Problem deepfake został zdemaskowany już dawno. Na długo, zanim świat doświadczył wykorzystania tej techniki w niecnych celach. Pozwala ona na tworzenie filmów w realistyczny sposób przedstawiających aktorów, polityków lub inne osoby podejmujące działania, które nie miały miejsca. W tym roku po raz pierwszy został wykorzystany w kampanii wyborczej.
Sfabrykowane zapisy wystąpień światowych przywódców, jak Barack Obama czy Władimir Putin, mówiących rzeczy, których się po nich nie spodziewamy, robiły wrażenie, odkąd pojawiły się w internecie. Przez pewien czas deepfake pełnił nawet funkcję straszaka. Skoro nie wiadomo, jak odróżnić materiały prawdziwe od fałszywych, to czy nie mamy do czynienia z końcem prawdy?
Mnie zwykle ciekawiło coś innego, czemu analitycy i eksperci poświęcali mniej uwagi. Nie wystarczy stworzyć fałszywkę. Trzeba ją też umieć dostarczyć szerokiemu gronu odbiorców w sposób dla nich wiarygodny. Część ekspertów nie dostrzegała tego szczegółu, przez co powstawało wrażenie nieuniknionego zagrożenia, wiszącego już nad nami. Problematyka deepfake dotarła do wysoko postawionych decydentów i weszła do programów politycznych w krajach Unii Europejskiej, w pewnym stopniu także w Polsce.