Od kostki Bauma do seksualnej rewolucji, po której urodziło się nawet milion dzieci. Terminy, które zdefiniowały nasze członkostwo w UE.

27:1

27:1. wojna polsko-polska w brukseli

Powołanie na drugą kadencję na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska stosunkiem głosów 27:1 to największy sukces polskiej dyplomacji ostatnich 15 lat. Kiedy resort spraw zagranicznych w specjalnym opracowaniu na 10-lecie członkostwa w Unii narzekał, że za mało rodaków piastuje wysokie stanowiska w Brukseli, najpewniej jako rozwiązania tego problemu nie postrzegał wysuwania kandydatury jednego Polaka na funkcję piastowaną już przez innego (zwłaszcza w sytuacji, kiedy nie było przeszkód, aby Donald Tusk robił to dalej). W ten sposób pokazaliśmy, że nadwiślańska polityka często sprowadza się do mebli: prezydentura to żyrandol, a sprawy unijne – krzesła, bo przecież oprócz sporu o fotel szefa Rady Europejskiej kiedyś jeszcze mieliśmy kłótnię o to, kto będzie siedział przy stole podczas unijnych szczytów. W tym sensie niemal doskonale udało nam się przenieść wojnę polsko-polską do Brukseli.

A

autostrady

Czy szerzej: drogi – najbardziej widoczny znak naszej przynależności do UE. Kiedy przystępowaliśmy do Wspólnoty, mieliśmy ich ok. 500 km, teraz trzy razy więcej (nie licząc 2 tys. km dróg ekspresowych). Wkład Unii w cywilizacyjny skok naszej infrastruktury czasem zbywany jest nad Wisłą stwierdzeniami typu „sami też byśmy zbudowali”. Owszem, ale zwolennicy autarkicznej gospodarki już nie dodają – o czym przypomina ekonomista Ignacy Morawski w raporcie think tanku In.Europa z okazji 15-lecia akcesji – że taki wysiłek finansowy (o ile w ogóle byłby możliwy) miałby daleko idące konsekwencje społeczne. Bo Polska stanęłaby przed wyborem: albo szpitale (emerytury, szkoły, refundowane leki etc.), albo infrastruktura. Dzięki UE tego wyboru nie trzeba było dokonywać, a modernizacji kraju towarzyszył wzrost konsumpcji.

B

bauma kostka

Betonowa kostka brukowa, która zyskała popularność na przełomie wieków w polskim budownictwie jednorodzinnym. Z przydomowych chodników i podjazdów do garaży rozpełzła się jednak po całym kraju, stając się nieoficjalnym symbolem rewitalizacji przestrzeni publicznej za unijne pieniądze. Samorządowcy obficie inkrustowali nią place miejskie, chodniki, a nawet ścieżki rowerowe (ku przerażeniu ich użytkowników) zwiedzeni atrakcyjną ceną i zmęczeniem Polaków jej poprzednikiem, czyli zwykłą szarą płytą chodnikową. Dziś panuje jednak zgoda, że kostka nie wytrzymała estetycznej próby czasu i jest jak fryzura na czeskiego piłkarza: wielu ją miało, nikt nie chce do niej wracać.

C

cyrk obwoźny

Złośliwe określenie faktu, że komisje Parlamentu Europejskiego zbierają się w Brukseli, ale głosowania odbywają się w Strasburgu. Oznacza to konieczność pokonania 400 km dzielących oba miasta 12 razy do roku (tyle jest sesji plenarnych) przez 3–4 tys. osób – posłów, ich pracowników, tłumaczy. Koszt tego cyrku szacowany jest na 100–200 mln euro rocznie. Kpią sobie z tego eurosceptycy, ale deputowani PE bardzo lubią przez wzgląd na wysokie apanaże, które przez długi czas można było podwajać, wystawiając trefne kilometrówki. Praktyka stosowana także przez reprezentantów naszego kraju, którą opisał w książce „Parlament antyeuropejski” Marek Migalski.

