Od początku znowelizowana ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej była martwa, choć jej przepisy miały nie znać litości dla całego świata.
Reklama
Żydzi często mówią o niedobrych Polakach, a o Niemcach nic nie mówią. Moi znajomi mówili mi, że Żyd, który napotkał Niemca, był martwym Żydem. On nikomu nic nie powie, jego rodzina o niczym nie zaświadczy. Żyd, który spotkał na drodze Polaków, miał szansę przeżyć – to anegdota przytoczona przez premiera Mateusza Morawieckiego podczas środowej sejmowej debaty nad nieoczekiwaną nowelizacją ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej.
W jej wyniku uchylono przepisy przewidujące odpowiedzialność karną za przypisywanie narodowi polskiemu współodpowiedzialności za zbrodnie popełnione przez III Rzeszę Niemiecką (art. 55a i 55b ustawy o IPN). Jak powiedział szef rządu, „paradoksalnie zdarzyło się tak, że najbardziej ostre przepisy, dotyczące prawa karnego, wzbudziły tyle kontrowersji, że zaczęły działać kontrproduktywnie. Działamy w realiach międzynarodowych i te realia bierzemy pod uwagę”. Jeśli posłużyć się ironicznie retoryką rządzących, oznacza to, że Polska znów padła na kolana przed USA, Izraelem oraz diasporą żydowską, zachowując jednak wyprostowaną sylwetkę wobec Ukrainy, bo kontrowersyjne przepisy ustawy o IPN wprowadzające nową kategorię prawną – zbrodni „ukraińskich nacjonalistów” – pozostały w mocy.

Skargi i happeningi

Reklama
Znowelizowana ustawa o IPN obowiązywała od 1 marca. Jej efektem było to, że podczas wizyty w Stanach Zjednoczonych prezydent Andrzej Duda zamiast z Donaldem Trumpem spotkał się z nieznanym bliżej dżentelmenem ubranym w elegancki garnitur oraz adidasy. Amerykański bojkot dyplomatyczny był jednym z kilku skutków uchwalenia nowych przepisów. Kolejnym – gwałtowny wzrost zainteresowania frazą „Polish death camps” (polskie obozy śmierci) w internetowej wyszukiwarce Google. Do skutków dodać można także wiersz poświęcony Stevenowi Spielbergowi, który stwierdził, że za swoje wypowiedzi o polskim antysemityzmie zostałby nad Wisłą aresztowany. Internetowy poeta Lwow47, nawiązując do naszej legendarnej gościnności, dał mu odpór: „Panie Spielberg, Polska to nie Park Jurajski, by musiał się pan obawiać zwierzęcych reakcji, / może pan bez obawy przyjechać nad Wisłę, by skorzystać z europejskiej demokracji”.
Tymczasem od samego początku znowelizowana ustawa o IPN była martwa, choć jej przepisy miały nie znać litości dla całego świata. Międzynarodowa awantura wywołana uchwaleniem przepisów spowodowała, że oficjalnie przyjęto wersję o jej „zamrożeniu”, o czym mówił prokurator generalny Zbigniew Ziobro. Na podstawie art. 55a wpłynęło ponad 70 zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Osiem zakończyło się odmową wszczęcia śledztwa. Jedna ze skarg dotyczyła np. użycia zwrotu „getto warszawskie”, kolejna – wypowiedzi deputowanego do Knesetu, który stwierdził, że „polskie obozy zagłady” istniały naprawdę. Prokuratorzy IPN ustalili jednak, że słowa te padły przed dniem wejścia w życie nowych przepisów.
Najwięcej zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa z art. 55a ustawy o IPN było jednak elementem politycznego happeningu. Członkowie stowarzyszenia Obywatele RP, ODnowy, Warszawskiego Strajku Kobiet, Partii Zielonych i KOD najpierw publicznie wygłosili oświadczenie o udziale Polaków w pogromach na Żydach, a potem złożyli doniesienie na samych siebie. „Oświadczam, że zbrodni na Żydach – m.in. w Radziłowie, Szczuczynie, Jedwabnem, Rajgrodzie, Goniądzu, Rutkach, Grajewie – dokonali Polacy. (…) Masowe denuncjacje i popełnione w czasie II wojny światowej zbrodnie były w moim przekonaniu przejawem współuczestnictwa Polaków w Holokauście, aktem kolaboracji wpisującym się w zbrodnie nazistowskie, których dopuściła się III Rzesza Niemiecka”.
