Polską opinią publiczną wstrząsają co jakiś czas skandale czy to korupcyjne, polityczne, czy też obyczajowe. Większość kończy się niczym – nikt nie jest skazany ani nikt nie poczuwa się do tego, by przeprosić. „Nie wypada” wypadło z obiegu. W tej sytuacji niejako naturalne jest, że w opinii publicznej pojawia się głód sprawiedliwości czy też może nawet bardziej staromodnej przyzwoitości. Niestety głód ten zaspokajany jest zjawiskiem, które jest zaledwie podłym ersatzem obydwu. Oto sprawiedliwość i przyzwoitość zastępuje w Polsce coraz częściej lincz medialny.
Dwa lata temu prezesa Narodowego Centrum Studiów Strategicznych Jacka Kotasa oskarżono o związki z biznesmenem, który, jeśli wierzyć doniesieniom medialnym, miał mieć co najmniej dwuznaczne, podejrzane związki z Rosją. Jacka Kotasa łączyły z owym przedsiębiorcą związki biznesowe niemające nic wspólnego z Rosją. Nikt też nigdy nie udowodnił, że wiedział on o rosyjskich wątkach kariery biznesowej swego pracodawcy. Mimo to w poważnych wydawałoby się gazetach zaczęto nazywać go „rosyjskim łącznikiem”. Tak naprawdę zaś chodziło o to, by uderzając w Jacka Kotasa, uderzyć w jego poprzednika na stanowisku szefa NCSS, wiceministra obrony Tomasza Szatkowskiego, a przez niego z kolei zaatakować ówczesnego ministra obrony narodowej. Właściwego celu nie zrealizowano, ale przy okazji zlinczowano Jacka Kotasa. Walka z ministrem Macierewiczem, który – dodam w tym miejscu – nigdy ministrem nie powinien był zostać, usprawiedliwiała w oczach przyzwoitych wydawałoby się ludzi zniszczenie człowieka. To, czy był winny, czy nie, nikogo nie interesowało. Jacek Kotas obuduje karierę, ale zajmie mu to zapewne ca. 5 lat. Zakładając, że jest niewinny (a wszystko na to wskazuje) – szkoda człowieka.
Rok temu grupa radykalnych feministek oskarżyła dwóch lewicowych publicystów o molestowanie seksualne i gwałt. Jeden z nich przyznał się do winy, drugi – Jakub Dymek oskarżeniom zaprzeczył, a formułujące pod jego adresem zarzuty kobiety pozwał do sądu. W jego własnym środowisku Krytyki Politycznej wielu nie dawało wiary oskarżeniom, ale poza bardzo nielicznymi nikt nie protestował, gdy KP de facto wyrzuciła Jakuba Dymka z pracy. Co gorsza, niektórzy nie tylko zapomnieli o zasadzie domniemania niewinności, ale wręcz wyrażali oburzenie, gdy zainteresowany znalazł inną pracę. Można było odnieść wrażenie, że Jakub Dymek winien do chwili udowodnienia niewinności co najwyżej pracować jako cieć lub w ogóle być pozbawionym środków do życia. Walka, skądinąd jak najbardziej słuszna, z molestowaniem usprawiedliwiała w oczach przyzwoitych wydawałoby się ludzi zniszczenie człowieka. To, czy był winny czy nie, nikogo nie interesowało. Jakub Dymek obuduje karierę, ale zajmie mu to zapewne ca. 5 lat. Zakładając, że jest niewinny – szkoda człowieka.