D

dwie prędkości

Jeden z możliwych scenariuszy rozwoju Unii Europejskiej (patrz też: Sibiu), a jednocześnie jedna z największych unijnych obaw nad Wisłą. Koncept przynajmniej tak stary jak sama Wspólnota. Na przestrzeni lat występował pod wieloma nazwami: Europy zmiennej geometrii czy twardego jądra. Generalnie sprowadza się do idei, że jeśli część państw chce silniejszej integracji, to wobec opozycji reszty i tak powinny to zrobić. Niesie oczywiście ze sobą ryzyko podziału w Unii na forpocztę oraz ariergardę, co nie podoba się głównie tym, którzy zostaliby w tej drugiej. Ale związane z tym ryzyko polityczne dostrzegają również entuzjaści głębszej integracji, jak Jean-Claude Juncker. Szef Komisji Europejskiej wielokrotnie upominał, że przyjęcie takiego modelu w dłuższej perspektywie okaże się szkodliwe dla Unii.

E

erasmus

Unijny program stypendialny umożliwiający odbycie części studiów w innym państwie, przezywany również „orgasmusem” przez wzgląd na predylekcję uczestników do koncentrowania się raczej na aktywnościach pozauczelnianych. Niemiecki dziennik „Die Zeit” nazwał go parę lat temu „transkontynentalnym pociągiem, w którym ciągle gra samba”, a włoski pisarz Umberto Eco –„seksualną rewolucją”. W 2014 r. Komisja Europejska szacowała, że w wyniku programu mogło się urodzić nawet milion dzieci. Na Erasmusa można patrzeć krytycznie, ale przyświeca mu potężna idea: jeśli mamy budować Wspólnotę Europejską, warto, byśmy poznali inne jej zakątki. Przywiązanie do tej idei w Unii jest spore, o czym świadczy chociażby inny pomysł, a mianowicie, aby każdy 18-latek otrzymał roczny bilet na pociągi w całej UE (ostatecznie stanęło na 12 tys. osób). Od momentu, kiedy Polska przystąpiła do Erasmusa w 1997 r., skorzystało z niego prawie 200 tys. studentów znad Wisły.

F

fundusze nazywane również „środkami”

Słowo używane nad Wisłą jako synonim dla pieniędzy unijnych, a zarazem najbardziej namacalny wymiar naszego członkostwa w Unii Europejskiej. Podstawowy cel funduszy to konwergencja, czyli po prostu podciągnięcie słabiej rozwiniętych gospodarek do poziomu bardziej zaawansowanych. Polska jest doskonałym przykładem działania tego procesu: w ciągu 15 lat członkostwa PKB w przeliczeniu na jednego mieszkańca (z uwzględnieniem lokalnych kosztów życia) wzrósł z połowy średniej unijnej do 70 proc. To cywilizacyjny skok, którego nie sposób byłoby osiągnąć bez strumienia pieniędzy z Brukseli. Łącznie w latach 2004–2018 Polska otrzymała z Unii ok. 107,5 mld euro (po odliczeniu naszych składek). Jak przypomina Ignacy Morawski w raporcie In.Europa z okazji 15-lecia członkostwa, w relacji do PKB to znacznie więcej niż państwa Zachodu otrzymały w ramach planu Marshalla po II wojnie światowej.

G

geopolityka

Część polityki, od której nie ma ucieczki, bo nie można po prostu przenieść kraju na inną półkulę. Unia, a wraz z nią Polska, boleśnie przypomniała sobie o jej istnieniu na przestrzeni ostatnich kilku lat. Z błogostanu Stary Kontynent najpierw wyrwała Rosja – aneksją Krymu i agresją na wschodnią Ukrainę, później dała o sobie znać niestabilność na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej (patrz też: Imigranci). Problem polega na tym, że Unia – organizacja o największym PKB na świecie – ma słabe narzędzia, aby reagować na kryzysy wywołane w bliskim sąsiedztwie i niewiele robi, żeby je uprzedzać.

