Donald Trump nie ukrywa emocji, kiedy prezentuje wyniki polowań na wrogów Ameryki. Bywa, że balansuje na granicy dobrego smaku. O Abu Bakr al-Baghdadim mówił, że zginął „jak pies, jak tchórz”, który „przed śmiercią płakał i histeryzował”.
ikona lupy />
Magazyn DGP z 10.01.2020 r. / Dziennik Gazeta Prawna
Bez względu na to, jak bardzo odrażającą postacią był przywódca tzw. Państwa Islamskiego, takie porównanie nie przysporzyło prezydentowi USA sympatii wśród blisko wschodnich sunnitów. Zestawienie wyznawcy islamu z psem jest dla nich skrajnie obraźliwe. Zabitego na lotnisku w Bagdadzie Ghasema Solejmaniego amerykański przywódca nazwał z kolei „potworem”. W swoim niepowtarzalnym stylu straszył też władze w Teheranie nalotami na zabytki kultury perskiej.
Stosunek Trumpa do świata jest manichejski. Prosty i czarno-biały. Swoją retoryką buduje wrażenie, że uderzenia z samolotów bezzałogowych są istotą jego polityki zagranicznej. To jednak pozory. Dyplomacja dronów ma w USA wieloletnią tradycję, która trwa ponad podziałami partyjnymi. Zapoczątkował ją George W. Bush, a jej apogeum przypada na prezydenturę Baracka Obamy. Gdy pod koniec 2009 r. poprzednik Trumpa przyjmował Nagrodę Nobla (czyli po niecałym roku urzędowania), miał już na swoim koncie więcej podpisanych rozkazów o likwidacji wrogów USA za pomocą samolotów bezzałogowych niż George W. Bush przez swoje dwie kadencje. Jak podawały amerykańskie media, w trzecim roku prezydentury Obama zadecydował o zabiciu dwukrotnie wyższej liczby przeciwników USA, niż wynosiła populacja więźniów przetrzymywanych w bazie Guantanamo na Kubie. – Zabijamy tych skurw… szybciej, niż są w stanie ich wychować – mówił w rozmowie z „Washington Post” szef komórki antyterrorystycznej w Centralnej Agencji Wywiadowczej. W tym sensie Trump jest co najwyżej kontynuatorem. Krzykaczem głośno obwieszczającym swoje sukcesy.

Higieniczna wersja wojny z terroryzmem

Procedura selektywnej eliminacji to działanie nawet bardziej nihilistyczne z punktu widzenia prawa międzynarodowego niż tajne więzienia CIA i program tzw. rendition flights, który po 11 września 2001 r. polegał na przerzucaniu po świecie, bez wyroku sądowego czy nawet aktu oskarżenia, osób podejrzewanych o terroryzm. Pozbawienie wolności rodziło wówczas wiele problemów logistycznych. Towarzyszyły im tortury, które Amerykanie nazywali eufemistycznie „wzmocnionymi technikami przesłuchań” (enhanced interrogation techniques). Stały się one atrakcyjnym tematem śledztw dziennikarskich. Co innego polowania z drona. „Neutralizacja” – tu też stosowano eufemizmy – „celu wysokiej wartości” po kilkudniowej fali oburzenia lokalnej ludności najczęściej zamykała sprawę. Poza utrwaleniem niechęci do USA. – Obawiam się postrzegania przez świat uderzeń z samolotów bezzałogowych. Gniew jest większy niż przeciętny Amerykanin jest w stanie sobie wyobrazić – przestrzegał w wywiadzie dla Reutersa w 2013 r. jeden z autorów koncepcji wykorzystania dronów, gen. Stanley McChrystal (to właśnie on dowodził w czasach Obamy siłami USA w Afganistanie; McChrystal poparł niedawną likwidację Ghasema Solejmaniego).
Nagrodzonego Pokojową Nagrodą Nobla prezydenta USA przestrogi generała nie wzruszały. Jego administracja nigdy nie konsultowała tego typu operacji z władzami państw, w których je przeprowadzano. Na terenie Afganistanu i Pakistanu – przynajmniej formalnie suwerennych państw – przez lata były one codziennością. W pierwszym kraju dokonywały tego siły zbrojne (bo toczyły się tam działania wojenne), w drugim wywiad cywilny – CIA (bo formalnie panuje w nim pokój). John Brennan, doradca prezydenta ds. antyterrorystycznych, odpowiedzialny za te operacje w okresie rządów Obamy, w nagrodę za swoją ciężką pracę awansował na szefa CIA. Jego zaangażowanie w dyplomację dronów doprowadziło do tego, że był uznawany za najpotężniejszego szefa agencji ostatnich trzech dekad. W końcu to on osobiście, a nie prezydent USA, sporządzał listy osób (tzw. Disposition Matrix), które później stawały się celami ataków z powietrza. Również Brennan wymyślił metodę statystyczną minimalizującą liczbę ofiar cywilnych czy – jak to określają armia USA i CIA – „strat ubocznych”. Polegała ona na tym, że za terrorystę lub przeciwnika USA był uznawany każdy zabity w nalocie mężczyzna w wieku poborowym. Jeśli np. Amerykanie uderzyli w lokalną szurę w Afganistanie, w której brało udział np. 300 osób – z czego 100 to byli mężczyźni w wieku poborowym – i w konsekwencji zginęło 120 osób, to w sumie ofiar cywilnych było zaledwie 20. Zgodnie z tą metodą statystyczną to na stronie afgańskiej spoczywał obowiązek udowodnienia, ilu z zabitych nie było zaangażowanych w talibską rebelię. Władze w Kabulu ani nie były tym zainteresowane, ani nie były w stanie technicznie takiej analizy przeprowadzić.

