Im Piłsudski czuł się gorzej, tym mniej miał cierpliwości do zbyt samodzielnych podwładnych. Wolał ślepo oddanych wykonawców rozkazów rozumiejących, że nic w polityce nie znaczą bez wodza
Stan zdrowia Jarosława Kaczyńskiego może okazać się czynnikiem kształtującym bieg wydarzeń w Polsce przez najbliższe lata. Rzecz nie tylko w tym, że w szeregach Prawa i Sprawiedliwości nie ma nikogo, kto mógłby zastąpić prezesa. Niewielkie są więc szanse, by partia zachowała spoistość po ewentualnym przejściu swojego twórcy na emeryturę. Tajemnicza niedyspozycja stawu kolanowego będzie równie istotnym niuansem nawet wtedy, gdy lider obozu rządzącego wróci do pełni formy. Skoro działanie państwa oparte jest na decyzjach jednej osoby, która ma zawsze prawo do ostatniego słowa, to każda zmiana w codziennym jej funkcjonowaniu musi przynieść długofalowe skutki. Początkowo bywają one niezauważalne, bo pierwsi na swej skórze odczuwają je ci, którym dany jest przywilej dostępu do ucha wodza.
Obolała ręka Marszałka
Reklama
W nocy z wtorku na środę 18 kwietnia 1928 r. Józef Piłsudski doznał lekkiego udaru mózgu. Najbliższe otoczenie polityka zareagowało panicznie. Niedyspozycję Marszałka objęto ścisłą tajemnicą państwową. „Ogłoszony 20 kwietnia komunikat (...) mówi, że Piłsudski znajduje się na parodniowej kuracji w szpitalu Ujazdowskim i cierpi na bóle w ręce, która ma być naświetlana” – opisują w „Kalendarium życia Józefa Piłsudskiego 1867–1935” Wacław Jędrzejewicz i Janusz Cisek. Chorym cały czas zajmował się jego osobisty lekarz, a zarazem zaufany przyjaciel z czasów legionowych, pułkownik Marcin Woyczyński. Pięć dni później 25 kwietnia przekazano prasie komunikat mówiący, iż Marszałek opuścił szpital, ponieważ „bóle reumatyczne ustąpiły po naświetlaniu”.
Nie udawało się jednak ukryć, że Piłsudski się przygarbił i zaczął mieć kłopoty z prawą ręką. Szczególnie było to widoczne podczas podpisywania dokumentów. Nadal też nie czuł się najlepiej. Wreszcie 14 maja 1928 r. prasa opublikowała obwieszczenie, że „lekarze zalecili Piłsudskiemu częściowy odpoczynek w okresie rekonwalescencji. Proponowano wyjazd nad Morze Śródziemne. Na razie postanowiono, że Marszałek wyjedzie do Sulejówka, a następnie Druskiennik” – opisują Jędrzejewicz i Cisek. Ku uldze całego obozu sanacyjnego po wakacjach Piłsudski stopniowo odzyskiwał wigor i wszystko zdawało się wracać na stare tory. „Technika rządzenia pozostaje niezmieniona. Piłsudski stanowił ostatnią instancję, »czynnik decydujący«, rozstrzygający o najważniejszych problemach. Należały do nich polityka personalna, kierowanie wojskiem, zwłaszcza sprawy awansów i szkoleniowe, ustalenie zasad polityki zagranicznej” – opisuje w monografii „Polska po przewrocie majowym” Andrzej Ajnenkiel.

Reklama
Jednak za kulisami władzy zaczynały się pierwsze przetasowania. Po zamachu majowym rządy sprawowało liberalne skrzydło sanacji. Jego uosobieniem był premier Kazimierz Bartel, który brał na siebie zadanie przepychania przez parlament kolejnych reform tak, aby obywało się to bez otwartego łamania konstytucji. Zręczny i uroczy naukowiec potrafił zjednywać sobie posłów opozycji, co nazwano potocznie bartlowaniem. Jednocześnie pod egidą Walerego Sławka powstał Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem. Skupił on działaczy politycznych wyłuskiwanych z niemal wszystkich stronnictw, poczynając od socjalistów z Narodowej Partii Robotniczej na konserwatystach kończąc. Umiejętności negocjacyjne prof. Bartla, które Piłsudski bardzo wysoko cenił, pozwalały budować szeroki obóz polityczny. Jednak w jego łonie tylko jedna frakcja nieustannie rosła w siłę. Ze względu na to, jakie stopnie wojskowe nosiła spora część jej przedstawicieli, nazywano ich pułkownikami.