Reklama
Miesiąc temu na lotnisku w Brukseli została zatrzymana, a następnie deportowana na Ukrainę Ludmiła Kozłowska, żona prezesa Fundacji Otwarty Dialog Bartosza Kramka. Stało się tak na skutek wpisania przez Polskę przy jej nazwisku w systemie informatycznym strefy Schengen zastrzeżenia, które skutkuje tym, iż osoba, przy nazwisku której znajdzie się taka adnotacja, nie może wjechać do Unii Europejskiej. Nim jeszcze sprawa zakazu wjazdu wyszła na jaw, tak p. Kozłowską, jak i jej męża poddano medialnej nagonce. Gdy okazało się, że władze RP użyły mechanizmów Schengen, puściły już wszelkie hamulce i prorządowi publicyści, nie mając, poza wątpliwej jakości internetowymi publikacjami, cienia dowodów, okrzyknęli p. Kozłowską już wprost „rosyjskim szpiegiem”. I nic to, że żadnych śladów jej prorosyjskiej aktywności nie ma, a wręcz przeciwnie – była zawsze twardo proukraińska. Co więcej – gdyby w istocie pracowała dla obcych służb, to zapewne należało ją śledzić, zbierać dowody i aresztować, a nie wydalając, tych wszystkich możliwości się pozbawić. Dowodów dla działań sądowych zabrakło. O ich braku świadczy najlepiej to, iż skądinąd zgodnie z przewidywaniami wyrażonymi na tych łamach nie minął miesiąc, a p. Kozłowska otrzymała wizę niemiecką. Berlin nie ryzykowałby skandalu, gdyby zakładał, że Polska dysponuje jakimikolwiek dowodami. Brak dowodów nie przeszkadzał jednak w linczu. I znów – minie zapewne kilka lat, nim p. Kozłowska spotka się z mężem w swoim mieszkaniu w Warszawie (chyba że jakieś państwo UE da jej nie tylko wizę, ale i obywatelstwo, ignorując Warszawę). I znów – szkoda człowieka.
Ostatni omawiany przypadek wskazuje na jeszcze jedno zjawisko. Oto możliwe są najbardziej kuriozalne koalicje. W wypadku Ludmiły Kozłowskiej jej wydalenie poprzedzone było kampanią towarzysko-medialną, w której uczestniczyli tak ludzie prawicy, jak i ci związani z liberalnym salonem. Wspólnota interesów okazała się być tym, co buduje mosty ponad podziałami politycznymi. Szkoda tylko, że dzieje się to nie w imię przyzwoitości, a pomimo jej. Szkoda, że okazuje się, że w Polsce nic tak nie łączy jak brak zasad.
Tym, którzy gotowi byli niezależnie od różnic ideologicznych, słabej znajomości oskarżanych, a czasem nawet zastrzeżeń co do ich działalności, stanąć w ich obronie, życzliwi sugerowali, że lepiej jest milczeć. Rozsądek podobno podpowiada, że nie należy się wychylać, narażać, że nie należy zabierać głosu (a już na pewno nie publicznie). Tyle że głos zabierać należy. Chodzi nie o obronę konkretnych osób, ale obronę zasad. We współczesnym świecie siła mediów, w tym tych społecznościowych, jest taka, że lincz medialny może zniszczyć człowieka zawodowo, finansowo, prywatnie, a kto wie, czy nie dosłownie. Ludzie przyzwoici, o ile oczywiście w istocie są takimi, nie mogą milczeć, a obrona zasady domniemania niewinności nie może się ograniczać do sali sądowej. W przypadku linczów medialnych poddawani im w większości przypadków przeżywają załamania nerwowe, a w niektórych przypadkach doprowadzani są na skraj samobójstwa. W jednym z omawianych wypadków też było już bardzo źle. Tyle że mało kogo z oskarżycieli to obchodzi. Jak patrzą rano w lustro, pozostaje zagadką.
Sprawa ma również aspekt szerszy – cywilizacyjny. Polska, w której obowiązywać będą zasady życia społecznego rodem z dżungli, nijak częścią Zachodu nie będzie. I to może martwić powinno najbardziej, bo skoro w pierwszej wyżej opisanej sprawie linczowały środowiska liberalne, w drugiej stos podpalała nowa lewica, a w trzeciej żadnych dowodów ani tym bardziej wyroków nie potrzebowały ani prawica, ani część „salonu”, to doprawdy nie wiadomo, która siła polityczna miałaby nas zakotwiczyć na trwałe na Zachodzie, skoro wszystkim, gdy im to wygodne, po drodze z bolszewią.