Magazyn DGP 26 lipca / Dziennik Gazeta Prawna
Brała pani udział w Marszu Równości?
Tak.
Dlaczego?
Po pierwsze, z solidarności z osobami homoseksualnymi, które są obiektem nagonki. Znam takich ludzi, są wśród moich przyjaciół i znajomych. Po drugie, uważam, że w kraju demokratycznym wszyscy powinni mieć równe prawa, a więc i osoby LGBT winne mieć prawo do zawierania związków partnerskich. I po trzecie, z chrześcijańskiego obowiązku. Poprzez swoją wiarę zaświadczam, że akceptuję człowieka i jednocześnie pokazuję inną twarz chrześcijaństwa.
I jak pani ocenia marsz?
Mam 46 lat, przeżyłam niemało, ale to było jedno z najbardziej traumatycznych wydarzeń w moim życiu.
Było aż tak źle?
Napięcie narastało na długo przed marszem. Zorganizowany przez urząd marszałkowski Piknik Rodzinny nie był jedynie alternatywą dla marszu, miał być jego przeciwstawieniem. Przekaz był prosty – piknik dobry, marsz zły. Do tego odezwa abp. Tadeusza Wojdy, dla mnie, katoliczki, szokująca. Wskazał, jakie zagrożenia niesie ze sobą marsz i środowisko LGBT, zdefiniował wroga i wezwał do obrony zagrożonych wartości. Do tego doszły środowiska pseudokibiców, którzy zaprosili do Białegostoku kolegów i koleżanki z innych rejonów kraju. To dlatego w sobotę było ich tak wielu.
Oficjalnie podaje się, że ok. 700. Ale oni też spotkali się legalnie. Mieli zgodę na zorganizowanie zgromadzenia.
Tylko dlaczego w tym samym miejscu co uczestnicy Marszu Równości, na pl. NZS? A poza tym po zakończeniu zgromadzenia nie rozeszli się, tylko pozostali na placu. Czekali na uczestników marszu. Kiedy ci zaczęli przychodzić, z tęczowymi flagami, w tęczowych koszulkach, trafili w sam środek pseudokibiców. Byli zagubieni, nie wiedzieli, co się dzieje, co robić. Kompletny chaos. Mniej więcej po pół godzinie policja powiedziała, żeby ci z Marszu Równości wyszli na środek placu. To było jak zaproszenie do ataku, wystawienie ich na strzał. Poleciały butelki, kamienie, z balkonów ludzie rzucali zepsutymi jajkami. Niby policja stworzyła wokół nich kordon, ale nic to nie dało. A do tego setki osób krzyczących „won pedały” i „w…ć”. W powietrzu było gęsto od agresji. Wszyscy czuliśmy zagrożenie.
Wśród tych, którzy wyzywali uczestników Marszu Równości, byli nie tylko pseudokibice, ale też ludzie z dziećmi na rękach i starsi mieszkańcy. Jak pani to wytłumaczy?
Siłą rzeczy wszystko, co powiemy, będzie pewnego rodzaju uproszczeniem. Ale dla mnie sygnał do takich zachowań dał m.in. abp Wojda. Oczywiście trzeba to wszystko nałożyć na ostatnie miesiące i tygodnie ideologicznej nagonki, wzniecania podziałów, czego przykładem są choćby naklejki dołączane do „Gazety Polskiej”, msze z udziałem skrajnej prawicy na Jasnej Górze i idący stamtąd przekaz o konieczności walki o Polskę chrześcijańską. To przecież język wojny. Można to porównać do sytuacji z uchodźcami. Badania pokazały, że zanim politycy zaczęli straszyć Polaków chorobami, którymi mieliby nas zarażać, czy groźbami zamachów, w społeczeństwie była dla nich względna akceptacja. Wystarczyło kilka miesięcy takiej retoryki, by nastroje wobec nich zmieniły się o 180 stopni.
Szukając przyczyn tego, co stało się w Białymstoku, mówi się często, że to miasto specyficzne. Na czym ta specyfika polega?
Przed wojną to miasto było w połowie żydowskie. Robiłam doktorat ze stosunków polsko-żydowskich w międzywojennym Białymstoku i wiem, że wśród elit istniała rywalizacja, na ile jest to miasto żydowskie, a na ile polskie. Więc ten konflikt, retoryka rywalizacji, były tu od 1919 r. W czasie Holokaustu zdecydowana większość Żydów ginie i po 1945 r. Białystok jest już całkowicie innym miastem. Przyjeżdżają tu ludzie z pobliskich wsi, nieznający kompletnie historii miasta i budują je od nowa. Przynoszą ze sobą swoje zwyczaje, swoją świadomość, na ogół o charakterze bardzo konserwatywnym. Nastąpiła, jak mówi prof. Andrzej Sadowski, ruralizacja miasta. To znaczy, administracyjnie i architektonicznie to wciąż miasto, ale jeśli chodzi o świadomość mieszkańców, Białystok jest w pewnym sensie wsią. Z systemem wartości konserwatywno-religijnym. Dziś mamy jednak 2019 r. i kolejne pokolenie, które urodziło się już w Białymstoku. Mówienie, że mamy tu do czynienia ze świadomością wiejską, jest nieadekwatne. Ruralizacja przestaje być istotna, istotna jest ekonomiczna peryferyjność. To z jej powodu młodzi, zdolni, przedsiębiorczy ludzie wyjeżdżają z Białegostoku. A w tych, co zostają, rodzi to problem z pozytywną tożsamością. Budują więc ją na tym, co niejako podaje się im na tacy – nie jesteśmy z białostockiego pipidówka, jesteśmy Polakami, katolikami, patriotami.
