Pod koniec marca rząd może ogłosić, że przejdziemy na czas letni – wynika z ustaleń DGP. Ostateczna decyzja zależeć jednak będzie od postanowień Unii
Reklama
Jutro Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii (MPiT) zakończy konsultacje dotyczące rezygnacji z sezonowej zmiany czasu w Polsce. Wiadomo, że napłynęło ponad 100 opinii od instytucji i osób prywatnych. Na razie resort nie zdradza, jakiego rodzaju głosy przeważały. – Wnioski zostaną opracowane po zakończeniu konsultacji, tj. po 30 stycznia – mówi Aleksandra Serkowska z MPiT.
Z naszych nieoficjalnych ustaleń wynika, że konferencja podsumowująca wielomiesięczne konsultacje, analizy i badania opinii będzie zorganizowana 28 marca. Niewykluczone, że wtedy oficjalnie zostanie ogłoszona decyzja co do zamierzeń polskiego rządu. Będzie to na kilka dni przed zmianą czasu z zimowego na letni (dojdzie do niej 31 marca).
Wszystko wskazuje na to, że odejście od wieloletniej tradycji sezonowej zmiany czasu (w Polsce obowiązuje od 1977 r.) jest przesądzone – pytanie tylko, czy na stałe zdecydujemy się na czas letni czy zimowy oraz kiedy to się stanie. Z reguły wskazywany jest ten pierwszy wariant oraz termin 2021 r.
Taki kierunek oficjalnie przyjmują poszczególne ministerstwa. Urszula Kruszewska z biura prasowego Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi, wyjaśnia, że utrzymanie zmiany czasu byłoby anachronizmem. Poza tym wywołuje to negatywne skutki dla gospodarki, ale także dla zdrowia. – W dziedzinie rolnictwa ma to szczególne znaczenie ze względu na cykl dzienny w hodowli i chowie zwierząt gospodarskich – stwierdza Urszula Kruszewska. Jak dodaje, czasem urzędowym na obszarze Polski powinien być czas letni środkowoeuropejski.
Podobne stanowisko zajmuje resort energii. – Sezonowa zmiana czasu nie ma znaczącego wpływu na sektor energetyczny. W kontekście wyboru strefy czasowej zasadniczym celem powinno być wprowadzenie na szczeblu UE tej samej strefy dla wszystkich państw członkowskich – odpowiada nam ministerstwo.
Być może te głosy z resortów nie byłyby tak jednoznaczne i stanowcze, gdyby nie badania nastrojów społecznych. Jak słyszymy, pod koniec ubiegłego roku MPiT przeprowadziło sondaż, z którego wynikało, że „zdecydowana większość” respondentów opowiedziała się za odejściem od zwyczaju przestawiania wskazówek zegara. Kolejna ankieta ma być zrobiona po wiosennej zmianie czasu (z zimowego na letni).
W minione wakacje swoje badania przeprowadziła też Komisja Europejska (KE). Wzięło w nich udział 4,6 mln mieszkańców UE, z czego 84 proc. z nich opowiedziało się za rezygnacją ze zmian czasu. Jak podaje MPiT, w ramach tych konsultacji aż 72 proc. głosujących z Polski popiera wprowadzenie czasu letniego. 70 proc. głosów w ankiecie oddali obywatele Niemiec. Za nimi uplasowali się Francuzi (8,6 proc.) i Austriacy (6 proc.).
– Decyzja o tym, czy Polska przyjmie czas letni czy zimowy, nie została jeszcze podjęta. Zależy ona od wyników konsultacji, badań opinii publicznej i uzgodnień z krajami z naszego regionu – zastrzega Aleksandra Serkowska.
Nie możemy zmieniać czasu w pojedynkę. Konieczne są uzgodnienia na szczeblu europejskim. Kwestię zmiany czasu reguluje unijna dyrektywa z 2001 r. Zgodnie z nią czas letni wprowadza się w ostatnią niedzielę marca, a jego odwołanie następuje w ostatnią niedzielę października (jesienią czas lokalny przesuwany jest o godzinę do tyłu). W grę wchodzi więc ewentualne uchylenie tej dyrektywy i przyjęcie nowej wersji (wymagana jest większość kwalifikowana). Będzie ona musiała być wdrożona do polskiego porządku prawnego.
Uzgodnienia z innymi krajami są niezbędne z uwagi na propozycję KE. Zakłada ona, że państwa członkowskie zachowałyby uprawnienia do podejmowania decyzji w sprawie swojego czasu standardowego, czyli tego, czy przejdą na stałe na czas letni czy na zimowy. Takie podejście nie podoba się naszemu rządowi. – Może dojść do sytuacji, w której np. z naszymi bezpośrednimi sąsiadami będziemy mieli różnicę czasu rzędu 2 godzin. Będzie to dość trudne, karkołomne i dla zwykłego obywatela, i dla kogoś prowadzącego działalność gospodarczą. Wyobraźmy sobie, że w ogóle wszystkie inne kraje otaczające miałyby inną strefę czasowa niż Czechy̨, jednak dość mały kraj w środku Europy – zwracał uwagę w październiku ub.r. Marcin Ociepa, podsekretarz stanu w MPiT podczas wystąpienia w Senacie. I nieco sarkastycznie zauważał, że z tych względów zamierzenia KE, by zmiana czasu w marcu 2019 r. była już ostatnią, wydają się „zbyt ambitne”.
Opozycja nie zamierza doprowadzać do politycznej walki z rządem o czas. – Do tej pory nie oponowaliśmy i to się raczej nie zmieni – deklaruje jeden z polityków Platformy Obywatelskiej.
Jakub Stefaniak z PSL mówi jeszcze bardziej zdecydowanie: należy odejść od zmiany czasu i przyjąć na stałe czas letni.
– Na to czekają nie tylko Polacy, ale i wielu naszych sąsiadów. Temat został podchwycony na arenie unijnej, jesteśmy za tym, by przywrócić czas letni na stałe jeszcze w tym roku – mówi Stefaniak. Dodaje, że podejście Komisji Europejskiej wcale nie musi stanowić problemu. – Ona w tej sprawie nie jest stroną, musi tylko dać narzędzia parlamentom krajowym i nie przeszkadzać – wskazuje. Ostatecznie to kraje członkowskie powinny podjąć wspólną decyzję co do tego, jaki czas przyjąć w Europie na stałe.