Przed II turą obaj kandydaci walczyli o pana wyborców. Rafał Trzaskowski deklarował, że pod pewnymi warunkami mógłby pójść w Marszu Niepodległości, a PiS przygotował „spontaniczną” akcję „Mimo wszystko Duda”, gdzie wasi sympatycy mówili o tym, dlaczego zagłosują na urzędującego prezydenta. Prezydent nawet zapraszał Konfederację do bliżej nieokreślonej Koalicji Polskich Spraw. Jak pan to skomentuje?
To naturalne, że przed II turą oba sztaby robiły wszystko, by pozyskać wyborców, którzy mogli zdecydować o jej wynikach. Rzeczą zaskakującą jest to, że w centrum sceny politycznej znalazł się ponad milion wyborców Konfederacji, która przez media lubi być postrzegana jako skraj sceny politycznej. To pokazuje, że kwalifikacje medialne całkowicie różnią się od rzeczywistej pozycji socjologicznej, jaką zajmujemy. Ta pozycja socjologiczna to pozycja siły w centrum, siły łączącej różnych wyborców, co pokazują zabiegi największych partii.
PiS podejmował w kampanii temat mniejszości seksualnych czy też „niemieckich mediów”. Konfederacja tego nie podchwyciła. Dlaczego?
Nie widzieliśmy w trakcie kampanii takich problemów. To, co zrobił PiS, było dość toporną próbą chwiania nastrojami społecznymi.
Wybory za nami, kolejne ‒ planowo ‒ za trzy lata. Co w tym czasie chcecie uzyskać jako Konfederacja?
Nasz cel jest jasny: to budowa jak największego zaufania społecznego i przełamywanie wszelkich blokad medialnych i uprzedzeń. Chcemy być jedną z wiodących sił w parlamencie następnej kadencji, by realizować swój program.
Które z waszych postulatów mają szanse na realizację przy obecnym podziale mandatów w sejmie? Gdzie widzi pan możliwości koalicji programowych?
Nie wierzę w koalicje programowe między parlamentarną opozycją i obecnym obozem rządzącym. Tego typu hasła to wyłącznie narzędzie socjotechniczne po to, by rozmywać bazę wyborczą partii opozycyjnych. Wiadomo, że partie koalicji są po to, by realizować swój program, a nie ten opozycji, i nie wydaje mi się, by cokolwiek miało się w tej kwestii zmienić.
Nie macie punktów stycznych?
Ja ich nie widzę. Obóz rządzący postawił na etatyzm, centralizm i redystrybucję. Jak się to zsumuje, to jest to realizacja socjaldemokratycznego modelu społecznego, klasyczny program zachodniej lewicy. Premier Morawiecki po prostu to przemianował na „państwo dobrobytu” czy „państwo solidarne”. My jesteśmy siłą konserwatywno-wolnościowo-narodową. Nasz program w sferze gospodarczej jest biegunowo przeciwny.
Za to w sferze kulturowej nasz program jest konserwatywny, a program obozu rządzącego to dryfujący centryzm. W każdej istotnej sprawie ideowej obóz rządzący stara się jedynie zachować status quo, a jeśli już coś zmienia, to w lewą stronę.
Na przykład?
Zabieranie swobód obywatelskich, np. zakaz polowań ojców ze swoimi 17-letnimi synami. Jest to wstrzymanie przekazywania tradycji łowieckiej, która jest dumą naszego społeczeństwa. Nie zrobili tego ani okupanci, ani zaborcy, a dokonał tego PiS. To przykład największego lewicowego absurdu. Ale mamy też próby reedukacji narodu poprzez wprowadzanie podatków, np. podatek cukrowy, który ma zmieniać naszą dietę. Do tego mogę też dorzucić próbę wprowadzenia zakazu hodowli zwierząt futerkowych. Ale najbardziej razi blokowanie przez Prawo i Sprawiedliwość konserwatywnych obywatelskich projektów, jak ochrona dzieci przed pornografią w internecie czy projekt ochrony życia nienarodzonego. Widzę też całkowitą bierność wobec ofensywy lobby LGBT.
