Według wyliczeń banku JP Morgan i Bloomberga rentowność poniżej zera ma już 30 proc. wszystkich obligacji rządowych wyemitowanych na świecie. To nowy rekord. Poprzedni został ustanowiony w 2016 r., kiedy to ujemne rentowności dotyczyły około 25 proc. całej światowej emisji rządowego długu
Reklama
JP Morgan ostrzega, że taka sytuacja stanowi zagrożenie dla wysokości przyszłych emerytur na świecie. Fundusze emerytalne przez coraz niższe rentowności obligacji osiągają coraz niższe stopy zwrotu. Oznacza to, że prywatne oszczędności emerytalne powiększają swoją wartość wolniej. Na dodatek fundusze te są zmuszone szukać alternatyw dla oszczędzania w obligacjach, aby uniknąć spadku wartości tych oszczędności na skutek ujemnych rentowności na rynku. Te alternatywy to najczęściej rynek akcji, który jednak jest znacznie bardziej ryzykowny. Oznacza to, że dziś fundusze, aby osiągnąć taki sam zysk dla swoich klientów co kilka lat temu, muszą znacznie bardziej ryzykować. W związku z tym istnieje większe prawdopodobieństwo porażki i utraty przynajmniej części emerytalnych oszczędności. Można też próbować zarabiać na obligacjach z ujemną rentownością, sprzedając je komuś innemu za wyższą cenę, czyli przy jeszcze bardziej ujemnej rentowności. Wielu inwestorów tak właśnie robi. Tyle że to już zwykła spekulacja rynkowa, której akurat fundusze oszczędzające na emeryturę powinny się wystrzegać, bo również jest zbyt ryzykowna.
Fundusze emerytalne osiągają coraz niższe stopy zwrotu
Dziś ujemne rentowności mają wszystkie obligacje rządowe w Niemczech, Danii, Holandii i Szwajcarii. Z kolei w Austrii, Belgii, Francji, Finlandii, Szwecji, Słowenii i Japonii, aby osiągnąć zysk z takiej inwestycji, trzeba kupić obligacje, które zostaną wykupione co najmniej za 20 lat. Wszystkie z wcześniejszymi wykupami są poniżej zera. W Słowacji granica zyskowności jest obecnie na 13 latach, a w Irlandii i Hiszpanii na dziesięciu. Ujemne rentowności występują też w przypadku niektórych obligacji Portugalii, Malty, Włoch, a nawet Bułgarii.

Reklama
Główną przyczyną ujemnych rentowności jest sposób, w jaki banki centralne reagują na zagrożenie recesją. Obniżają one wtedy stopy procentowe, w ostatnich latach nawet do zera albo lekko poniżej zera (np. w Szwajcarii i w strefie euro). W zamyśle autorów ma to zachęcać przedsiębiorców do inwestowania i ożywiać gospodarkę, bo obniżenie głównej stopy pociąga za sobą w dół oprocentowanie kredytów w bankach, a także właśnie obligacji na rynku. To dlatego np. w Polsce ujemne rentowności nam nie grożą. Jesteśmy bardzo daleko od recesji, więc nie musimy obniżać stóp – ostatni raz NBP zrobił to wiosną 2015 r. Sytuacja gospodarcza na zachodzie Europy wygląda jednak zdecydowanie gorzej.
Ultraniskie stopy procentowe mają pomóc ożywić gospodarkę, a kiedy uda się już to ożywienie osiągnąć, będzie można te stopy podnieść i nastąpi normalizacja – takie jest założenie. Zamiast takiego mechanizmu można jednak zaobserwować na rynkach i w gospodarce coś na kształt błędnego koła. Inwestorzy widząc coraz bardziej ujemne rentowności obligacji, obawiają się, że to sygnał rosnących obaw o nadchodzącą recesję. Boją się więc jej jeszcze bardziej i uciekając przed nią, starają się znaleźć na rynku jakieś bezpieczne instrumenty, czyli głównie właśnie obligacje. Kupując je, powodują, że ich cena rośnie, a rentowność (czyli w tym przypadku odwrotność ceny) jeszcze bardziej maleje. Boją się więc czegoś, do czego sami przez swoje lęki się przyczyniają.
Z kolei banki, które miały pomagać w ożywieniu, oferując supertanie kredyty – same tracą, bo nie są w stanie przerzucić ujemnych stóp procentowych na klientów i zaproponować im ujemnie oprocentowanych depozytów (bo wtedy klienci uciekną z banku i zabiorą stamtąd swoje pieniądze). Coraz mniejsza zyskowność biznesu bankowego powoduje, że banki nie chcą zwiększać akcji kredytowej (bo za mało na niej zarabiają), co dodatkowo dobija słabnącą gospodarkę. Zresztą z drugiej strony firmy wystraszone recesją tych kredytów nie chcą brać. Bo po co?
Problem zapewne jakoś udałoby się rozwiązać, gdyby nie dwie kluczowe jego przyczyny, które nie chcą zniknąć. Pierwsza to demografia – starzejące się społeczeństwa bogatych państw oznaczają coraz więcej oszczędności emerytalnych i rosnącą niechęć do ryzyka na rynkach, a więc nieustannie rosnący popyt na obligacje, podbijający ich cenę. Drugi to wojna handlowa i wysokie napięcie w stosunkach między USA a Chinami. To jest praprzyczyna obaw świata o spowolnienie gospodarcze i niewykluczoną recesję.
Stary sposób ożywiania gospodarki niskimi stopami dziś nie działa, co zresztą banki centralne dostrzegają. Apelują więc do rządów, aby one spróbowały rozruszać gospodarkę, rozluźniając politykę fiskalną, czyli obniżając podatki albo zwiększając wydatki i przy okazji deficyt budżetowy. Na razie jednak rządy z obaw przed tym deficytem pozostają na te wezwania głuche, a rentowności obligacji stają się z dnia na dzień coraz bardziej ujemne.