Niespodziewany powrót migracji w serce europejskiej debaty sprawił, że politycy chcą znaleźć rozwiązanie dla problemu, którego nie udało się rozpracować przez 3 lata
Reklama
Jak trudne jest znalezienie porozumienia w tej materii, niech świadczy fakt, że zanim spotkanie jeszcze się zaczęło, organizatorzy – Komisja Europejska – już zaliczyli wpadkę. W rozesłanej wcześniej do uczestników wstępnej wersji konkluzji znalazł się zapis, że Niemcy będą odsyłać migrantów do kraju, w którym zostali po raz pierwszy zarejestrowani. Ponieważ tym krajem najczęściej są Włochy, wzbudziło to wściekłość w Rzymie. Angeli Merkel udało się ściągnąć do Brukseli premiera Giuseppe Contego dopiero po tym, jak odmówiła przyjęcia konkluzji w proponowanym przez KE kształcie.
Zresztą kanclerz nie ukrywała wczoraj przed dziennikarzami, że wypracowanie porozumienia nie będzie proste. – Spotykamy się przed szczytem Rady Europejskiej, ale przecież wiemy już, że – niestety – na Radzie nie znajdziemy kompletnego rozwiązania problemu migracji – mówiła Merkel. Jej pomysł? Zamiast kompromisu wśród 28., mniejsze, lokalne porozumienia między parami lub grupami krajów.
To pokazuje, jak trudno na arenie unijnej dogadać się odnośnie wspólnej polityki azylowej i migracyjnej. Państwa UE nie mogą nic uzgodnić w tej kwestii od trzech lat, a więc od wybuchu kryzysu migracyjnego. W międzyczasie rozwiązań poszukiwały praktycznie wszystkie kraje sprawujące przewodnictwo w Radzie UE – forum, na którym wykuwa się większość unijnych rozwiązań. Swoje propozycje przedstawili Duńczycy, Słowacy, Maltańczycy, Estończycy, a ostatnio Bułgarzy. Wszystko na nic. Żadna z propozycji nie przypadła do gustu nawet większości członków Wspólnoty.
Na razie UE kontynuuje politykę, którą można streścić w słowach: powstrzymać migrantów zanim dotrą na teren Wspólnoty. Siłą, jak w przypadku porozumienia z Turcją z 2016 r., w którym Ankara zobligowała się np. do zwiększenia liczby patroli na Morzu Egejskim lub pieniędzmi, jak w przypadku „planu Junckera dla Afryki”, zwanego teraz „planem Marshalla dla Afryki”, czyli skierowaniem pomocy rozwojowej do krajów, z których najczęściej pochodzą uchodźcy.
Cel? Postawienie na takie inwestycje, które w efekcie zniechęcą ludzi do wyjazdu. Ta pierwsza taktyka ma tę zaletę, że działa dość szybko. Ta druga przyniesie owoce – jeśli w ogóle – dopiero za wiele lat.
Wobec nagłego powrotu migracji do głównego nurtu europejskich problemów – głównie przez wzgląd na awanturę, jaką z tego powodu Angeli Merkel zrobili ostatnio koalicjanci z bawarskiej CSU – politycy raczej skłaniają się ku pierwszej strategii. W ten sposób można odczytywać postulat stworzenia centrów azylowych – czy na terenie UE, czy gdzieś tuż za granicą Wspólnoty – gdzie migranci kwalifikujący się do azylu będą odsiewani od migrantów ekonomicznych. W ten sposób zdjęłoby to część ciężaru z krajów granicznych, jak Włochy, które na mocy systemu dublińskiego są odpowiedzialne za migrantów, którzy zarejestrują się w nich od razu po przekroczeniu granic UE.
Chociaż Polska nie znalazła się w gronie zaproszonych na wczorajsze spotkanie – pomimo tego kraje Wyszehradu ogłosiły jego bojkot – to nagły powrót migracji na szczyt unijnej agendy nie służy Warszawie. Nawet jeśli dotychczas mogłoby się wydawać, że polskie stanowisko w sprawie relokacji zaczyna spotykać się ze zrozumieniem na zachodzie Europy, to presja czasowa na znalezienie rozwiązania może szybko tę przychylność zmienić we wrogość. W sobotę Emmanuel Macron na powrót domagał się sankcji dla krajów, które „korzystają z europejskiej solidarności”, ale same nie chcą się nią wykazać. To argument, którego przez jakiś czas już nie było słychać w Europie.
Argument o solidarności podnosi zwłaszcza włoski rząd (szerzej o tym na str. 15), którego premier pojawił się zresztą w Brukseli z propozycją kompletnego zastąpienia regulacji dublińskich nowym prawem, które zdejmie z „państw frontowych” część ciężaru.
Conte naciska również na przyspieszenie rozbudowy Frontexu, nazywanego „europejską strażą graniczną”. Agencja ma być mocno wzmocniona kadrowo – mówi się o 10 tys. etatów, w tym wielu dla funkcjonariuszy – a także sprzętowo, aby lepiej chronić dziurawą granicę morską Europy z Afryką.