H

hydraulik polski

Mieszkaniec krajów przyjętych do Wspólnoty w 2004 r. i później, który jedzie na Zachód, aby odebrać obywatelom starej Unii ich pracę. Straszono nim głównie nad Sekwaną, co zresztą wykorzystała Polska Organizacja Turystyczna, tworząc słynny plakat z Piotrem Adamskim. W czasach po kryzysie migracyjnym (patrz też: Imigranci) trudno w to uwierzyć, ale tuż po akcesji w niektórych krajach unijnej piętnastki bardzo żywy był lęk przed napływem taniej siły roboczej z nowych krajów UE. To wtedy karierę zrobiło określenie „dumping socjalny” oznaczające nieuczciwą przewagę pracowników ze wschodu Wspólnoty spowodowaną różnicą w wynagrodzeniach i innych przepisach prawa pracy (patrz też: Logistyka). Lęk ten był na tyle żywy, że utrącił projekt konstytucji europejskiej odrzuconej w referendum przez Francuzów w 2005 r. Później wschodnich Europejczyków obawiali się Holendrzy, którzy do dzisiaj blokują przystąpienie Rumunii i Bułgarii do strefy Schengen (patrz też: Yellowhammer, operacja).

I

imigranci

Osoby spoza Unii Europejskiej, które mają olbrzymi wpływ na przebieg wspólnotowych spraw. Ich nagłe przybycie w latach 2015–2017 spowodowało najgłębsze pęknięcie w Unii od czasów inwazji na Irak, a także solidnie przemodelowało sceny polityczne w kilku krajach UE: we Włoszech wyniosło do władzy egzotyczną koalicję, wywołało paraliż koalicyjny w Niemczech i Szwecji, przesunęło na prawo scenę polityczną w Holandii, Czechach i Polsce, może namieszać w Hiszpanii. Napływ imigrantów uzmysłowił też Unii, że jej sąsiedztwo jest znacznie bardziej niestabilne, niż się dotąd wydawało, oraz że Wspólnota na uboczne efekty tej niestabilności jest kompletnie nieprzygotowana (nie ma też narzędzi, aby im zapobiegać). Kryzys migracyjny postawił też pytanie o granice unijnej solidarności; pytanie, na które nikt dotychczas nie odpowiedział.

J

juncker jean-claude

Obecny przewodniczący Komisji Europejskiej, a jednocześnie cichy sojusznik Warszawy. I chociaż to jego Komisja wszczęła przeciw Polsce procedurę praworządności, to przez pięć lat piastowania funkcji Juncker wielokrotnie wypowiadał się sceptycznie o pomysłach, które budziły wątpliwości także w Warszawie. Jest więc przeciwnikiem Europy dwóch prędkości, chociaż popiera głębszą integrację. Z tego względu nie pałał też entuzjazmem do pomysłu stworzenia odrębnego budżetu dla państw strefy euro. Kiedy odejdzie ze stanowiska w tym roku – już dawno zapowiedział, że nie będzie się ubiegał o kolejną kadencję – Warszawa straci cennego sojusznika.

K

kryzys

Zdaniem niektórych permanentny stan, w którym znajduje się Unia Europejska. Biorąc jednak pod uwagę okres polskiego członkostwa, sąd ten nie wydaje się całkiem pozbawiony sensu: w ciągu naszych 15 lat Wspólnota częściej była w kryzysie, niż w nim nie była. W 2008 r. nad Stary Kontynent nadciągnął globalny krach finansowy, w efekcie którego gospodarki większości państw UE ostro wyhamowały. Gdy pożar w bankowości został opanowany, w 2010 r. w Unię uderzył kryzys zadłużeniowy, a Wspólnota musiała zafundować serię bailoutów bankrutującym państwom – Cyprowi, Hiszpanii, Irlandii, Portugalii i trzykrotnie Grecji. A kiedy wydawało się, że sytuacja jest już opanowana, a Unia wychodzi na prostą, w 2015 r. wybuchł kryzys migracyjny, który trwał dwa lata i wywrócił do góry nogami scenę polityczną w Europie. Konsekwencją kryzysowej dekady (oprócz wpływu na gospodarkę i politykę) było to, że Unia, zajęta gaszeniem pożarów i rozwiązywaniem doraźnych problemów, nie miała głowy do myślenia o własnej przyszłości (patrz też: Sibiu).

