Nawet nie zacząłem spotykać się z eurodeputowanymi w Brukseli i Strasburgu, a już niektórzy typują mnie na kandydata z problemami. Jestem z Polski i to wystarczy, by mnie etykietować? – pyta Krzysztof Szczerski, szef gabinetu prezydenta, polski kandydat na komisarza.
Reklama
O jakiej tece rozmawiał pan w ostatnią środę z przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulą von der Leyen? Jaki obszar pana najbardziej interesuje: obronność, o czym w Polsce się dużo mówi, energetyka, transport czy rolnictwo?
Na tym etapie tworzenia Komisji i przed oficjalną prezentacją podziału tek nie mam żadnych uprawnień, by komentować tę sprawę. Tym bardziej że przewodnicząca nie spotkała się jeszcze ze wszystkimi kandydatami. Niektóre państwa jeszcze ich nawet nie zgłosiły. Rozmowa dotyczyła układanki, którą trzeba złożyć w jeden obraz. To nie będzie proste. W grę wchodzi z jednej strony równowaga geograficzna, z drugiej polityczna i – zaproponowana przez samą przewodniczącą – równowaga płci. Pani przewodnicząca zakłada, że uda jej się tę układankę złożyć do końca sierpnia.
Podczas rozdziału najważniejszych stanowisk Europa Środkowa została pominięta. Nie respektowano zasady równowagi geograficznej przy wyborze szefa Komisji, Rady Europejskiej, Parlamentu i Europejskiej Służby Działań Zewnętrznych. W takich warunkach Polska chyba może liczyć na istotną tekę? Czy ten argument – pominięcia regionu w ostatnim rozdaniu kadrowym – w rozmowach brukselskich działa?
Brak tej równowagi geograficznej rzeczywiście jest zauważalny. Ale w przypadku tworzenia Komisji dużo bardziej liczy się argument, że ta Komisja może mieć najszersze poparcie, jeśli chodzi o grupy polityczne w Parlamencie. Nowa Komisja ma szansę zostać poparta aż przez pięć dużych grup politycznych w PE. Od zielonych po konserwatystów. To się do tej pory nie zdarzyło. Mówi się o kryzysie integracji, tymczasem można pokazać coś wręcz odwrotnego. Że jesteśmy w stanie – w gronie pięciu dużych i bardzo różnorodnych grup – ułożyć wspólną Komisję. I jasno wyznaczyć granicę pomiędzy eurosceptycyzmem i tymi, którzy chcą działać na rzecz lepszej Unii. W tej układance ja jestem przedstawicielem frakcji europejskich konserwatystów.
Parlament jest ostatnim etapem wyłaniania Komisji. Już na wcześniejszych można kogoś odrzucić lub – wbrew jego woli – zmienić mu tekę. I w tym kontekście wskazuje się na Polskę.
Wartością byłoby wyłonienie Komisji w sposób konstruktywny i konsensualny. Po co komu partyjne wojny na poziomie unijnym albo wykluczanie konkretnych państw i rządów? Dlatego byłoby niedobrze, gdyby tworzenie składu Komisji poszło w kierunku konfrontacyjnym.
Rozmawiając z Ursulą von der Leyen o problemach Europy, mieliśmy bardzo wiele wspólnych opinii. Uważam, że dziś w Unii, mimo różnic politycznych, da się uzyskać spójność. Albo wręcz, mówiąc językiem europejskim, to właśnie dzięki inkluzywnej różnorodności, która nikogo z góry nie wyklucza, da się uzyskać w Unii jedność.
Już sam wybór przewodniczącej Komisji przebiegł w sposób konfrontacyjny. Nie było pewności, czy von der Leyen uzyska większość w Parlamencie. Ostatecznie była to większość „na styk”. Skąd zatem przekonanie o tym, że wyłanianie Komisji przebiegnie harmonijnie i bez konfrontacji?
Wybór szefowej Komisji był konfrontacyjny, ale nie ze strony grupy Europejskich Konserwatystów i Reformatorów (EKR), z której się wywodzę. Nie ma zatem powodu, by konfrontacyjność była skierowana przeciw kandydatowi konserwatywnemu. Dzięki, między innymi, proeuropejskiej postawie eurodeputowanych Prawa i Sprawiedliwości Unia uniknęła politycznego kryzysu, jakim niewątpliwie byłoby odrzucenie kandydatki Rady Europejskiej na przewodniczącą Komisji.