Nowy etap

Zajmująca się problemem ataków z dronów amerykańska dziennikarka Tara McKelvey pisała o problemach prawnych wynikających ze stosowania tej taktyki. W wywiadzie z głównym radcą CIA Johnem A. Rizzo wskazywała na brak jasnego rozróżnienia, kto na liście jest uznawany za cel wojskowy, a kto za niewojskowy. Jaka liczba przypadkowych, cywilnych ofiar takiego nalotu może być do zaakceptowania, a jaka nie? Kto i na podstawie jakich kryteriów decyduje, że dana osoba jest zagrożeniem dla bezpieczeństwa USA? Jak podkreślała McKelvey, na gruncie prawa międzynarodowego można kwestionować tego typu zabójstwa.
W praktyce nigdy do tego nie doszło. Wręcz przeciwnie – wraz z wydłużającą się listą pytań rozwijał się również sam program, a liczba krajów, wobec których uprawiano dyplomację dronów, rosła. Do Afganistanu i Pakistanu dołączyły Libia, Somalia, Irak, Jemen oraz Syria. Równocześnie trudno nie zauważyć realnych sukcesów tej polityki. W sierpniu 2009 r. w południowym Waziristanie zabito z drona przywódcę talibów pakistańskich Baitullaha Mehsuda, założyciela Tehrik-i-Taliban. To on stał za zabójstwem premier Pakistanu Benazir Bhutto w 2007 r. Ludzie z jego organizacji zamordowali również w lutym 2009 r. polskiego inżyniera Piotra Stańczaka. W tym samym roku w nalocie zginął syn Osamy bin Ladena – Saad. W 2008 r. zabito też Omara Hakkaniego, syna Dżalaluddina – lidera powiązanej z al-Kaidą, jednej z najpotężniejszych formacji rebelianckich działającej na pograniczu afgańsko-pakistańskim. W 2011 r. w Jemenie pociski spadły na urodzonego w USA Anwara al-Awlakiego, lidera al-Kaidy Półwyspu Arabskiego.
Ostatnie uderzenie i zabicie irańskiego generała Ghasema Solejmaniego jest nowatorskie o tyle, że dotyczy oficjalnego przedstawiciela suwerennego państwa. Niezależnie od powiązań brygady al-Kuds z organizacjami terrorystycznymi, takimi jak np. Hezbollah, Solejmani nosił mundur i służył pod konkretną flagą. Trump wysłał więc w świat sygnał, że amerykańska dyplomacja dronów wkroczyła w nowy etap.
STANY ZJEDNOCZONE OPARŁY SWOJĄ DOKTRYNĘ WOJENNĄ NA SELEKTYWNEJ ELIMINACJI ZA POMOCĄ SAMOLOTÓW BEZZAŁOGOWYCH. NIEZALEŻNIE OD TEGO, JAK BARDZO JEST ONA KONTROWERSYJNA – OD LAT PRZYNOSI WASZYNGTONOWI WYMIERNE KORZYŚCI.