Do trzech razy sztuka. Brytyjska premier powróci jutro do Izby Gmin z odrzuconą już dwukrotnie umową brexitową. Podobno przez weekend udało jej się przekonać do niej część irlandzkich unionistów
Reklama
Groźba rozwodu bez umowy po serii zeszłotygodniowych głosowań w Izbie Gmin została oddalona. Jedenaście dni przed planowaną datą brexitu wciąż nie wiadomo jednak, jak ostatecznie będzie wyglądała cała operacja. Jutro premier Theresa May znowu powróci do parlamentu z wynegocjowaną przez jej rząd umową wyjścia. Tą samą, którą Izba Gmin odrzuciła już dwukrotnie. Niezrażona historycznymi porażkami w parlamencie szefowa rządu ma poddać porozumienie pod głosowanie po raz trzeci. Liczy na to, że tym razem zdobędzie poparcie najbardziej zagorzałych zwolenników opuszczenia Wspólnoty, do których należy część torysów z jej własnego ugrupowania oraz północnoirlandzka Demokratyczna Partia Unionistyczna (DUP). W ocenie szefowej rządu poparcie umowy to jedyna możliwość, by doszło do rozwodu bez zbędnej zwłoki. A tej brytyjscy eurosceptycy z pewnością nie chcą. Szef unionistów Gavin Robson katastrofą nazwał perspektywę przeprowadzenia w maju na Wyspach wyborów do europarlamentu. Brytyjczycy będą musieli pójść do urn, jeżeli Wielka Brytania zdecyduje się pozostać w UE dłużej niż dwa miesiące. 1 lipca zostanie bowiem zaprzysiężony nowy europarlament.
May prowadziła rozmowy w weekend na temat poparcia porozumienia i – jak donosiło pismo „The Spectator” – wszystko wskazuje na to, że szefowej rządu udało się przekonać 10 posłów DUP, bez których Partia Konserwatywna nie ma w parlamencie większości. Ale to nie wszystko, bo May musi jeszcze uzyskać poparcie członków swojego własnego ugrupowania. Brytyjscy eurosceptycy mają przed sobą trudny wybór: albo wyjdą z UE już 29 marca na bardzo kiepskich w ich ocenie warunkach, albo pozostaną częścią Wspólnoty jeszcze przez jakiś czas.
Jeśli umowa May po raz trzeci zostanie odrzucona, Wielka Brytania ma przygotować plan opóźnienia brexitu. Możliwa jest zwłoka kilkutygodniowa, ale May nie wyklucza, że mogą to być nawet dwa lata. Wszystko zależy od tego, jak szybko uda się wyjść z negocjacyjnego pata dotyczącego najbardziej drażliwej dla Brytyjczyków sprawy irlandzkiego bezpiecznika, który ma uniemożliwić powrót twardej granicy pomiędzy Irlandią a Irlandią Północną.
Przedłużenie to jednak nie tylko decyzja samych Brytyjczyków. Jednomyślną zgodę będzie musiało wyrazić 27 pozostałych krajów członkowskich.
Po drugiej stronie kanału La Manche propozycja odroczenia brexitu nie wzbudziła wielkiego entuzjazmu. Raczej pytania. – Przedłużą negocjacje? Ale po co? – pytał unijny negocjator ds. brexitu Michel Barnier. – Nie jest dla mnie do końca jasne, jak coś, czego nie udało się rozwiązać w czasie dwuletnich negocjacji, ma zostać rozwiązane w kilka tygodni – powiedział z kolei niemiecki minister spraw europejskich Michael Roth. Liczy, że zanim Brytyjczycy zdecydują się na przedłużenie członkostwa, położą na stole konkretny plan działania. Podobnie wyraził się cytowany w mediach przedstawiciel Pałacu Elizejskiego. – Nie chcemy przedłużać negocjacji tylko po to, by za kilka tygodni mieć dokładnie taki sam chaos – powiedział anonimowy rozmówca.