L

logistyka

Każdy, kto kiedykolwiek jechał niemiecką autostradą A2 – podobnie jak nasza łączy wschód kraju z zachodem – i przyjrzał się dokładnie rejestracjom sunących po niej tirów, wie, że transport to jeden z największych beneficjentów polskiej akcesji do UE. Widać to także w danych GUS: o ile w 2004 r. branża ta zatrudniała 252 tys. ludzi, o tyle w 2016 r. było to już 518 tys. Dzięki dostępowi do jednolitego rynku Polska stała się potęgą, jeśli idzie o przewozy drogowe, ale pozycja ta jest teraz zagrożona. Chodzi o przepisy dotyczące delegowania pracowników (patrz też: Hydraulik polski), a konkretnie o pakiet mobilności, który dotyczy kierowców tirów. W brzmieniu przyjętym przez Parlament Europejski w kwietniu ograniczają one zwłaszcza możliwość kabotażu, czyli realizowania przewozów na terenie państwa innego niż to, w którym zarejestrowana jest firma. Ostateczny kształt tych przepisów nie jest jednak przesądzony; zajmie się nimi teraz ponownie Rada Unii Europejskiej.

Ł

ład moralny

Jeden z głównych przedmiotów troski eurosceptyków przed referendum akcesyjnym. Pomimo dużego entuzjazmu Polaków wynik plebiscytu w 2003 r. wcale nie był taki pewny – główna obawa była taka, że do urn nie stawi się wystarczająca liczba uprawnionych do głosowania (50 proc.), co unieważniłoby wynik referendum. Bardzo aktywni byli eurosceptycy z Romanem Giertychem i jego Ligą Polskich Rodzin, którzy wejście do Unii nazywali „anszlusem” i pytali Polaków: „Czy znasz te daty: 2004, 1939, 1795, 1793, 1772?”. Aby rozwiać część ich obaw, w kwietniu 2003 r. Sejm przyjął nawet uchwałę „w sprawie suwerenności polskiego prawodawstwa w dziedzinie moralności i kultury”, która stwierdzała, że „polskie prawodawstwo w zakresie moralnego ładu życia społecznego, godności rodziny, małżeństwa i wychowania oraz ochrony życia nie podlega żadnym ograniczeniom w drodze regulacji międzynarodowych”. Jak się okazało, uchwała nie była potrzebna, bo przez ostatnich 15 lat naszej suwerenności moralnej nikt nie zagroził.

M

merkel angela

Jeżeli jakiś polityk europejski kojarzy się z naszym piętnastoletnim okresem członkostwa w Unii, to jest to z pewnością niemiecka kanclerz. Angela Merkel przejęła ster rządów w Berlinie w 2005 r. i od tego czasu ma wpływ (nawet jeśli tylko pośredni) na to, co się dzieje nad Wisłą – głównie poprzez politykę unijną. Forsując ambitne cele klimatyczne, pchnęła uzależnioną od węgla Warszawę na kolizyjny kurs z Brukselą (chociaż ostatnio Niemcy, mając problemy ze zmniejszaniem własnych emisji CO2, nieco spuścili z tonu). Podobnie stało się w przypadku uchodźców: polityka otwartych drzwi nie została nad Wisłą przyjęta z otwartymi ramionami. Jednocześnie wywodząca się z CDU Merkel jest znacznie bardziej sceptyczna względem Rosji niż jej koledzy z SPD (pomimo wsparcia dla drugiej nitki Nord Streamu), co stawia ją w gronie ważnych sojuszników Warszawy.