Załóżmy optymistycznie, że zieloni zdecydują się na model niekonfrontacyjnego wyłaniania Komisji. Czy oni byliby w stanie się zgodzić na komisarza ds. energii z państwa tzw. nowej Europy i do tego konserwatystę. Z ich perspektywy to wpuszczenie lisa do kurnika.
Przy kształtowaniu tek przewodnicząca na pewno zaproponuje skład, który nie będzie skłaniał do konfrontacji.
Czyli to nie pan obejmie tekę energii?
Konsekwentnie będę unikał komentowania szczegółów rozmów. Zbyt dużo było ostatnio w tych sprawach dezinformacji i podgrzewania złych emocji. Pani przewodnicząca dostała od premiera Mateusza Morawieckiego w Warszawie – co ja potwierdziłem w Brukseli – jasną pozycję Polski: nazwisko człowieka i zakres kompetencji, który nas interesuje. Do tej pory wszystko jest dotrzymywane. Nasza pozycja jest jasno określona i dotyczy tek gospodarczych. Tych, gdzie są istotne regulacje i istotne środki finansowe.
Pan osobiście lepiej czułby się w obronności czy sprawach gospodarczych?
Apeluję o powściągliwość i cierpliwość, a nie wymienianie listy katalogowej. Powiem tylko jedno: nie było dotąd żadnej publicznej deklaracji Ursuli von der Leyen w sprawie, w ogóle nawet, utworzenia stanowiska komisarza ds. polityki obronnej.
To spytamy inaczej: bardziej energetyka czy wspólny rynek albo budżet?
Będę konsekwentny i utrzymam się w kręgu definicji, którą przedstawił premier Morawiecki. Jest kilka obszarów znaczących. One dotyczą spraw gospodarczych. Z natury rzeczy Polska nie będzie się zajmowała sprawami dotyczącymi strefy euro. Byłoby to nielogiczne, bo nie jesteśmy jej państwem członkowskim. To jedyne wyłączenie z katalogu.
Rolnictwo i transport?
Rozumiem państwa zadanie jako dziennikarzy, ale proszę uszanować moją rolę jako kandydata i pozwolić mi znacząco milczeć. Powtórzę: jako ważny kraj członkowski aspirujemy do istotnej teki komisyjnej.
Chce tego prawie każde państwo.
To prawda. W środę usłyszałem od przewodniczącej von der Leyen, że większość państw ma te same oczekiwania. Pewnie nie jest to sytuacja wyjątkowa. Być może przewodnicząca będzie chciała układać Komisję w sposób innowacyjny. Może pewne elementy z dotychczasowych tek będą łączone lub na nowo rozdzielane.
Miguel Cañete miał energię i klimat. Pytanie, czy da się to rozdzielić, by spacyfikować zielonych, którzy mogą mieć problem z komisarzem ds. energii z państwa, które opiera swoją politykę energetyczną na węglu?
Słychać w Brukseli, że pani przewodnicząca bardzo poważnie traktuje swoje deklaracje złożone w założeniach programowych. Tam są bardzo wyraźnie zarysowane priorytety klimatyczne. Wydaje się, że są one odrębną polityką unijną. Bo de facto to jest dla Europy ogromne zagadnienie. Nie wiadomo, czy jeden komisarz jest w stanie udźwignąć ten zakres obowiązków. I energię, i klimat.
Załóżmy, że w czasie przesłuchania w Parlamencie padnie pytanie – oczywiście w sytuacji, w której byłby pan kandydatem na komisarza ds. energii – o ograniczenia emisji CO2. Będzie pan składał deklaracje zgodne z tym, co mówi europejski mainstream? O konieczności wyznaczenia ambitnych celów klimatycznych. Polski komisarz będzie powtarzał brukselskie założenia dotyczące klimatu?
Stanę do wysłuchania jako zgłoszony przez Polskę kandydat w Komisji Ursuli von der Leyen. Nie będę mówił o polskiej polityce i polskich celach, bo nie mam do tego mandatu. Oczywiście, jeśli będę pytany, to przedstawię swoją opinię, ale nie będzie to w żadnej mierze stanowisko rządu, bo do tego nikt mnie nie upoważni.