Poważne międzynarodowe kłopoty polskiego rządu pojawiły się po ujawnieniu skandalu z notatką opisującą spotkanie Thomasa K. Yazdgerdiego, który w amerykańskim departamencie stanu odpowiada za kwestie dotyczące Holokaustu, z Maciejem Pisarskim, pełnomocnikiem ministra spraw zagranicznych do spraw kontaktów z diasporą żydowską. W dokumencie z 22 stycznia 2018 r. zawarta była informacja, że w przypadku przyjęcia nowelizacji ustawy o IPN, jak również postawienia na jej podstawie w stan oskarżenia Jana Tomasza Grossa, Departament Stanu USA wyrazi krytyczne stanowisko. Notatka została zadekretowana na ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobro. Dotarła do niego jednak dopiero po tygodniu – 30 stycznia 2018 r., już po uchwaleniu przez Sejm ustawy. Amerykańskie ostrzeżenie zostało więc zignorowane, podobnie jak późniejsze słowa ambasador Izraela Anny Azari, która stwierdziła, że dla jej państwa „jest ona traktowana jak możliwość kary za świadectwo ocalałych z Zagłady”. Pomimo tego Senat poszedł w zaparte,i mając sposobność natychmiastowego przeprowadzenia stosownych korekt, bez poprawek przyjął tekst uchwalony przez niższą izbę parlamentu.
17 lutego 2018 r. zdarzyła się kolejna katastrofa. Premier Mateusz Morawiecki na konferencji w Monachium, zapytany przez amerykańskiego dziennikarza o żydowskich korzeniach Ronena Bergmana o odpowiedzialność karną za wypowiadanie się o współudziale Polaków w Holokauście, przedstawił dość karkołomny wywód. „Oczywiście nie będzie to karane, nie będzie to postrzegane jako działalność przestępcza, jeśli ktoś powie, że byli polscy sprawcy. Tak jak byli żydowscy sprawcy, tak jak byli rosyjscy sprawcy czy ukraińscy – nie tylko niemieccy” – powiedział premier. Słowa te, wypowiedziane po angielsku z użyciem terminu „perpetrator”, zostały odebrane w Izraelu jako oskarżenie społeczności żydowskiej o aktywny udział w Zagładzie.
Plan „ucieczki do przodu” trzy dni później przedstawił na łamach „Rzeczypospolitej” spin doktor PiS Marek Kochan. „Z pewnością ustawa o IPN mogłaby być napisana inaczej, bardziej precyzyjnie, tak by nie wywołać niepotrzebnej dyskusji, czy ocaleni z Zagłady mogą mówić swobodnie o swoich indywidualnych przeżyciach w czasie wojny, czy nie. (…) Ale nie o ustawę tu chodzi. Mleko się rozlało. Trzeba działać zdecydowanie. Kryzys wizerunkowy jest także szansą. Może przynieść długofalowo pozytywne skutki. (…) Proponuję, aby szybko wybudować Muzeum Polokaustu, dokumentujące działania zmierzające do eksterminacji Polaków jako narodu. (…) Nazwa Polokaust nie jest nowa (…) jestem pewien, że to dobra nazwa dla muzeum, zapadająca w pamięć i wywołująca zainteresowanie. Pozwalająca zdyskontować obecny kryzys dla dobra wizerunku Polski” – pisał Kochan.