N

nowomowa

Wraz z przystąpieniem do Unii Polacy musieli zmierzyć się z zupełnie nowym językiem: brukselskim. A konkretnie z jego fatalnym tłumaczeniem (transpozycją?) na polski, skutkiem czego w ojczystej mowie rozpleniły się takie byty jak „narodowe strategiczne ramy odniesienia”, „osie priorytetowe”, „wieloletnie ramy finansowe” czy „inteligentne specjalizacje”. Na usprawiedliwienie należy dodać, że w angielskim (którego brukselski jest dialektem) terminy te brzmią lepiej i szybciej można zrozumieć, o co chodzi. Co nie zawsze jest celem unijnych oficjeli, którzy często wykorzystują dużą pojemność znaczeniową słów w brukselskim do przykrycia braku konkretnej treści (konia z rzędem temu, kto od razu wiedział, czym mają być widziane jako jedno z lekarstw na problem imigracji „disembarkation platforms”).

O

ostpolitik

Najbardziej kontrowersyjny element polityki zagranicznej Niemiec (ale nie tylko). Jej podstawowe założenie głosi, że być może Rosja to trudny partner, ale to nie znaczy, że nie można się z nią dogadać. Takie przekonanie jest żywe wśród polityków wielu krajów europejskich; w Niemczech częściej żywią je jednak członkowie socjaldemokracji niż chrześcijańscy demokraci, czego efektem jest rurociąg Nord Stream. I chociaż notowania Moskwy w Europie dramatycznie spadły po aneksji Krymu i agresji na wschodnią Ukrainę (patrz też: Geopolityka), to wciąż nie brakuje polityków dążących do zbliżenia z Rosją, czego przykładem jest chociażby obecna koalicja rządząca we Włoszech.

P

praworządność

Cecha systemu ustrojowego, w którym prawo, sposób jego stanowienia i przestrzeganie cieszą się szacunkiem, a zarazem jedna z wartości, które powinni pielęgnować wszyscy członkowie Unii Europejskiej (wpisana do wspólnego katalogu zawartego w artykule 2 Traktatu o UE). Zdaniem Komisji Europejskiej, jak również niektórych polityków w kraju i za granicą obszar, w którym Polska zaczęła niedomagać w 2015 r. na skutek zmian w Trybunale Konstytucyjnym i późniejszej reformie sądownictwa. Stało się to przyczyną uruchomienia dialogu z Warszawą w ramach procedury praworządności. Jej nieskuteczność (jak również wybiórcze stosowanie) sprawiły, że w Unii na nowo rozgorzała dyskusja o tym, w jaki sposób dyscyplinować członków mających własne definicje wspólnotowych wartości. Ostatecznie stanęło na tym, że właściwą semantykę najlepiej wymusza się pieniędzmi, ale propozycja powiązania wypłaty funduszy unijnych z praworządnością utknęła chwilowo w martwym punkcie.

R

rolnicy

Najwięksi beneficjenci członkostwa w Unii Europejskiej, chociaż – jak na ironię – przed 2004 r. zdecydowani eurosceptycy. Przystąpienie do jednolitego rynku okazało się jednak dla nich błogosławieństwem, bo dzięki środkom Wspólnej Polityki Rolnej zmodernizowali całkowicie swoje parki maszynowe i rozbudowali gospodarstwa (w ramach WPR przewidziane są nawet środki na upiększanie obejść). Dzięki temu znacząco podniosły się jakość produktów rolniczych i wydajność produkcji. Nie ma chyba takiego parametru gromadzonego przez statystyków GUS, który nie wskazywałby na unowocześnianie się polskiego rolnictwa. Dla przykładu: w 2004 r. polscy rolnicy z hektara uzyskiwali 176 kg pomidorów. W 2017 r. było to 100 kg więcej. Przy okazji powoli zmienia się struktura obszarowa, niestety gospodarstwa o powierzchni do 2 ha wciąż stanowią jedną piątą wszystkich.