Magazyn 18.05. / GazetaPrawna.pl
Pretorianie wodza
„Nie stanowili żadnej organizacji, a byli tylko dobrymi znajomymi, zgranymi między sobą, koneksje i kontakty każdego członka tej grupy szły w różnych kierunkach. Każdy z «pułkowników» miał swoją osobistą grupę, która z nim współpracowała” – zanotował w „Historii Polski od 11 listopada 1918 do 17 września 1939” Stanisław Cat-Mackiewicz, który wielu „pułkowników” poznał osobiście. „Ten krąg, czy raczej kręgi oddziaływania były najczęściej pochodną osobistych koneksji najwyżej umocowanych piłsudczyków, pozostających w bezpośrednim kontakcie z Marszałkiem. Wynikająca stąd hierarchia władzy sprzyjała tworzeniu różnorodnych nieformalnych koterii” – opisuje Jacek Piotrowski w opracowaniu „Grupa pułkowników jako zaplecze polityczne rządów autorytarnych w Polsce 1926–1939”. Wprawdzie w skład frakcji wchodzili także generałowie, jak np. gen Stefan Hubicki, jednak najistotniejszy był nie stopień, lecz powiązania oraz styl działania. Wszystkich pułkowników łączyła skłonność do spiskowych metod, jakich nauczyli się w konspiracji przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości. Doskonalili je podczas służby wojskowej. Poza tym chcieli uchodzić za najbardziej zaufanych pretorianów Piłsudskiego. Najstarsi z nich, Walery Sławek i Aleksander Prystor, takowymi rzeczywiście byli. Towarzyszyli Komendantowi od samych początków działania w Organizacji Bojowej PPS. Poza tym łączyło ich wiele: od wielkiego oddania idei niepodległej Polski, po codzienny styl życia. „Piłsudski, Sławek i Prystor mieli wspólną cechę bezinteresowności, pogardy dla pieniądza. Piastując najwyższe stanowiska państwowe nigdy nie myśleli o zabezpieczeniu bytu sobie, czy też swojej rodzinie” – opisuje Cat-Mackiewicz. W otoczeniu najstarszych pretorianów tworzyły się kolejne grupy pułkowników z młodszego pokolenia. Ich liderami byli m.in.: Kazimierz Świtalski, Bogusław Miedziński, Wacław Jędrzejewicz, Adam Koc, Ignacy Matuszewski, Józef Beck. „Byliśmy ludźmi młodymi – przeciętnie 30–40 lat. W bardzo małym procencie byliśmy ludźmi słowa czy pióra. Za to w większość ludźmi czynu i karnymi żołnierzami Komendanta” – wspominał po latach gen. Stanisław Skwarczyński. Dodając przy tej okazji bardzo istotną uwagę: „Przytłoczeni jego autorytetem i naszą lojalnością wykazywaliśmy mało własnej inicjatywy”. Natomiast gdy padał rozkaz Komendanta, nie było lepszych wykonawców.
Parcie na władzę
W rządzie Kazimierza Bartla młodsi pułkownicy zdobywali swe pierwsze szlify polityczne, obejmując różnorodne, niekoniecznie eksponowane stanowiska. Szybko też zaczęli ujawniać swe wielkie ambicje. Jeden z liderów środowiska ppłk Bogusław Miedziński, szef nowo utworzonego Ministerstwa Poczt i Telegrafów, próbował zagrozić nawet pozycji premiera, chcąc zająć miejsce Bartla. Nieopatrznie jednak wypromował kolegę ze studiów, inżyniera Edwarda Ruszczewskiego, na kierownika budowy gmachu Poczty Głównej w Gdyni. Ruszczewski, czując się zupełnie bezkarny z racji pozycji protektora, zajął się pomnażaniem osobistego majątku. Nie tylko malwersował środki finansowe przeznaczone na inwestycję, ale też handlował materiałami budowlanymi. Gdy trafiał się chętny, potrafił od ręki sprzedać np. dwa wagony cementu.