Retorycznie PiS mocno mniejszości seksualne atakował.
Ale retoryka nie ma znaczenia dla realnych działań w polityce. Jest po to, by ukrywać czyny, w przypadku obozu rządzącego ukrywania własnej bezczynności bądź cichego sprzyjania lewicy. Z konserwatywnego obozu PiS chce mieć tylko jedną rzecz: konserwatywnych wyborców. Nie chce programu, nie chce idei i przekonań, chce tylko poparcia konserwatywnych wyborców. Kluczową frazą w ich retoryce w tych tematach kulturowych jest powiedzenie „mnie nie przeszkadza”. A cóż to za konserwatyści, którym nie przeszkadza lewicowa ofensywa? To są zakompleksieni ludzie, którzy chcą wkupywać się w łaski salonu, udowadniając, że im nie przeszkadza realizacja lewicowego programu i tego całego pakietu nazywanego progresywizmem.
Takie wzmożenie retoryki przeciwko mniejszościom seksualnym nie wiąże się politycznie z prawicą?
Absolutnie nie. Przede wszystkim było to czysto cyniczne zagranie polityczne na finiszu kampanii wyborczej, które jest pozbawione jakiegokolwiek zakorzenienia w rzeczywistej polityce państwa prowadzonej przez obóz, który dysponuje wszystkimi narzędziami władzy: od kontroli połowy rynku medialnego przez administrację i edukację po Sejm. Obok polityki gospodarczej i kulturowej od PiS różnią nas też mocno kwestie międzynarodowe. Prawo i Sprawiedliwość jest partia prounijną i jednostronnie proamerykańską. Natomiast my stawiamy na eurorealizm i wielowektorowość.
Czym się objawia ta prounijność PiS-u?
Tym, że popiera wszystkie rozwiązania wzmacniające UE. Popierał traktat akcesyjny, euro, traktat lizboński, a teraz nowe kompetencje budżetowe dla Brukseli.
W ostatnich latach relacje między Brukselą i Warszawą są ‒ delikatnie mówiąc ‒ napięte.
PiS łączy popieranie wzmacniania UE z napiętym relacjami z Brukselą. Rzecz mało istotna, czyli bieżące konflikty, nie powinna nam przesłaniać rzeczy bardziej istotnej, czyli wspierania przez PiS eurofederalizmu. To nie kto inny niż premier Mateusz Morawiecki chwalił się tym, że popiera cztery nowe europejskie podatki, które jeszcze nie istnieją. Politycy PiS wspierają też możliwość emisji euroobligacji, czyli kolejnego kroku do stworzenia europejskiego superpaństwa. A to, że eurokraci PiS-u nie lubią, to inna sprawa.
Jakie decyzje czy inicjatywy powinien podjąć prezydent w ciągu pierwszych 100 dni od zaprzysiężenia?
Istotne jest przedstawienie stanowiska w dwóch sprawach dotyczących naszych interesów narodowych. Po pierwsze, prezydent powinien wypowiedzieć się przeciwko tzw. nowemu europejskiemu ładowi, a więc zradykalizowanej wersji pakietu klimatyczno-energetycznego promowanego w UE przez lewicowych fundamentalistów, którzy próbują uczynić z Europy antyprzemysłowy rezerwat. Druga sprawa to jasne wypowiedzenie się w sprawie deklaracji terezińskiej, która jest podstawą do ustawy 447. Do dziś żaden z przedstawicieli obozu rządzącego się od tego nie odciął, a to trzeba zrobić oficjalnie przez państwo, by odrzucić bezprawne roszczenia majątkowe organizacji żydowskich ze Stanów Zjednoczonych. Trzeba dać jasny sygnał, że my nie jesteśmy stroną tej deklaracji. ©℗