S

sibiu

Miasto w Rumunii, gdzie 9 maja odbędzie się spotkanie liderów państw UE. W zamyśle nie miał to być zwykły szczyt, ale kulminacja prawie trzech lat refleksji dotyczącej tego, w którym kierunku powinna pójść Wspólnota. Debatę zainicjował po referendum brexitowym Jean-Claude Juncker, szef Komisji Europejskiej, który liczył na to, że wolna od kryzysów Europa wreszcie będzie miała na nią ochotę. Plany pokrzyżowała jednak polityka wewnętrzna: pół roku rozmów koalicyjnych w Niemczech, egzotyczna koalicja u władzy we Włoszech, zmiana władzy w Hiszpanii. Rękawicę podjął jedynie cieszący się silnym mandatem prezydent Francji Emmanuel Macron, ale na jego plany reformy strefy euro nie było zbyt wielkiego apetytu, zwłaszcza nad Renem. W efekcie wątpliwe, aby Sibiu zapisało się złotymi zgłoskami w historii integracji europejskiej.

T

tusk donald

Przewodniczący Rady Europejskiej, nad Wisłą nazywany czasem z przekąsem „prezydentem” lub „królem Europy”. W strukturach Unii mieliśmy kilku przedstawicieli – Jerzy Buzek był przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, Danuta Hübner, Janusz Lewandowski i Elżbieta Bieńkowska – komisarzami, ale nikogo na tak eksponowanym stanowisku. Tusk został wybrany w 2014 r., a jego kadencja przypadła na burzliwe czasy: trzeci bailout Grecji, kryzys migracyjny, brexit. Stał się bardziej widoczny zwłaszcza podczas drugiej kadencji (patrz też: 27:1), kiedy krytykował wypowiedzi Donalda Trumpa i szukał kompromisu z Brytyjczykami (Tusk jako pierwszy wspomniał, że Londyn może otrzymać „flextension”, czyli elastyczne przedłużenie członkostwa, co stało się 10 kwietnia).

U

usa

Jeden z dwóch – oprócz Unii Europejskiej – filarów polityki zagranicznej Polski. Z naszego punktu widzenia najlepiej jest, kiedy Waszyngton i Bruksela mówią jednym głosem. Problemy zaczynają się, kiedy jest inaczej – jak było w przypadku amerykańskiej inwazji na Irak czy od 2017 r., kiedy do Białego Domu wprowadził się Donald Trump. Nowy prezydent stanowił dla polskiej dyplomacji wyzwanie, bo z jednej strony deklarował niechęć do Unii i NATO, a z drugiej kierował ciepłe słowa pod adresem Rosji. To zmusiło nas do transatlantyckiego szpagatu: z jednej strony staramy się nie zrazić do siebie partnerów z UE, zarazem wspierając po cichu pomysły Trumpa (jak w przypadku głosowania w ONZ przeciw uznaniu Jerozolimy za stolicę Izraela, gdzie wstrzymaliśmy się od głosu), a z drugiej staramy się przy obecnej administracji ugrać, ile się da. Kto się śmieje z „Fortu Trump”, niech pamięta, że stanowiłby realizację wieloletnich zabiegów Warszawy o sojuszniczą obecność nad Wisłą.