Ambicje polityczne ppłk Miedzińskiego ukróciła z początkiem 1929 r. kontrola NIK. Inspektorzy odkryli, że kosztorys budowy Poczty Głównej w Gdyni opiewał na 1,6 mln zł, a wydano ponad 4,8 mln. Przy czym w opinii rzeczoznawców to, co wybudowano, zostało przepłacone ponad dziesięciokrotnie. Jak podkreśliła Najwyższa Izba Kontroli w swym raporcie, Poczta Główna w Gdyni kosztowała więcej niż paryska opera. Obrotny inżynier trafił za kraty, a minister Miedziński 13 kwietnia 1929 r. podał się do dymisji. Co gorsza Piłsudski uznał, że akurat ten pułkownik do polityki się nie nadaje. Musiał więc zadowolić się posadą szeregowego posła oraz zająć redagowaniem sanacyjnego dziennika „Gazeta Polska”.
Pierwsza porażka środowiska pułkowników jedynie odwlekła koniec kariery prof. Bartla. Pogorszenie stanu zdrowia Marszałka zbiegło się bowiem ze światowym kryzysem, który w 1929 r. uderzył w polską gospodarkę. Jednocześnie większość opozycyjnych stronnictw zawarło sojusz pod szyldem Centrolewu, rzucając w ten sposób wyzwanie sanacji. Od 13 kwietnia 1929 r. nowym premierem został pierwszy polityk fakcji pułkowników (acz w randze majora) – Kazimierz Świtalski. Z opozycją parlamentarną toczył bezpardonową walkę, aż pod koniec 1929 r. Sejm przegłosował wotum nieufności wobec rządu. Wówczas po raz ostatni tekę premiera, z woli Piłsudskiego, otrzymał prof. Bartel. Nie nacieszył się nią długo, bo w marcu 1930 r. PPS postanowiła przeforsować w parlamencie dymisję ministra pracy i opieki społecznej Aleksandra Prystora. Jeden z liderów pułkowników zajął się wcześniej usuwaniem socjalistów z zarządów Kas Chorych. Atak na Prystora Marszałek uznał za osobistą zniewagę. Bartel na jego polecenie podał do dymisji cały rząd, a nowym premierem został Walery Sławek. Tak Piłsudski szykował się do wejścia na wojenną ścieżkę z opozycją. Przy tej okazji rezygnował z szerokich do tej pory kontaktów z różnymi środowiskami, mocno zawężając krąg osób, z jakimi na co dzień współpracował. Pozostali w nim najbardziej zaufani. Na czele z Aleksandrem Prystorem, który wraz z żoną Janiną mieszkał w oficynie Belwederu i mógł kontaktować się z Piłsudskim o każdej porze dnia lub nocy.
Gorliwi entuzjaści
„Zarząd państwowy stał się nie narzędziem prawa. Lecz narzędziem bezprawia. Pojęcie służby państwu zastąpione zostało pojęciem służby obozowi rządzącemu” – wspominał rok 1930 endecki działacz Stanisław Stroński. Jesienią przywódcy Centrolewu trafili do twierdzy w Brześciu, a w przedterminowych wyborach parlamentarnych triumfował sanacyjny BBWR. Kolejne rozkazy Piłsudskiego „pułkownicy” wykonywali z entuzjazmem. To ich oddaniu zawdzięczał brutalne spacyfikowanie oporu opozycji oraz skuteczne sfałszowanie wyników wyborów do Sejmu. W zamian Marszałek zapewnił im pozycję najbardziej wpływowego środowiska w obozie sanacyjnym.
