Polskie zaangażowanie, jeśli się zwiększy, to na pewno nie szybko.
– Poproszę NATO, by bardziej się zaangażowało w proces bliskowschodni – zapowiedział prezydent USA w swoim przemówieniu po irańskim ataku rakietowym na bazy wojskowe w Iraku. Jeszcze tego samego dnia walczący o reelekcję polityk zadzwonił do Jensa Stoltenberga, sekretarza Sojuszu. W oficjalnym komunikacie organizacji można przeczytać, że politycy „rozmawiali o sytuacji w regionie i roli NATO. (…) Zgodzili się również, że Sojusz może bardziej działać na rzecz regionalnej stabilności i walki z międzynarodowym terroryzmem”. Mają oni pozostać w „bliskim kontakcie” w tej sprawie.
Słowa Trumpa wywołały pewne zdziwienie, ponieważ wcześniej ten komunikat nie był przekazany Kwaterze Głównej organizacji w Brukseli. Tak więc sojusznicy niejako dowiedzieli się o tym z prasy. – Trump ma niewielką wiarygodność, gdy prosi NATO o zrobienie czegoś więcej, ponieważ przez lata krytykował tę organizację – stwierdził Erik Brattberg, dyrektor Carnegie Endowment for International Peace w czwartkowej wypowiedzi dla Defense News. – Podczas gdy niektórzy przywódcy NATO, jak francuski prezydent Emmanuel Macron, wzywają do wzmocnienia roli NATO na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej, pozostali są sceptyczni. Podczas ostatniego spotkania NATO w Londynie przywódcy jasno powiedzieli, że ich głównym celem jest powstrzymanie Rosji, a nie rozmieszczenie na Bliskim Wschodzie – tłumaczył analityk. To widać m.in. poprzez wzmacnianie wschodniej flanki i utworzenie sojuszniczych batalionowych grup bojowych w Polsce i w każdym z krajów bałtyckich.
Reklama
– Z naszej strony, jeśli chodzi o wzmacnianie obecności na Bliskim Wschodzie, szybko na pewno nic się nie wydarzy – mówi nasze źródło w Pałacu Prezydenckim.
– Jeśli Amerykanie nas o coś poproszą na niskim szczeblu, to odmówimy. Jeśli na wysokim, to będziemy się zastanawiać, ale nie wydaje się, byśmy zwiększali naszą obecność w tym regionie – mówi z kolei jeden z dyplomatów zajmujących się m.in. bezpieczeństwem. – W 2015 r. było nam łatwo pokazać zwiększenie zaangażowania, bo prawie nigdzie nie mieliśmy żołnierzy. Teraz w Iraku i Afganistanie mamy po kilkuset żołnierzy, wróciliśmy także do Libanu, tak więc nasze wojsko jest znacznie bardziej obciążone – tłumaczy.
Niemniej jednak warto pamiętać, że gdy obejmował swój urząd, Trump ostro mówił o tym, że Europejczycy powinni zwiększyć swoje wydatki na obronność. I choć forma, której użył, była daleka od zwyczajowych wypowiedzi liderów państw, a tym bardziej dyplomatów, to jednak cel swój osiągnął. Wydatki na obronność powoli rosną. Teraz może być podobnie. „Financial Times” donosił o tym, że NATO raczej woli się skupić na szkoleniu niż na zwiększaniu liczby żołnierzy. Już teraz Sojusz jest obecny zarówno w Iraku, jak i w Afganistanie. W ramach Sił Globalnej Koalicji przeciwko Państwu Islamskiemu Sojusz jest też w Iraku. Jednym z wariantów zwiększenia obecności jest swego rodzaju rebranding, czyli zmiana roli NATO z jednego z członków koalicji na jej lidera.
W Iraku stacjonuje prawie 300 żołnierzy i pracowników cywilnych Wojska Polskiego. – Jak już będziemy musieli zwiększyć nasze zaangażowanie, to moglibyśmy się postarać np. o to, by dowodzić misją NATO w Iraku. Takie postulaty były już zgłaszane – mówi jeden z naszych rozmówców. Na razie w tym kraju Polacy odpowiadają za szkolenie irackich żołnierzy w obszarze napraw i obsługiwania poradzieckiej techniki bojowej. Z kolei siły specjalne – żołnierze GROM-u – odpowiadają za szkolenie swoich irackich i jordańskich odpowiedników. – Specjalsi się żalili, że ich koledzy z USA czy Wielkiej Brytanii biorą udział w misjach, a oni siedzą bezczynnie – mówi DGP jeden z polityków, który wizytował naszych mundurowych.
Takich problemów nie mają polskie siły specjalne w Afganistanie. W tym kraju natowska misja szkoleniowa Resolute Support powoli, przynajmniej na papierze, osiąga swoje cele. Trump sygnalizował, że chce wycofywać stąd amerykańskich żołnierzy, tak więc pewną możliwością byłoby ich częściowe zastąpienie przez europejskich partnerów.