Jedna z sal tego muzeum miałaby być poświęcona ludobójstwu na Wołyniu. I tu należy powrócić do znowelizowanej ustawy o IPN. Bez przesady można stwierdzić, że jej ważnym celem było wprowadzenie przepisów dotyczących nowej kategorii zbrodni popełnionych przez „ukraińskich nacjonalistów”. Było to swoiste zadekretowanie w naszym ustawodawstwie „Wołyńskiego Polokaustu”. Poprzednio obowiązujące zapisy ustawy pozwalały na standardowe prowadzenie śledztw w sprawach o zbrodnie przeciwko ludzkości popełniane na polskiej ludności przez oddziały UPA i OUN. Takich postępowań toczy się zresztą w pionie śledczym IPN ponad 30. Na ten temat ciekawie wypowiedział się podczas obrad sejmowej komisji sprawiedliwości i praw człowieka (8 listopada 2016 r.) poseł Tomasz Rzymkowski z Kukiz’15: „Zbrodni ukraińskich nie powinniśmy trzymać w tych innych zbrodniach przeciwko ludzkości. (…) Przede wszystkim jest to skala. Zamordowanych w wyjątkowo brutalny sposób zostało ponad 160 tys. naszych rodaków. (…) Wszystkie inne zbrodnie nie miały takiej skali, jak ta dokonana na ludności Wołynia, Małopolski Wschodniej”. To jest właśnie w pigułce koncepcja Polokaustu – nie zbrodni przeciwko ludzkości opisanej w prawie międzynarodowym, lecz okrutnego rytualnego mordu dokonanego na Polakach.
Warto przypomnieć, że antyukraińskie przepisy pierwotnie pojawiły się w poselskim projekcie ustawy o zmianie ustawy o IPN przygotowanym przez klub Kukiz’15. Wpłynął on do Sejmu 6 lipca 2016 r. Dopiero w trakcie prac parlamentarnych został on połączony z rządowymi propozycjami nowelizacji ustawy o IPN. Wbrew temu, co mówił wicemarszałek Ryszard Terlecki, PiS nie został wmanewrowany w ten kontrowersyjny temat, lecz pracował nad nim w parlamencie od października 2016 roku. W uzasadnieniu projektu znajdziemy napastliwe dla naszego wschodniego sąsiada stwierdzenia, np. że „struktury bezpieczeństwa Ukrainy są wzorowane na zbrodniczych OUN i UPA”. Przeczytamy również, że nowe prawo spowoduje „korzystne skutki dla budżetu państwa, który może zostać zasilony środkami finansowymi z zasądzonych kar grzywny”. Chodzi o przestępstwo negowania zbrodni „ukraińskich nacjonalistów”, opisane w art. 55 ustawy o IPN, który nadal obowiązuje.
Podejrzliwość podczas prac parlamentarnych powinni wzbudzić sami eksperci zatrudnieni przez wnioskodawcę – posła Rzymkowskiego. To dr hab. prof. KUL Włodzimierz Osadczy, gorący orędownik penalizacji banderyzmu jako „ideologii z natury antychrześcijańskiej”, który na antenie Radia Maryja bardzo ostro krytykował przedłużające się prace nad ustawą. Kolejnym ekspertem był dr Wojciech Muszyński z warszawskiego oddziału IPN, niedoszły kandydat partii Kukiz’15 do kolegium Instytutu Pamięci Narodowej. Zyskał rozpoznawalność, gdy umieścił na Facebooku rysunek powieszonego prezydenta USA Baracka Obamy, a także wyznaniem „Je suis Bury”, wyrażającym solidarność z kpt. Rajmundem Rajsem, ps. Bury, odpowiedzialnym za zbrodnie na ludności cywilnej. Trzecim historykiem służącym swoją wiedzą legislatorom był prof. dr hab. Czesław Partacz z Politechniki Koszalińskiej. On z kolei zasłynął wykładem zatytułowanym „Efekt Lucyfera, czyli rzecz o wyjątkowo okrutnym mordowaniu Polaków przez banderowców”.

Żadnych efektów

Budzącą kontrowersje ustawę o IPN podpisał prezydent, który jednak w trybie kontroli następczej 14 lutego 2018 r. skierował do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o zbadanie jej zgodności z ustawą zasadniczą. To miała być – tak się wydawało– taktyka zmierzająca do wyciszenia międzynarodowych nastrojów, zyskania na czasie i otwarcia możliwości zmiany zapisów poprzez uznanie ich częściowej niekonstytucyjności. Wobec art. 55a prezydent sformułował zarzut naruszenia funkcji gwarancyjnej prawa karnego (wymóg precyzyjności opisu czynu zabronionego) i ograniczenia swobody wypowiedzi.
