W Polsce zdarzyła się rzecz absolutnie bez precedensu w historii świata. Instytut Pamięci Narodowej ujawnił dane ponad 300 agentów zwerbowanych przez wywiad PRL. Chodzi, dodajmy, nie o Polaków, ale o cudzoziemców, w tym ludzi jeszcze żyjących.
Reklama
Pomijając już rzecz tak oczywistą, że żaden zdrowy na umyśle Rosjanin, Białorusin lub Ukrainiec (wymieniam te narodowości, bowiem szpiegujemy przecież raczej nie sojuszników na Zachodzie) nie podejmie – obarczonej ryzykiem kary śmierci, dożywocia lub spotkania z nieznanymi sprawcami – współpracy z wywiadem państwa, które zdradza swoje aktywa. Ten zupełnie oczywisty dla każdego, kto ma jakiekolwiek, najbledsze choćby pojęcie o świecie wywiadu, argument w ogóle nie dociera jednak do najbardziej fanatycznych zwolenników obecnej władzy. Ci podnoszą, że konieczne było symboliczne odcięcie się od PRL (tyle że zamiast symboliki wybrali najgłupszy możliwy konkret).
Można by długo wyzłośliwiać się, wyobrażając sobie pracującego dla Polski oficera, np. dawnego GRU, który kontynuuje współpracę z polskim wywiadem, bowiem przekonuje go argument o konieczności moralnej rewolucji nad Wisłą. Można byłoby zastanawiać się nad kondycją intelektualną tych, których nie przekonuje nawet to, że czegoś takiego, co zrobiono z aktywami wywiadu PRL, nie zrobił w historii żaden inny kraj, a demokratyczne Niemcy po wojnie budowały wywiad, korzystając z usług nawet oficerów SS. Nie o tym jest jednak ten tekst.
Kluczem do zrozumienia tego, co się stało, jest poznanie naszego stosunku do PRL. Oto po 1990 r. powstaje III Rzeczpospolita. Obecnie żyjemy, jak rozumiem, w IV Rzeczpospolitej. Przed wojną istniała II Rzeczpospolita. Już numeracja wskazuje na to, że PRL był jakąś czarną dziurą historii. Tyle że 50 lat historii narodu nie sposób sprowadzić do czarnej dziury. PRL do 1956 r. był państwem totalitarnym i całkowicie niesuwerennym. Po polskim październiku pozostawał państwem niedemokratycznym i nie w pełni suwerennym, ale ktoś, kto nie odróżnia epoki Gierka od czasów Bieruta, albo jest głupcem, albo świadomie kłamie. Październik ’56 to skądinąd najbardziej zapomniana polska rocznica. Tymczasem 1956 r. to cezura, która oddzielała państwo, które w istocie można byłoby potraktować jak czarną dziurę (choć i tu szacunek należy się tym, którzy np. odbudowali Warszawę), od państwa, które miało dziesiątki wad, było autorytarne, uciekało się do mordowania przeciwników politycznych i było zależne od Sowietów, ale równocześnie stopień tej zależności stopniowo zmniejszało i było Polską.

Reklama
Myliłby się jednak ten, kto twierdziłby, że Prawo i Sprawiedliwość, całkowicie dezawuując PRL, robi tak naprawdę coś całkowicie nowego na polskiej scenie politycznej. PiS jest jedynie bardziej konsekwentne. Liberalne elity, z jednej strony uznając Czesława Kiszczaka za „człowieka honoru”, z drugiej tak naprawdę też traktowały PRL jak „czarną dziurę”. Przy okazji, koniecznej dodajmy, prywatyzacji po 1990 r. każde pytanie o to, czy aby czegoś nie sprzedajemy za tanio, zbywano stwierdzeniem, że jest to bezwartościowy „spadek po PRL-u”. PRL – czy choćby skojarzenie z PRL czyniło z ludzi biednych ludzi nieistotnych. Brak jakiegokolwiek wsparcia, a co gorsza zainteresowania i elementarnego szacunku dla uboższej części społeczeństwa, którą skądinąd doprowadził w efekcie PiS do władzy, uzasadniano tym, że to tyle co „sieroty po PRL-u”. Nie tak dawno pewien związany z Platformą Obywatelską były ambasador, krytykując błędy dyplomacji PiS, stwierdził, że obecny rząd niszczy „MSZ, który budowaliśmy”. Rzecz w tym, że żadnego MSZ w 1990 r. nie budowano z tej prostej przyczyny, że on po prostu istniał.
Polskie życie polityczne w pewnym sensie przypomina znaną z wojska okresu PRL falę. W ramach fali jednak po tym, gdy było się kotem, zostawało się już na zawsze dziadkiem. W polskiej polityce najpierw jest się kotem, bo nie jest się do niczego dopuszczanym przez poprzedników, potem jest się dziadkiem i gnębi się oraz opluwa poprzedników, by następnie stać się ponownie kotem i być gnębionym i opluwanym przez następców.
Czas skończyć z falą w polskim życiu publicznym. Wyjściem byłoby albo uznanie, że III Rzeczpospolitą tak naprawdę był PRL i przy okazji – skoro już uznalibyśmy, że PRL był jednak Polską, a nie jakąś czarną dziurą – rozliczyć się, nie z PRL i nie ze swoimi przeciwnikami z PRL, ale z samym sobą. I przestać w końcu robić falę zamiast państwa.
Drugą opcją byłaby zmiana nazwy państwa. Co prawda Rzeczpospolita jest historyczną nazwą naszej Ojczyzny, ale słowem używanym na Zachodzie jest republika. Każdy interesujący się polityką wie, czym są „republikańskie wartości”. Pojęcia tego nawet nie da się sformułować, używając słowa „rzeczpospolita”. Czas więc może na I Republikę. W sensie symbolicznym byłoby to zasadne, bowiem mogłoby podkreślić przynależność Polski do świata Zachodu. Z drugiej jednak strony, patrząc na marność, zapiekłość, mściwość i prymitywizm naszego życia publicznego, trochę strach splugawić to słowo. I strach też znowu zrobić coś „symbolicznego”, bo w odróżnieniu od Zachodu u nas symbole często stają się farsą.