Pierwszy rok rządów Wołodymyra Zełenskiego nie zapowiada udanej prezydentury – mówi ukraiński politolog Wiktor Andrusiw.
DGP
Wołodymyr Zełenski zapowiadał, że po pięciu latach będą go prosić, żeby został na kolejną kadencję. Będą?
Reklama
Pytanie, czy dotrwa do końca pierwszej. Nie da się powiedzieć, że Zełenski jest złym prezydentem. Jest nieskuteczny, ale dość uczciwy. Ten rok pokazał, że był niegotowy do prezydentury. Najgorsze, że nie nabrał tej gotowości. Nie zaczął ufać zawodowcom. Opiera się na ludziach, którzy nie znają się na polityce. Dryfuje.
Skąd bierze ludzi?

Reklama
Nie ma rezerwy kadrowej. Widać to było, jak na początku roku zmieniano rząd Ołeksija Honczaruka na Denysa Szmyhala. Część nowych ministrów odwołano po 20 dniach, niektóre ministerstwa, np. energetyki czy oświaty, wciąż nie zostały obsadzone. Jak dobierano kandydatów, skoro po trzech tygodniach wychodziło, że się nie nadają?
Rok temu zastanawialiśmy się, na ile Zełenski będzie zależny od Ihora Kołomojskiego. Po przyjęciu ustawy zakazującej zwrotu PrywatBanku, który poprzednie władze odebrały oligarsze, wydaje się, że nie ma dużej zależności.
On nigdy nie był zależny od Kołomojskiego. Ten był mniejszościowym udziałowcem kampanii Zełenskiego. Z pewnym, ale niedecydującym wpływem. Już w 2019 r. mówiłem, że konflikt z oligarchami jest nieunikniony, bo albo prezydent będzie chciał coś zmienić, co taki konflikt wywoła, albo niczego nie zmieni z tym samym efektem, bo oligarchowie sami są skonfliktowani.
DGP
Który wariant wybrał?
Nie wiadomo, bo on się waha między wariantami. Starał się nie zdradzić wyborców, a zdradził sam siebie. Nie popierał wpływu organizacji międzynarodowych na Ukrainę, odmawiał powoływania doradców zagranicznych, nie dopuszczał ludzi Petra Poroszenki. Tymczasem blisko 70 proc. pierwszego rządu Sługi Narodu głosowało wcześniej na Poroszenkę. Jedyne, co się nie zmieniło, to chęć bycia uczciwym. Niestety to nie ogranicza korupcji nawet bliskiego otoczenia.
Nie walczy z nią?
Nie może, bo to kwestia możliwości i instytucji. Zmienił prokuratora generalnego, stara się zmienić szefa Narodowego Biura Antykorupcyjnego, ruszył Sąd Antykorupcyjny. Tyle że te instytucje nie działają.
Jak na tym tle wyglądają relacje z Rinatem Achmetowem? Najbogatszy Ukrainiec zdobywa coraz większy wpływ.
Zełenski przez brak instrumentów jest zmuszony do szukania wsparcia. To nie są bezpośrednie relacje, ale konfliktując się z Kołomojskim, chce mieć równoważącego ten spór partnera. To nie znaczy, że Zełenski staje po stronie Achmetowa. Raczej szuka niezależności w warunkach zaostrzającego się konfliktu między oligarchami.
Czyli mechanizmy polityki się nie zmieniły, a przecież z postulatami ich zmiany Zełenski szedł do wyborów.
Zełenski chciał zabić smoka, a sam nim został. Symboliczne, a w polityce ważne są symbole, było porzucenie obietnicy wyprowadzki z biura prezydenta przy ul. Bankowej. Został tam, przyjął zastaną realność, choć tego nie chciał. Szukał nowego miejsca dla biura, ale się poddał. Nie zdołał narzucić swojej woli.
Przeciwnicy zarzucają mu populizm, zwolennicy odpowiadają, że przeprowadził niepopularną reformę rolną.
Zełenski głosił to, w co wierzył. Został prezydentem, bo ludzie zmęczyli się Poroszenką i wydali na niego wyrok. Dzisiaj stopniowo traci poparcie, ale starzy politycy nie zyskują. Zełenski trafił na moment, w którym naród pozbył się starych elit. Dał szansę stworzyć nową elitę. Byli tam różni ludzie – i chcący zmian, i chcący zarobić.
Mamy do czynienia – jak twierdzą jego przeciwnicy – z powrotem ludzi związanych z Wiktorem Janukowyczem? Z rewanżem starych regionałów?
To mit będący elementem walki politycznej Poroszenki. Nie da się wymienić żadnej decyzji Zełenskiego, którą można interpretować jak rewanż. Właśnie przedłużył zakaz korzystania z rosyjskich sieci społecznościowych. Podaje się przykład powrotu na Ukrainę Andrija Portnowa, dawnego prawnika Janukowycza. Mam na to odpowiedź: w przeciwieństwie do czasów Poroszenki, kum Władimira Putina Wiktor Medwedczuk nie jest członkiem grupy kontaktowej (negocjującej m.in. wymianę jeńców na Donbasie – red.).
Zełenskiemu uda się skończyć wojnę?
On chce pokoju, ale my tę wojnę de facto przegraliśmy. Zełenski nie rozwiąże kwestii Donbasu, dopóki Putin zachowuje stanowisko. Nasz instytut kończy pracę nad scenariuszami dla Donbasu. Nawet gdyby Putin jutro się stamtąd wycofał, nie oznacza to końca problemu. Przez sześć lat po tamtej stronie wyrosły nowe roczniki z przekonaniem, że Ukraina to wróg. To sytuacja politycznie nierozwiązywalna.
Największy sukces i największa porażka Zełenskiego to…?
Osiągnięć trochę miał, np. skasowanie immunitetu poselskiego, ale skoro mam wybrać, to za największe uznałbym danie szansy ludziom, którzy nigdy by jej nie otrzymali. Zaryzykował, robiąc premierem 35-latka bez doświadczenia. Jego porażką jest to, że ci ludzie się nie sprawdzili.
Cytat, od którego zacząłem rozmowę, miał dalszy ciąg. Zełenski obiecywał, że nie będzie się starał o reelekcję. Polubił bycie prezydentem?
Już nie ma tego zapału w oczach, co rok temu. Ostatnim ważnym zadaniem jest pokój na Donbasie. Porażka, a do niej dojdzie jesienią, będzie oznaczać porażkę prezydentury. Po niej zdecyduje, czy w ogóle chce ten ciężar dalej nieść, skoro nie dał rady.
Na czym miałaby polegać ta porażka?
Zełenski wierzy w przeprowadzenie wyborów na Donbasie. A szansy na to nie ma.
Kto przyjdzie po nim?
Ktoś nowy. Społeczeństwo nie toleruje starych polityków i szuka nowych idoli. Dowolna postać w sprzyjających okolicznościach może stać się bohaterem w ciągu dwóch, trzech miesięcy. Nie ma już na Ukrainie żelaznych elektoratów. Zełenski sam był tego przykładem.