V

victoria, dworzec

Terminal dla autobusów dalekobieżnych w Londynie, dla wielu Polaków miejsce pierwszego spotkania z Wielką Brytanią. Brytyjczycy jako jeden z trzech krajów UE (oprócz Irlandii i Szwecji) nie wprowadzili na swoim rynku pracy okresów przejściowych dla obywateli z nowych krajów Unii. To okazało się zbawieniem dla wielu rodaków, którzy nie mogli w czasach akcesji znaleźć zajęcia nad Wisłą: na początku 2004 r. stopa bezrobocia wynosiła u nas 20,6 proc. Na drugą stronę kanału La Manche Polacy wybierali się na saksy, ale wielu już nie wróciło. Według GUS, na koniec 2017 r. w Wielkiej Brytanii przebywało dłużej niż trzy miesiące prawie 800 tys. rodaków (to ci, którzy nie wymeldowali się w kraju, ale nie wiadomo, czy wrócą). Unijny rynek pracy przyczynił się do eliminacji bezrobocia nad Wisłą, ale pozbawił Polskę cennego kapitału – wyjechali głównie ludzie młodzi, którzy założyli rodziny na obczyźnie (w 2017 r. DGP pisał, że już co siódmy mały Polak rodzi się za granicą). Łącznie na emigracji czasowej na koniec 2017 r. przebywało 2,5 mln Polaków – to wzrost od 2004 r. o 1,5 mln (patrz też: Yellowhammer, operacja)

W

wyszehrad

Grupa państw z naszego regionu, do której należą Polska, Czechy, Słowacja i Węgry, a zarazem – z punktu widzenia Warszawy – format, który miałby stanowić skuteczną przeciwwagę dla państw starej Unii, a w szczególności francusko-niemieckiego silnika. I faktycznie, doraźnie Grupa Wyszehradzka wspiera się nawzajem, ale raczej w przypadkach, w których między członkami występuje wyjątkowa zbieżność interesów (jak w przypadku sprzeciwu wobec relokacji migrantów). Grupa nie działa jak monolit, a poszczególni członkowie bardzo selektywnie podchodzą do bitew, które chcą toczyć w Brukseli (co jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że dla Czechów Niemcy są jeszcze ważniejszym partnerem gospodarczym niż dla nas). Słabą stroną grupy jest to, że powiązania między należącymi do niej krajami są relatywnie niewielkie, przede wszystkim gospodarcze.

Y

yellowhammer, operacja

Kryptonim, jaki brytyjski rząd nadał przygotowaniom do brexitu. Na decyzję Brytyjczyków o pożegnaniu z Unią Europejską w 2016 r. miała duży wpływ imigracja, na którą poddani królowej w różnych sondażach narzekali już od lat 60. Rozszerzenie UE o nowe kraje (zwane nad Tamizą „A8”, czyli akcesyjną ósemką) musiało więc dołożyć swoją cegiełkę, przede wszystkim przez wzgląd na rozmiar imigracji z naszego regionu. W jednym z dokumentów powstałych na zlecenie Home Office przed akcesją szacowano ją na ok. 13 tys. osób rocznie; w rzeczywistości wartość ta była nawet kilkunastokrotnie wyższa, w czym największy udział mieli Polacy. Przyczyniła się do tego decyzja Tony’ego Blaira, entuzjasty otwarcia brytyjskiego rynku pracy od razu po akcesji (tylko Irlandia i Szwecja zdecydowały się jeszcze na taki krok). I chociaż nie ma opracowania, w którym efekt imigracji z A8 nie byłby oceniany jako pozytywny dla brytyjskiej gospodarki, w tamtejszych mediach przez cały ten czas można było znaleźć takie kwiatki jak: „Pracy jest mniej, ale Polacy zostają dla zasiłków” („Daily Mail”, 8 stycznia 2009 r.).

Z

zachód

Punkt orientacyjny dla polskiej polityki zagranicznej po 1989 r. I wreszcie po 30 latach od przełomu możemy chyba powiedzieć, że jesteśmy już bardziej tam niż na Wschodzie. Niebagatelną rolę w tym procesie odegrało członkostwo w Unii Europejskiej, bo chociaż nie jest to organizacja militarna, to – przez wzgląd na cztery swobody: przepływu osób, usług, towarów i kapitału – stanowi coś więcej niż tylko klub luźno powiązanych ze sobą państw. W tym sensie nie stanowi „wyimaginowanej wspólnoty”, jak nazywają ją niektórzy politycy nad Wisłą.