Na półmetku kadencji pierwsza w historii kobieta kierująca administracją Hongkongu Carrie Lam mierzy się z największym od lat kryzysem politycznym i rosnącymi obawami o autonomiczny status metropolii wobec Pekinu.
Zgodnie ze sformułowaną przez Denga Xiaopinga doktryną „jeden kraj, dwa systemy”, która stała się podstawą przyłączenia w 1997 r. tej byłej kolonii brytyjskiej do Chińskiej Republiki Ludowej, jej ustrojowa odrębność miała być zapewniona przez 50 lat.
Główna bohaterka obecnego dramatu, Carrie Lam – wychowana w robotniczej, katolickiej rodzinie doświadczona urzędniczka – konfrontuje się z protestami społecznymi nie po raz pierwszy. Miała z nimi do czynienia już w 2007 r. Jako sekretarz ds. rozwoju metropolii, stojąc naprzeciw demonstrujących obrońców zabytków, tłumaczyła, że decyzja o wyburzeniu dwóch historycznych przystani jest nieodwołalna. Lam zyskała sobie wówczas reputację dobrej mediatorki, ale zarazem twardej polityczki potrafiącej gasić pożary.
W 2014 r. w Hongkongu wybuchła tzw. rewolucja parasolek. Ludzie wyszli na ulice przeciwko wytycznym Pekinu, by nowy system wyborów szefa autonomicznych władz metropolii dawał prawo do startu tylko kandydatom wyłonionym przez specjalny komitet nominacyjny. Lam była już w tym czasie „numerem dwa” w hongkońskiej administracji i odpowiadała za prace nad reformą, której celem miało być ustanowienie powszechnych wyborów szefa rządu metropolii. Tym razem nie udało się jej wyjść z negocjacji obronną ręką. Firmowany przez nią projekt, zgodny z dyrektywami ChRL, został odrzucony, a sama Lam straciła pozycję najpopularniejszej według sondaży przedstawicielki władz metropolii.
Reklama
Mimo to już w 2017 r. została wybrana – jako pierwsza w historii kobieta – na stanowisko zwierzchniczki hongkońskiej administracji. Po wyborze na najwyższą funkcję w metropolii Lam zapowiedziała ochronę podstawowych wartości Hongkongu oraz dążenie do zasypania podziałów w społeczeństwie. Wkrótce jej gabinet wszedł jednak na ścieżkę wojenną ze zwolennikami autonomii byłej brytyjskiej kolonii, m.in. eliminując z wyborów uzupełniających do Rady Legislacyjnej kandydatów opowiadających się za samostanowieniem metropolii oraz delegalizując powstałą na fali protestów 2014 r. niepodległościową Narodową Partię Hongkongu.
Jednak to tegoroczne inicjatywy kierowanych przez Lam władz autonomicznych stały się początkiem jej prawdziwych problemów. W styczniu pod obrady Rady Legislacyjnej trafił projekt ustawy o hymnie narodowym, który miał zapewnić implementację na terytorium Hongkongu chińskich przepisów zakładających m.in. kary do trzech lat więzienia za okazywanie mu braku szacunku. Z kolei w lutym – na fali debaty wokół sprawy morderstwa popełnionego na terenie Tajwanu, w której to w związku z brakiem umowy ekstradycyjnej z tym krajem główny podejrzany nie mógł zostać przekazany tajwańskim służbom – do lokalnego parlamentu metropolii wpłynęła propozycja nowelizacji prawa ekstradycyjnego. Mimo zapewnień, iż intencją projektu jest załatanie luki prawnej, a nie umożliwienie stawiania mieszkańców Hongkongu przed chińskimi sądami, rozbudził on obawy, że przeciwnicy polityczni będą odsyłani do Chin kontynentalnych. To stało się przyczyną największych protestów od czasu przyłączenia byłej brytyjskiej kolonii do ChRL. Według części doniesień nowela była osobistą inicjatywą Lam.
Pierwsze marsze przeciwko projektowi odbyły się już w marcu. Masę krytyczną osiągnęły w czerwcu, kiedy zaplanowano drugie czytanie w Radzie Legislacyjnej. Masowe uliczne manifestacje, z których liczne przeradzały się w brutalne starcia z policją, wielka fala strajków oraz represje wobec uczestników protestu doprowadziły w zeszłym tygodniu do formalnego wycofania projektu. Wszystko wskazuje jednak, że ustępstwa hongkońskiej administracji nastąpiły za późno i nie wystarczą, aby uspokoić rozgrzane do czerwoności nastroje społeczne. Protestujący domagają się spełnienia pozostałych postulatów, m.in. powołania niezależnej komisji, która zbadałaby działania rządu i policji podejmowane wobec demonstrantów, uwolnienia zatrzymanych oraz w pełni demokratycznych wyborów władz.
Na dalsze koncesje wobec protestujących trudno będzie namówić chińskie władze centralne. Jednocześnie dla Pekinu, choć nie stroni on od sugestii, że mógłby wysłać przeciwko protestującym wojsko, interwencja taka – w newralgicznym czasie konfliktu handlowego z USA, a także wobec dążeń do pokojowego zjednoczenia z Tajwanem – wydaje się ostatecznością.
Zmuszona do lawirowania między Pekinem i hongkońską ulicą Lam, według doniesień mediów, na jednym z niedawnych spotkań z przedstawicielami biznesu stwierdziła, że gdyby miała wybór, ustąpiłaby z funkcji. „Doprowadzenie przez szefa administracji do tak wielkiego zamieszania w Hongkongu jest czymś niewybaczalnym” – mówi urzędniczka na nagraniu, do którego dotarł Reuters. „Gdybym miała wybór, to po pierwsze bym się zwolniła, po szczerych przeprosinach ustąpiłabym z funkcji” – dodaje łamiącym się głosem.
Wcześniej o tym, że szefowa władz Hongkongu chciała podać się do dymisji, pisał m.in. „Financial Times”. Według gazety rząd w Pekinie kazał jej jednak zostać i „posprzątać bałagan, jakiego narobiła”. Według Reutersa chińskie władze nie dopuszczają do rezygnacji Lam m.in. z obawy, że konieczność wyłonienia jej następcy mogłaby zaognić dyskusję na temat demokratyzacji Hongkongu.
Pekin może jednak zostać zmuszony do zrewidowania stanowiska. Z poparciem niespełna jednej czwartej Hongkończyków Lam jest dziś najbardziej niepopularnym liderem metropolii od jej przyłączenia do Chin. W sondażach spadają też notowania chińskich władz centralnych i ufność w zasadę „jednego kraju, dwóch systemów”.