Po uporządkowaniu sytuacji w kraju Piłsudski fotel premiera w grudniu 1930 r. przekazał ponownie Waleremu Sławkowi. Jednocześnie w końcu uległ naciskom swego otoczenia i dla podreperowania zdrowia wyjechał kurować się na Maderę. Opuszczając na trzy miesiące kraj, miał niezachwianą pewność, że może liczyć na oddanie nowego premiera. Ten zaś wziął na siebie całą odpowiedzialność za to, jak w Brześciu potraktowano przywódców opozycji, poniżanych i wielokrotnie bitych. „Po prostu Sławkowi, fanatycznie kochającemu Piłsudskiego, wszyscy wrogowie Piłsudskiego wydawali się być moralnym szkaradzieństwem” – podsumowywał Stanisław Cat-Mackiewicz. Kiedy pułkownicy brali na siebie brudną robotę, Komendant o mały włos dorzuciłby im jeszcze wielki skandal obyczajowy. W wyjeździe na Maderę towarzyszyła mu Eugenia Lewicka. Piękną lekarkę Piłsudski poznał sześć lat wcześniej podczas wakacji w sanatorium w Druskiennikach. Ich znajomość z czasem stawała się coraz bardziej zażyła, co wzbudzało zazdrość żony Marszałka. Lewicka udała się więc na Maderę w tajemnicy przed Aleksandrą Piłsudską. Opuściła też wyspę przed końcem marca 1931 r., zanim Komendant wrócił do Polski. Mimo ścisłej tajemnicy żona i tak dowiedziała się o wszystkim. Jej najbliższa przyjaciółka Janina Prystorowa opowiadała księdzu Bronisławowi Żongołłowiczowi, że Ola jest „struta, zmartwiona, na wpółprzytomna”. Po powrocie z Madery Komendanta oraz Lewicką czekało w ojczyźnie prawdziwe piekło. Prystorowa i Piłsudska zmusiły Aleksandra Prystora, żeby je poparł, a następnie wymogły na Józefie zerwanie wszelkich kontaktów z Lewicką. Ją samą zaczęły zaś sukcesywnie zaszczuwać, aż upokorzona i załamana popełniła 27 czerwca 1931 r. samobójstwo. Miesiąc wcześniej ku zaskoczeniu sanacyjnych polityków Marszałek bez podania powodu odwołał ze stanowiska premiera Sławka, zastępując go Prystorem. Być może tym pociągnięciem pacyfikował prywatną wojnę domową, na którą nie miał już siły. Premier Prystor musiał zająć się sprawami państwa, ambicje jego żony zostały zaspokojone, a Aleksandra Piłsudska mogła powiedzieć, że jej najbliższych przyjaciół spotkała zasłużona nagroda za lojalność w chwili próby.
Na głęboką wodę
Po ciężkich przejściach osobistych w połowie 1931 r. Marszałek znów czuł się gorzej. Zniknęła jego dawna energiczność, mocno się przygarbił, miał problemy z wahaniami nastrojów. „Nie pomagały dłuższe urlopy i wyjazdy lecznicze. Piłsudski zaczął liczyć się z tym, że być może niedługo przestanie być ośrodkiem dyspozycyjnym” – pisze Andrzej Ajnenkiel. Podczas jednego ze spotkań w Belwederze, jak zanotował major Kazimierz Świtalski (od 1930 r. marszałek Sejmu), oświadczył zebranemu gronu, iż nadchodzi konieczność „by przejść do pracy bez Komendanta wśród możliwie najmniejszego wstrząsu”, czym wywołał powszechną konsternację. Dla pułkowników, którzy obsadzili już niemal wszystkie najwyższe urzędy państwowe, oznaczało to „puszczenie nas na coraz głębsze wody z markowaniem swej beztroski, czy wypłyniemy, czy utopimy się” – zauważał Świtalski. Przecież chcąc podjąć ważniejsze decyzje, zawsze wykazywali potrzebę uzyskania akceptacji wodza. Oczekiwali więc rozkazów i dyrektyw, bo dopiero wówczas mieli pewność co do słuszności swych działań. Zwłaszcza że Piłsudski miał zwyczaj nieustannego testowania podwładnych właśnie za pomocą rozkazów, obserwując, czy wykonują je starannie i z niezachwianą lojalnością. To uzależnienie powodowało, iż tak naprawdę nie mógł sobie pozwolić na pozostawienie pułkowników samym sobie, niezależnie jak źle się czuł.
Jednak grono osób, z jakimi na co dzień się spotykał, systematycznie malało. Poza Sławkiem i Prystorem zostali jeszcze Świtalski, Janusz Jędrzejewicz, Adam Koc oraz robiący szybką karierę niespełna 40-letni minister spraw wewnętrznych Bronisław Pieracki. „Pozyskanie kogoś dla idei było kiedyś nie tylko stałym Piłsudskiego zajęciem, ale i ulubionym sportem. Im ktoś był od niego dalej, tym chętniej go przyjmował, tym chętniej z nim rozmawiał. Teraz wystarczyło czasami, aby ktoś był innego zdania, by Piłsudski nie chciał go przyjmować” – wspominał ze smutkiem Cat-Mackiewicz. Pewnego razu ulubiony adiutant Marszałka płk Bolesław Wieniawa-Długoszowski usilnie go prosił, żeby przyjął na audiencji byłego premiera Aleksandra Skrzyńskiego. W końcu zdesperowany Wieniawa, licząc na dawne zamiłowanie Komendanta do dyskusji, oznajmił, że przecież hrabia Skrzyński to bardzo inteligentny człowiek i można z nim ciekawie porozmawiać. „Mój kochany, ja już jestem teraz tak zmęczony, daj mi spokój ze swoimi inteligentnymi ludźmi” – uciął sprawę Piłsudski. Ten stan rzeczy z wielkim niepokojem śledził Cat-Maczkiewicz. „Piłsudski rozstaje się z tymi swoimi współpracownikami, którzy byli najinteligentniejsi, a więc rezonują: Matuszewski, Zaleski. Piłsudskiemu wygodny jest Beck, który z biciem serca wchodzi do pokoju i boi się nawet zadać Komendantowi pytanie” – notował redaktor naczelny dziennika „Słowo”, ukazującego się w Wilnie. „Coraz więcej spraw Piłsudski odpycha od siebie. Trzyma ciągle cugle państwa w ręku, ale ręce mu sztywnieją” – dodawał. Nie było tego jeszcze tak wyraźnie widać, dopóki funkcję szefa rządu sprawował Aleksandr Prystor.
