na rasputje”, „Palitycznaja historyja niezależnaj Biełarusi” pod red. Walera Bułhakaua i Saszy Ramanawej „Marcew”