Były minister spraw zagranicznych, a dziś europoseł Witold Waszczykowski co chwila domagał się realizowania polskich interesów przez Donalda Tuska i polską komisarz Elżbietę Bieńkowską. Argumentował, że od tego są.
Zgodnie z literą traktatów nie mam prawa otrzymywać instrukcji ze stolic i oczywiście będę tego ściśle przestrzegał wobec każdej stolicy, także Warszawy. W Radzie Europejskiej jest inaczej. Tam przewodniczący powinien wysłuchiwać postulatów poszczególnych państw i starać się o równowagę. Tych starań najwyraźniej zabrakło przy ostatnich decyzjach personalnych, kiedy Rada obsadzała główne stanowiska w instytucjach europejskich. Wracając jednak do tematu. Przed Parlamentem będę reprezentował program pracy nowej Komisji i mam nadzieję, że to będzie kryterium oceny mojej kandydatury. Co dobrego z mojej ewentualnej przyszłej pracy wyniknie dla Polski, to nie ja będę oceniał.
Zapytamy przewrotnie: to może lepiej – szczególnie dla PiS przed wyborami w Polsce – aby tej energetyki nie dostać. Bo będzie pan musiał mówić o zeroemisyjności. Do tego może być pan pytany o polskie sądy.
Oczywiście mogę być pytany o wszystko, ale, jak powiedziałem, jestem świadomy roli, w jakiej będę się prezentował. Nie będę miał prawa składać w imieniu Polski żadnych deklaracji, np. dotyczących emisyjności. Moja teka nie będzie też miała z pewnością żadnego bezpośredniego związku z kwestią oceny reformy sądownictwa w Polsce, bo o taki zakres się nie ubiegamy.
Ale ta logika funkcjonuje w praktyce i przynosi rezultaty, co pokazało odrzucenie w europarlamencie kandydatur Zdzisława Krasnodębskiego i Beaty Szydło na ważne stanowiska.
Dlatego zdaję sobie sprawę, że przesłuchanie z pewnością nie będzie sprawą prostą. Choć powiem jasno, trudno mi się pogodzić z sytuacją, kiedy nawet nie zacząłem spotykać się z eurodeputowanymi w Brukseli i Strasburgu, a już niektóre media typują mnie na kandydata z problemami i tworzą zły klimat. Przecież ja nawet nie mam jeszcze przydzielonej teki!
Czyżby to nie miało żadnego znaczenia? Jestem z Polski i to wystarczy, by mnie etykietować? Myślę, że takie działania przede wszystkim deprecjonują rolę samego Parlamentu, bo sugerują, że samo wysłuchanie nie ma znaczenia, ważniejsze jest to, z jakiego kraju pochodzi kandydat. A ja liczę na dobrą i merytoryczną dyskusję z odpowiednimi komisjami europarlamentu. Uważam, że moim obowiązkiem jest wykonać pracę, jak należy. Planuję niedługo po warszawskich obchodach 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej przenieść się do Brukseli i odbyć tam spotkania konsultacyjne z europarlamentarzystami oraz urzędnikami z dziedziny, która zostanie mi przydzielona. Chcę wykonać profesjonalną pracę zgodnie z zasadami sztuki, to jest mój obowiązek i chcę mieć przekonanie, że dołożyłem wszystkich starań.
Podobno został pan zaproponowany, bo w przeciwieństwie np. do wspomnianej Beaty Szydło, która jest w zasadzie twarzą sporu o praworządność, nie miał pan z reformą sądów za wiele wspólnego. Miał być pan kandydatem niekontrowersyjnym, ale w mediach zaczęto szeroko cytować pana teksty publicystyczne i określać eurosceptykiem.