Stanowisko w tej sprawie przedstawił także prokurator generalny. Zaskakujące, że zdaniem Zbigniewa Ziobro art. 55b ustawy o IPN w zakresie, w jakim przewiduje on odpowiedzialność za przestępstwo z art. 55a niezależnie od przepisów obowiązujących w miejscu jego popełnienia, był niezgodny z zasadą nadmiernej ingerencji wynikającej z art. 2 konstytucji. W uzasadnieniu stanowiska napisał: „Decydując się na penalizację zachowań stypizowanych w art. 55a ust. 1 i 2 ustawy o IPN, w odniesieniu do przestępstw popełnionych za granicą, niezależnie od prawa obowiązującego w miejscu popełnienia tych czynów, ustawodawca nienależycie wyważył proporcje pomiędzy koniecznością ochrony dobra prawnego a adekwatnością, skutecznością i dolegliwością normy prawnej. Doprowadziło to do powstania unormowania faktycznie dysfunkcjonalnego, mogącego skutkować zaistnieniem rezultatów przeciwnych do zakładanych, a w konsekwencji doprowadzić do podważenia autorytetu Państwa Polskiego, które nie będzie w stanie wyegzekwować ustanowionego przez siebie prawa”.
Taki właśnie pogląd wygłaszała zdecydowana większość prawników podczas debaty nad projektem ustawy. Wprowadzenie zasady sankcji wszechświatowej jest nieskuteczne w przypadku czynów, które nie są penalizowane w innych państwach. Warto przywołać to, co mówił wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki podczas debaty nad projektem nowelizacji ustawy o IPN: – Proponujemy stworzenie nowego art. 55b, który przepisy karne przenosi, czyli wskazuje na to, że będą obowiązywały również w stosunku do czynów popełnionych za granicą, co w tym przypadku ma duże znaczenie.
W uzasadnieniu nowelizacji uchylającej karne przepisy ustawy o IPN napisano, że analiza stanowisk zgłoszonych w postępowaniu przez TK oraz debata publiczna doprowadziły do wniosku, że „bardziej efektywnym sposobem ochrony dobrego imienia Rzeczypospolitej Polskiej i Narodu Polskiego, biorąc pod uwagę cel ustawy, będzie wykorzystanie narzędzi cywilnoprawnych”. Podkreślił to także premier Mateusz Morawiecki: – Utrzymujemy nie tylko tę ustawę, ale cały rozdział 6C, który dotyczy instrumentów cywilnoprawnych. Razem brońmy dobrego imienia narodu polskiego i Rzeczpospolitej.
Jak wygląda skuteczność „wykorzystywania narzędzi cywilnoprawnych”, pokazał wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie z 9 kwietnia. Oddalono w nim pozew Reduty Dobrego Imienia – Polskiej Ligi przeciw Zniesławieniom przeciwko Editoral La Pagina z siedzibą w Buenos Aires. Argentyński portal Pagina 12 opublikował artykuł „Znajome twarze” dotyczący zbrodni w Jedwabnem. Tekst został błędnie zilustrowany fotografiami antykomunistycznych partyzantów zabitych w 1950 r. Wystąpienie na drogę prawną spowodowało, że wadliwy tekst został wielokrotnie powielony w argentyńskich mediach, a tamtejsi dziennikarze wyrazili pełną solidarność z kolegami „ściganymi przez Polskę”. Pozew oddalono ze względu na brak jurysdykcji krajowej. Rzeczpospolita Polska pechowo nie jest bowiem związana z Republiką Argentyńską bilateralną umową międzynarodową ani traktatem wielostronnym. Cóż, rządzącym pozostanie teraz tylko stworzenie murowanego Muzeum Polokaustu, bo przecież symbolicznie jest już ono od trzech lat budowane w sercach i umysłach Polaków.