Kłopot z wszami
Premierem płk Prystor był przez prawie dwa lata, co oznaczało, że stał na czele rządu dłużej niż którykolwiek z szefów poprzednich gabinetów. Z racji swej wieloletniej zażyłości z Piłsudskim potrafił zdobyć się na sporą samodzielność. Poza tym wyrobił sobie opinię premiera rządzącego twardą ręką, budząc respekt wśród urzędników. Jednocześnie w Sejmie trwały prace nad nową konstytucją, uszytą na miarę osoby Marszałka. Ten stan równowagi nagle załamał się w maju 1933 r. Wówczas to Zgromadzenie Narodowe dokonało ponownej elekcji Mościckiego na prezydenta. Szef rządu w tym momencie zwyczajowo podał się do dymisji. Ku zaskoczeniu wszystkich Piłsudski zażądał, by nowym premierem został mjr Janusz Jędrzejewicz. Wedle zapisków Kazimierza Świtalskiego Komendant miał zarzucić Prystorowi, iż otoczył się niegodnymi zaufania ludźmi. „Te małe pieski, będący szujami, drażnią, a równocześnie w każdej chwili mogą Prystora skompromitować pod względem moralnym. Tworzą się komploty (spiski – red.) już przeciwko Prystorowi, które grożą, że do jakichś trzech miesięcy może przy jakiejś okazji przyjść do skandalu, który Prystora skompromituje, i uniemożliwi użycie go później” – zanotował Świtalski to, co oznajmił podwładnym Marszałek.
Nikt nie rozumiał, o co chodzi. Wśród „pułkowników” zaczęła krążyć plotka, że za odwołaniem sprawdzonego premiera stała Aleksandra Piłsudska. Ponoć śmiertelnie pokłóciła się z Janiną Prystorową, bo ta zbyt ostentacyjnie brylowała podczas akcji charytatywnych. Jednak wyglądało to na próbę racjonalizowania zachowań Komendanta, u którego nasilały się okresy napadów złości. Przykrą codziennością stało się, że publicznie rugał wysoko postawione w państwie osoby, używając bardzo niecenzuralnego języka. Na początku 1934 r. zbluzgał publicznie i poniżył nawet swego dotychczasowego faworyta w sprawach wojskowych gen. Edwarda Rydza-Śmigłego. Wszyscy dotykani tak upokarzającymi wystąpieniami Marszałka znosili je z pełną pokorą. Starano się też utrzymać w tajemnicy przed społeczeństwem kolejne niepokojące objawy pogarszania się stanu zdrowia Piłsudskiego. Zaczęły mu puchnąć nogi i dręczyła bezsenność, pojawiły się też pierwsze bóle w jamie brzusznej. Skracano więc ceremonie wojskowe, a Komendant podczas ich trwania po raz pierwszy siedział. Słabnięcie z miesiąca na miesiąc Piłsudskiego nie wpływało jednak na zakres władzy, jaki pułkownicy zdobyli dla siebie. „Być może dlatego, że nawet chory Marszałek, odizolowany od innych konkurencyjnych (dla pułkowników – red.) grup, był nadal najwyższym autorytetem i w spornych kwestiach gwarantował jedność wśród swych podwładnych” – twierdzi Jacek Piotrowski.