Pierwotnie zakładałem, że do czasu wyjaśnienia spraw związanych z podziałem tek, ograniczę swoją aktywność w mediach, żeby niepotrzebnie nie spekulować i móc ustalić komunikaty w gronie komisarzy-elektów. Ale zmieniłem zdanie z powodu ilości kłamstw, jakie się na mój temat wypisuje. Nie rozpoznaję się w większości tekstów, jakie zostały o mnie ostatnio napisane, a cytaty, jakie krążą w mediach, są w ogóle fałszywe. Przeczytałem jako rzekomo swoje, teksty, których nigdy w życiu bym nie napisał. Dorabia mi się twarz jakiegoś eurofoba, której nie mam. Ktokolwiek, kto się ze mną kiedykolwiek zetknął, doskonale o tym wie.. Czy może być eurofobem ktoś, kto tak silnie angażował się na rzecz integracji Polski z Unią Europejską? Jestem autorem pierwszego pakietu edukacyjnego o Unii Europejskiej jaki prawie 20 lat temu trafił do polskich szkół, wykładałem wiele lat integracje europejską na kilku polskich uczelniach od Uniwersytetu Jagiellońskiego po Krajową Szkołę Administracji Publicznej, działałem w Polskiej Radzie Ruchu Europejskiego, która była rdzeniem polskich środowisk działajacych na rzecz integracji z Unia. Zjadłem zęby nie tylko na pisaniu o integracji europejskiej, ale na przekonywaniu do niej. Nawet napisałem książkę wydaną przez WAM Księży Jezuitów na ich prośbę, która miała przekonywać środowiska katolickie do poparcia UE w ramach krzewienia myśli Jana Pawła II. To, co się o mnie teraz mówi, jest niesprawiedliwe i nieuczciwe W Europie, jak wszędzie, mają prawo ścierać się ze sobą myśl konserwatywna, socjalistyczna czy liberalna. Nie może być tak, że ktoś jest z góry dyskwalifikowany za to, co myśli i mówi o Unii Europejskiej, jeśli mieści się w zasadach kultury politycznej. Dopuszczam prawo innych do głosu, ale proszę, żeby też uszanowano moje prawo do głosu. Potrzeby walki politycznej na potrzeby kampanii wyborczej nie są żadnym usprawiedliwieniem dla fałszywych etykietek wobec innych ludzi.
Pan promował w swojej książce „Utopia europejska” wizję Europy państw suwerennych. To samo dzisiaj mówi Matteo Salvini, którego w Brukseli określa się jako eurosceptyka czy wręcz wroga integracji. Posłowie jego Ligi w europarlamencie też zostali pominięci przy obsadzie kierownictwa komisji.
Ależ Unia jest organizacją międzynarodową, stworzoną przez suwerenne państwa! Tak mówi traktat, więc nie ma w tym żadnej obelgi czy eurofobii. Czytałem w internecie, że jeden poseł opozycji dyskwalifikował mnie jako komisarza europejskiego za słowa, które były cytatem z Roberta Schumana. Czyżby naprawdę komisarzem nie mógłby zostać dziś ktoś, kto cytuje ojca europejskiej integracji? Ja dużo mówię o suwerenności, ale też o subsydiarności, czyli zasadzie pomocniczości, która jest fundamentem całej europejskiej konstrukcji. Wielu polityków uważa, że ona działa tylko w jedną stronę, że kompetencje mogą być jedynie przekazywane od państw członkowskich do europejskiego centrum. Subsydiarność działa jednak w dwie strony. Nie można z góry wykluczać sytuacji, w której kompetencje będą musiały zostać przekazane z Brukseli z powrotem do państw członkowskich, bo są takie sprawy, z którymi to państwa radzą sobie lepiej. Dlaczego mówienie o tym ma być antyeuropejskie? To nie jest bluźnierstwo, tylko alfabet polityki europejskiej.
Być może nie chodzi o to, czy się o tym mówi, ale w jaki sposób. Ci, którzy mówią o suwerenności jak Salvini czy Orban, bardzo często przyjmują postawę konfrontacyjną. Europejski mainstream odrzuca ich, bo Parlament Europejski to miejsce dla tych, którzy łączą, a nie dzielą.
Tu wracamy do początku naszej rozmowy. Według mnie właśnie wybór komisarzy będzie okazją do pokazania, że da się łączyć. Przed wyborami europejskimi ostrzegano przed wejściem do europarlamentu eurosceptyków czy negatywistów europejskich jako tych, którzy chcą szkodzić Europie. Ale Szydło i Krasnodębskiego nie odrzucili ci, których oskarżano o burzenie Europy. Dobrze by było, by przy wyborze Komisji Europejskiej porzucona została ta taktyka wykluczania. Europie potrzebna jest Komisja z szerokim zapleczem, a nie polityka bazującą na agresywnych podziałach.
Timmermans pozostanie wiceprzewodniczącym od praworządności?