Ale taki konserwatywno-patriotyczny wzorzec jest atrakcyjny dla młodych ludzi w całej Polsce.
Tak, ale tu w Białymstoku znów do głosu dochodzi historia. W okresie międzywojennym wśród Polaków, ze względu na bliskość granicy, popularna była wizja miasta jako oblężonej twierdzy, przedmurza cywilizacji chrześcijańskiej, ostatniego szańca. I ta kresowa mentalność pozostała. Tajemnicą poliszynela jest, że w Białymstoku są dobrze zorganizowane grupy ekstremalnej prawicy – Młodzieży Wszechpolskiej czy ONR. Tego na co dzień się nie widzi, to nurt podziemny, który sobie płynie i od czasu do czasu pojawia się na powierzchni. Jak podczas Marszu Równości. Ale mimo to nie powiedziałabym, że Białystok jest specyficzny. Jesteśmy tylko odbiciem tego, co dzieje się w Polsce. Jedynie może nieco silniejszym z tych powodów, o których mówiłam.
Jak to wszystko ma się do faktu, że Białystok sam o sobie mówi, że jest wielokulturowym tyglem?
Ja to nazywam wielokulturowością folderową. Bo rzeczywiście w Białymstoku, we wszystkich urzędach foldery zaczynają się od tego, że jesteśmy wielokulturowi. Prawda jest jednak taka, że upamiętniania Żydów, którzy stanowili połowę tego miasta, a przed zakończeniem I wojny światowej nawet większość, nie było. Robiłam badania na ten temat i okazało się, że większość białostoczan wie, że Żydzi mieszkali tu przed wojną, ale nie byli w stanie powiedzieć nic więcej. Nie znali ani jednej ważnej daty, ani jednego miejsca, nie potrafili wymienić ani jednej osoby. Niewiele osób wie, że mieliśmy powstanie w getcie białostockim. Kiedy przeprowadziłam się tu z Łodzi w 2000 r., o Żydach w Białymstoku się nie mówiło. I nie była to kwestia tego, że źli mieszkańcy nie chcieli o nich pamiętać. Po prostu nikt im o tym nie mówił. Za PRL nie można było mówić o Żydach, potem nie wypadało, a do tego jeszcze antysemityzm, który nie jest w Polsce czymś wymyślonym. Teraz jest już inaczej, ale wszystko to świadczy o tym, że ta wielokulturowość jest fasadowa.
To ma wpływ na to, jaki Białystok jest dziś?
O tyle, że im później zaczęliśmy upamiętniać tę historię, im mniej efektywnie, tym trudniej teraz tworzyć postawy tolerancji i otwartości na osoby, które są inne. Od wielu lat mówię, że w Białymstoku powinny być przeprowadzane lekcje historii lokalnej. To niezwykle trudna historia. Spójrzmy na pl. NZS, na którym rozpoczynał się Marsz Równości. To specyficzne miejsce. Z jednej strony budynek uniwersytetu, który wcześniej był siedzibą komitetu wojewódzkiego PZPR. Po lewej stronie wielki park, zrobiony po II wojnie na XVIII-wiecznym rabinackim cmentarzu, macewy jeszcze tam stoją w ziemi. Potem komuniści postawili tam pomnik Obrońców Białostocczyzny, na którym część środowiska kombatantów jeszcze później powiesiła – nielegalnie – napis „Bóg Honor Ojczyzna”. Kwintesencja poplątania historii naszego miasta. Trudno zbudować na niej tożsamość, zwłaszcza jeśli nie mówi się o niej otwarcie. Ale bez tego nie da się powiedzieć, co to znaczy, że jestem białostoczanką.
Czy biorąc to wszystko pod uwagę, zorganizowanie marszu w Białymstoku nie było obliczone na rozjuszenie sił prawicowych? Czy nie była to, krótko mówiąc, prowokacja, jak chce część publicystów i polityków?
Organizatorem marszu był Tęczowy Białystok. Młodzi ludzie, znam ich, na pewno nie mieli takiego zamiaru. Sam marsz był spokojny, nie było na nim żadnych prowokacji. Wiem, że na trasie było wielu ludzi, którzy przyszli jak na widowisko, tylko po to, by zobaczyć „zboczeńców”. Ale rozczarowali się, nie było piór i smyczy. Byli też ludzie starsi, małżeństwa, którzy przyszli poprzeć ludzi dyskryminowanych, bo mają dość tej nagonki. Poza tym Marsze Równości były w wielu miastach wojewódzkich, dlaczego więc nie w Białymstoku? Wszędzie, tylko nie u nas? Gdyby nie list arcybiskupa i zjazd kiboli, byłoby spokojnie.
A niedzielny wiec przeciw przemocy? Czy partie, które go organizują, nie chcą go wykorzystać, by zbić kapitał polityczny?
Miałam duże wątpliwości co do tego wydarzenia. Ale przemyślałam to i postanowiłam, że tam będę i zabiorę głos. Bo to jednak jest sprawa polityczna. Jeśli politycy nie zapewnią nam praw chroniących każdego i każdą, to już po nas. A poza tym taka jest potrzeba ludzi. Wielu z nich z telewizji dowiedziało się, jak marsz wyglądał, i czują, że stało się coś złego. Chcą pokazać, że Białystok to nie tylko kibole i skrajna prawica. Mają do tego prawo.