Nagle w marcu 1934 r. Piłsudski postanowił przełamać swoją izolację. Ponoć oświadczając nawet, że „wszy go oblazły”, co stanowiło czytelną aluzję, co sądzi o gronie najbliższych zauszników. Dla równowagi powołał nieformalny zespół doradczy, nazwany Zgromadzeniem Lokatorów. Nazwa ta wzięła się od mieszkania służbowego w budynku Prezydium Rady Ministrów, które zajmowali kolejni premierzy. Na spotkania Zgromadzenia Lokatorów zapraszał do Belwederu wszystkich premierów pomajowych rządów, w tym nawet odsuniętego zupełnie na boczny tor prof. Bartla. Przychodzili też prezydent Mościcki i minister spraw zagranicznych Józef Beck.
Odejście Komendanta
Kolejna przykra niespodzianka czekała pułkowników w maju 1934 r. Nagle posadę premiera stracił Janusz Jędrzejewicz, a jego miejsce zajął prof. Leon Kozłowski. Po raz pierwszy od pięciu lat na czele rządu stanął ktoś spoza grona pułkowników. Co gorsza wybór ten Komendant uzgodnił jedynie z prezydentem Mościckim. Inna sprawa, że znów z trudem tłumaczono sobie racjonalne powody wyniesienia na stanowisko premiera 42-letniego profesora archeologii, będącego wcześniej zaledwie podsekretarzem stanu w Ministerstwie Skarbu. Przyzwyczajeni do ślepego posłuszeństwa pułkownicy nie stawili oporu, choć nowy premier zupełnie nie radził sobie z przerastającą go funkcją. Nikt jednak nie ośmielił się proponować wymiany szefa rządu, nie mówiąc o zrobieniu tego wbrew woli Marszałka. Cały obóz polityczny zamarł, czekając, co się wydarzy.
Prawdziwy kryzys zaczął się w lutym 1935 r. Komendant chudł w oczach, często wymiotował, ataki bólu stawały się nie do zniesienia. Doktor Woyczyński zaobserwował powiększanie się wątroby i żądał konsylium lekarskiego, ale chory uparcie odmawiał. Wreszcie pod naciskiem żony zgodził się na sprowadzenie z Wiednia światowej sławy profesora medycyny Karela Wenckelbacha. W międzyczasie uległ też prośbom Mościckiego, by wreszcie wymienić premiera. Zdecydował wówczas, że najbezpieczniej będzie zaufać najwierniejszemu z wiernych. Szefem rządu pod koniec marca 1935 r. został znów Walery Sławek. Miesiąc później, 25 kwietnia 1935 r., konsylium lekarskie, któremu przewodniczył prof. Wenckelbach, zdiagnozowało u chorego ostatnie stadium raka wątroby. Sytuacja przedstawiała się beznadziejnie i jedyne, co można było zrobić, to zaordynować pacjentowi serię zastrzyków zmniejszających jego cierpienie. Piłsudski na kilka dni odzyskał wigor, znów pracował i przyjmował gości. Józef Beck zapamiętał, iż Komendant rozmawiał z nim jak za starych czasów, wykazując dawną bystrość umysłu. Po czym nastąpił ostatni kryzys i Marszałek zmarł wieczorem 12 maja 1935 r.
Koniec rządów pułkowników nastąpił również nadspodziewanie szybko. Ich uzależnienie od dostępu do ucha Marszałka obróciło się przeciwko nim zaraz po śmierci wodza. W oficjalnej hierarchii państwa dużo wyżej stali prezydent Ignacy Mościcki oraz generalny inspektor Sił Zbrojnych gen. Edward Rydz-Śmigły, mianowany na to stanowisko zaraz po śmierci Piłsudskiego przez prezydenta. Zniknięcie ze sceny politycznej Marszałka przyniosło błyskawiczny upadek autorytetu: Sławka i Prystora, bo świecili jedynie odbitym światłem swego wodza. Wielu młodszych pułkowników błyskawicznie zameldowało się na służbę u Mościckiego lub Rydza-Śmigłego. Ci, którzy tego nie zrobili, lądowali na marginesie życia politycznego. Odsunięty od wszelkich funkcji państwowych płk Walery Sławek popełnił w końcu samobójstwo. „Piłsudski zlecił mu, aby został prezydentem, nie umiał tego wykonać. Naokoło widział czarne chmury zbierające się nad Polską. Czuł się jak wierny pies, który nie potrafił spełnić swego obowiązku” – zanotował Cat-Mackiewicz.