DGP
Po raz pierwszy przedstawiciele elit biznesowych rzucają wyzwanie Alaksandrowi Łukaszence i stają do wyborów. I to od razu dwóch: wieloletni dyrektorzy Biełgazprombanku Wiktar Babaryka i państwowego Parku Wysokich Technologii Waleryj Capkała. Jak pan to interpretuje?
Andriej Lachowicz: To nie są przedstawiciele rosyjskich interesów ani sparingpartnerzy Łukaszenki wystawieni dla imitacji konkurencyjności wyborów. To samodzielni kandydaci. W odróżnieniu od pozasystemowych oponentów Łukaszenki mają kontakty we władzach i pozyskują stamtąd informacje, więc rozumieją, co się tam dzieje. Trudno mi się odnieść do kandydatury Capkały. Poszedł w stronę mistyki, napisał książkę „Kod biessmiertija” (Kod nieśmiertelności). Ale Babaryka to człowiek, który wszystko osiągnął dzięki własnej pracy. Chce zmian i postrzega siebie jako zdolnego do ich przeprowadzenia.
Przez 20 lat kierował bankiem należącym do Gazpromu, przez co niektórzy eksperci postrzegają go przez pryzmat jego kontaktów w Rosji.
Nie zgadzam się, że skoro kierował bankiem Gazpromu, to musi być reprezentantem rosyjskich interesów. To wysoko wykwalifikowany menedżer, którego praca przynosiła akcjonariuszom pozytywne rezultaty.
Jak zareaguje system?
Jak zwykle narysują Łukaszence 80 proc. przy wysokiej, również zmyślonej frekwencji. Wielkich protestów przeciw fałszerstwom nie będzie ze względu na epidemię. W społeczeństwie wciąż pokutuje opinia, że Majdan oznacza destabilizację i niesie ryzyko wojny, jak na Ukrainie. A i sam Babaryka, według mnie najpopularniejszy kandydat alternatywny, nie jest zwolennikiem akcji ulicznych. Ale nie to jest najciekawsze.
A co?
To mogą być pierwsze wybory, kiedy alternatywny kandydat de facto otrzyma więcej głosów niż Łukaszenka. Łukaszenka może się przy tym utrzymać przy władzy. Ma sprawdzonych ludzi w komisjach wyborczych z szefową Lidziją Jarmoszyną na czele, fanatycznie oddanego szefa MSW Juryja Karajeua, z pochodzenia Osetyjczyka, dobrze wynagradzanych mundurowych. Ale poza przedstawicielami władzy i struktur siłowych nie ma poparcia. Ludzie mają dość. Niskie zarobki, coraz bardziej widoczne różnice między Białorusią a Polską czy Litwą. A gdyby rozpisać konkurs na najmniej adekwatne działania i oświadczenia podczas epidemii, wygrałby Łukaszenka.
Władzy przecież nie odda.
Chciałbym, żeby spełnił się scenariusz, że Łukaszenka oddaje władzę, ale to political fiction.
Rosjanie wtrącą się w te wybory?
Mam podstawy sądzić, że takim projekcikiem Rosji jest Siarhiej Cichanouski.
Antyrządowy wideobloger, którego skazano na areszt, by uniemożliwić rejestrację jego komitetu.
Cichanouski wrócił z Rosji z pieniędzmi i sprzętem, aby dać sygnał, że Moskwa nie jest zadowolona z Łukaszenki. W 2006 r. takim projekcikiem był Alaksandr Kazulin, a w 2010 r. kampania Mów Prawdę!, której faktycznym kierownikiem był Andrej Dzmitryjeu. Mówię „projekcikiem”, bo rosyjskiego projektu z prawdziwego zdarzenia w tych wyborach nie będzie. Rosja jest niezadowolona, ale nie na tyle, żeby próbować wymienić Łukaszenkę. Poza tym Kreml nie ma w sumie możliwości doprowadzenia do takiej wymiany. W białoruskich elitach nie ma lobbystów rosyjskich interesów, a przeważająca większość społeczeństwa chce, by Białoruś pozostała niepodległa.
Co z tradycyjną opozycją? Uda się któremuś z jej kandydatów zebrać wymagane 100 tys. podpisów?
W społeczeństwie nie ma popytu na przedstawiciela tradycyjnej opozycji. Opozycjoniści znów pokazali, że nie są zdolni do współpracy. Nie zdołali wybrać wspólnego kandydata. Jest za to popyt na człowieka z doświadczeniem w zarządzaniu. Widać to po rekordowej liczbie ludzi, którzy weszli w skład grupy inicjatywnej wysuwającej kandydaturę Babaryki. Tylko on jest zdolny zebrać wymagane podpisy. Dzmitryjeua i Aleha Hajdukiewicza, lidera prołukaszenkowskiej Liberalno-Demokratycznej Partii Białorusi, zarejestrują i bez podpisów, bo są potrzebni jako sparingpartnerzy Łukaszenki. A opozycjoniści nawet bez pandemii nie zebraliby podpisów.