Choć od utworzenia resortu infrastruktury mijają trzy miesiące, do dziś premier nie zatwierdził jego nowego statutu
Sytuacja jest zaskakująca nawet dla polityków Prawa i Sprawiedliwości. – Statut to podstawowa forma zorganizowania każdej instytucji administracji publicznej. Jego brak to zagrożenie dla procesu decyzyjnego, utrudnia też międzyresortowe uzgodnienia procedowanych aktów prawnych. Struktura wewnętrzna Ministerstwa Infrastruktury w sensie formalnoprawnym nie istnieje – komentuje jeden z ważniejszych działaczy PiS.
Ministerstwo Infrastruktury (MI) powstało wskutek styczniowej rekonstrukcji rządu po przejęciu sterów przez premiera Mateusza Morawieckiego. Jego utworzenie sankcjonuje rozporządzenie Rady Ministrów z 23 stycznia 2018 r. Uzupełnieniem procesu budowania nowego resortu powinno być wydanie przez szefa rządu zarządzenia w sprawie nadania statutu instytucji. Tego typu zarządzeń – opublikowanych już w Monitorze Polskim – doczekały się pozostałe resorty, w tym Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii (zarządzenie z 26 lutego) czy Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju (14 lutego), również powstałe wskutek roszad w rządzie.
Reklama
Resort infrastruktury jeszcze czeka. I to mimo że projekt jego statutu datowany jest na 26 stycznia. – Projekt został przekazany do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, gdzie czeka na podpis prezesa Rady Ministrów – mówi Szymon Huptyś, rzecznik MI. Pytania skierowaliśmy też do KPRM, ale tam odesłano nas do... resortu Andrzeja Adamczyka.
Projekt zarządzenia w sprawie nadania statutu Ministerstwu Infrastruktury stwierdza, że nowy resort zajmuje się dwoma działami: łącznością i transportem. W porównaniu do poprzedniej wersji (z grudnia 2015 r.) ubył dział „budownictwo, planowanie i zagospodarowanie przestrzenne oraz mieszkalnictwo”, który trafił pod resort inwestycji i rozwoju. Zmniejszyła się też np. liczba departamentów. Dodano za to biuro pełnomocnika rządu ds. Centralnego Portu Komunikacyjnego.
Resort nie odpowiedział, jak brak statutu komplikuje pracę jego urzędnikom. Zdaniem naszych źródeł w PiS obecny resort ministra Adamczyka nie może uznawać, że dalej obowiązuje poprzedni statut, odnoszący się do Ministerstwa Infrastruktury i Budownictwa (MIB) również zarządzanego przez Andrzeja Adamczyka. – Od strony prawnej MI to nowy byt, stary statut dotyczący MIB już nie odzwierciedla obecnej sytuacji, w której mieszkalnictwo i budownictwo po rekonstrukcji rządu przejął przecież resort Jerzego Kwiecińskiego wespół z premierem – twierdzi nasz rozmówca. Jego zdaniem obecna sytuacja w MI może nie tylko zaburzać procedurę uzgadniania stanowisk nie tylko wewnątrz ministerstwa, ale i opóźniać proces legislacyjny. – Załóżmy, że jest projekt ustawy, który musi obiegiem być uzgodniony w branżowych departamentach poszczególnych resortów. Jak jeden z nich nie ma statutu, to opinie muszą być zindywidualizowane, poszczególny urzędnik powinien podpisać to własnym nazwiskiem na mocy upoważnienia. Czyli taka łapanka – wyjaśnia nasz rozmówca.
– Ministerstwo powinno działać w oparciu o wewnętrzny regulamin. Jeśli go nie ma, działa w oparciu o prawo ogólne, a to nie rozwiązuje pewnych szczegółowych problemów – komentuje prof. Jolanta Itrich-Drabarek, były członek Rady Służby Cywilnej. Jej zdaniem brak statutu komplikuje proces decyzyjny, sposób wydatkowania środków przez resort czy uregulowanie jego kompetencji. – Minister ma prawo wydawać rozporządzenia. Pytanie tylko, kto i na jakiej podstawie przygotowuje dla niego dokumenty, a następnie kto wykonuje te rozporządzenia, skoro nie ma wewnętrznej regulacji. To budzi niepokój o efektywność i jakość działania ministerstwa – dodaje.
Politycy opozycji już pytają o zakres obowiązków MI. – Brak statutu oznacza, że ministerstwo w praktyce za nic nie jest odpowiedzialnie i obowiązuje tam polska szkoła „zdroworozsądkowego zarządzania” – ironizuje jeden z wiceministrów w rządzie PO-PSL.
Być może brak statutu wynika z politycznej przepychanki między frakcjami w obozie władzy. Działacze PiS sami zresztą sugerują to w rozmowach z nami.
– Rozstrzygający dla sprawy może być np. podział kompetencji wewnątrz kierownictwa w kwestii nadzorowania niektórych podległych instytucji. Przypuszczam, że pełnomocnik rządu ds. CPK, który jedną nogą jest w KPRM, a drugą w MI, będzie chciał mieć kontrolę decyzyjną i personalną nad takimi instytucjami jak Urząd Lotnictwa Cywilnego, Polskie Porty Lotnicze czy Polska Agencja Żeglugi Powietrznej – twierdzi nasze źródło w PiS. ⒸⓅ