Ja tego nie wiem i zależy to nie ode mnie. Do tej pory była taka zasada, że kolejna kadencja na stanowisku komisarza oznacza zmianę teki, ale to może się zmienić. To też jest swoją drogą ciekawe, że mnie zarzuca się, że chcę tekę gospodarczą, a nie zajmuję się gospodarką. A przecież Komisja Europejska funkcjonuje zupełnie inaczej niż się większości ludzi wydaje. To jest organ kolegialny zajmujący się wyznaczaniem kierunków polityki, natomiast wykonawstwo i praca merytoryczna przebiega w dyrekcjach generalnych, które są jej fachowym, biurokratycznym zapleczem. Dlatego było możliwe, że Frans Timmermans, który jest z pierwszego wykształcenia literaturoznawcą, zajmował się rządami prawa a teraz może dostać jakiś zupełnie inny zakres obowiązków. Gunther Oettinger zajmował się raz energią, potem cyfryzacją, a teraz jest komisarzem od budżetu i zasobów ludzkich. Od komisarza powinno się wymagać przede wszystkim dobrego zarządzania, znajomości instytucji europejskich i procesu politycznego w Europie oraz dobrych kontaktów z europarlamentem i rządami. Projekty regulacji powstają w dyrekcjach generalnych, natomiast do komisarza należy ich ocena polityczna i przeprowadzenie w europejskim procesie decyzyjnym. Komisarz to osoba, która zarządza procesem politycznym.
Poruszył pan z von der Leyen kwestię Polaka w jej gabinecie przewodniczącego?
Gabinety komisarzy i przewodniczącego są wielonarodowe. Kiedy wyjaśniają się zakresy kompetencyjne, z różnych stolic zaczynają spływać, zresztą już spływają, propozycje, by wymieniono się nawzajem członkami gabinetów. Jeśli uda się pozytywnie zakończyć proces powoływania Komisji oczywiście też będę oferował miejsca w swoim gabinecie innym państwom i będę proponował, by w zamian w gabinetach komisarzy z tych państw byli Polacy. Chcę poczekać aż będziemy po ostatecznych decyzjach kompetencyjnych, bo tu nie chodzi o prestiż, ale o to, żeby Polacy zajmowali się ważnymi sprawami. Sam mam już jednak propozycje.
Z zachodnich krajów? Francuzi, Niemcy?
Z wielu państw członkowskich. Mój gabinet na pewno będzie wielonarodowy. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to będę też chciał, żeby w ramach postulowanej równowagi płci szefową gabinetu była kobieta. Ale najpierw poczekajmy na zatwierdzenie składu Komisji.
Czy spodziewa się pan, że Donald Trump nawiąże do spraw reprywatyzacyjnych podczas przemówienia w Warszawie?
Do tej pory tego typu słowa z ust prezydenta Trumpa nie padły.
Ale sekretarz stanu Mike Pompeo sobie pozwolił na taki komentarz.
Tak, ale w ramach systemu amerykańskiego organem zobowiązanym do tego, by się tym zajmować, jest Departament Stanu. W ten sposób rozumiem list senatorów do Pompeo – jako ponaglenie do wykonania ustawy 447, która już obowiązuje.
Pojawiają się informacje, że temat może skończyć się rezolucją w Izbie Reprezentantów.
To są zobowiązania organów amerykańskich jednych wobec drugich i nie ma w tych aktach niczego, co odnosi się bezpośrednio do Polski i naszego systemu prawnego czy też mówi o podjęciu jakichś kroków.
My będziemy współpracować z Departamentem Stanu, ale sprawa z polskiego punktu widzenia jest jasna i chętnie powtórzymy nasze argumenty prawne i ponownie pokażemy dokonania, jakie ma współczesne polskie państwo w ochronie pamięci i rewitalizacji dziedzictwa swoich obywateli pochodzenia żydowskiego, którzy padli ofiarami Holokaustu, dokonanego przez Niemców.
Benjamin Netanjahu wybiera się na przyszłoroczne obchody wyzwolenia Auschwitz do Moskwy.
Nie będzie w przyszłym roku ważniejszych obchodów wyzwolenia Auschwitz niż obchody na terenie obozu Auschwitz-Birkenau. Tak zawsze było, niezależnie od tego, kto przyjedzie i co wydarzy się w innych miejscach. To jest święte miejsce pamięci.