Tom miał 38 lat, czwórkę dzieci, mieszkał w Oklahoma City i nie przepuścił żadnej okazji, by wziąć udział w antyaborcyjnym wiecu. „To szokujące, jak wiele kobiet zostaje okaleczonych, nie mówiąc już o zabitych dzieciach. I ten fakt, że dzieci czują każdy moment aborcji. Każde uderzenie bólu, tak jak my to czujemy, one to czują, sam wiesz, kiedy tniesz je, obracasz i wysysasz z macicy – opowiadał.
Magazyn DGP / Dziennik Gazeta Prawna
– Na 100 proc. wierzę, że aborcja to zabijanie niewinnego ludzkiego istnienia. Żadne prace badawcze czy cokolwiek innego nigdy nie sprawi, żebym miał zmienić zdanie: od chwili poczęcia tam jest dziecko”. Ale Tom wiedział też, że sprawa aborcji ma drugie dno. „To choćby rynek handlu dziecięcymi częściami ciała, wielomiliardowy przemysł, który używa UPS i FedEx do dostarczania ich po całym kraju. I wszyscy udają, że nie wiedzą, co się dzieje” – dowodził. A wszystko to składa się w współczesną Sodomę i Gomorę. „Jeżeli nie wierzyć w Stwórcę, to jakie ma znaczenie to, że zniszczone zostało ludzkie życie, bez względu na to, czy chodzi o płód, dziecko czy cokolwiek innego?” – dorzucał.
Reklama
Relację Toma spisał dekadę temu Ziad W. Munson, autor opublikowanej w 2009 r. książki „The Making of Pro-Life Activists. How Social Movement Mobilization Works” („Proces tworzenia aktywistów ruchu pro-life. Jak działa mobilizacja ruchu społecznego”). Ten związany m.in. z Uniwersytetem Harvarda socjolog przypomniał, że już jego poprzednicy dowiedli, iż amerykańscy przeciwnicy aborcji to najczęściej osoby gorzej wykształcone, mniej majętne, mieszkające raczej poza dużymi miastami, z reguły żyjące w małżeństwie, katolickiego wyznania. Ale Munson poszedł o krok dalej: w swojej pracy porównał tych, którzy są przeciw aborcji, lecz zachowują swoją opinię dla siebie, z tymi, którzy są aktywnymi uczestnikami ruchów pro-life. I doszedł do wniosku, że w olbrzymiej mierze ci drudzy ukształtowali swoje poglądy po przystąpieniu do organizacji. Bardzo często dopasowując swoje wcześniejsze przekonania do światopoglądu ruchu pro-life. Jak Robert: antywojenny, lewicujący aktywista: „Aborcja to kapitalistyczny spisek, zmierzający do tego, by kobiety stały się siłą roboczą. Ci sami ludzie, którzy kiedyś dali wam napalm i agent orange (defoliant stosowany przez armię USA podczas wojny w Wietnamie), dziś oferują wam aborcję w ojczyźnie”.
Innymi słowy, to nie światopogląd sprawia, że aktywiści przystępują do ruchu walczącego z aborcją, lecz ruch kształtuje światopogląd tych, którzy do niego dołączyli. „Proces charakteryzuje seria wydarzeń: kontakt z organizacją w zwrotnym punkcie życia, początkowy aktywizm, rozwój poglądów pro-life, wreszcie pełne uczestnictwo” – kwituje Munson.

Reklama
Do analiz amerykańskiego badacza należałoby dodać też coś jeszcze: najsilniejsze współczesne ruchy pro-life rodziły się niemal zawsze w burzliwych czasach, gdy społeczeństwa gwałtownie się polaryzowały – a aborcja niemal zawsze była w tych procesach zagadnieniem ubocznym.
A Rousseau porzucił piątkę dzieci
„Walka o przetrwanie życia nigdy się nie kończy. Wielu mężczyzn i wiele kobiet poświęciło wygodę i luksusy życia, by pójść za tym wezwaniem. Inni używali swojej władzy i wpływów, by zaprowadzać zmiany, które ratowały życie. Wielu zostało męczennikami. Będziecie zachwyceni, jak wiele razy triumfowano na rzecz niechcianych, tylko po to, by zobaczyć, jak znowu im się grozi za rządów kolejnego władcy. To powinno być zachętą dla wszystkich, którzy kochają dzieci, niepełnosprawnych i wszystkich najsłabszych spośród nas” – zachęcają czytelnicy i fani pastora Granta.
To jedna z czytelniczych recenzji poświęconych książce „Third Time Around. The History of Pro-Life Movement From the First Century to the Present” („Po raz trzeci. Historia ruchu pro-life od pierwszego stulecia po teraźniejszość”) napisanej u progu lat 90. przez ewangelickiego duchownego i historyka George,a Granta. Wznowiona kilka lat temu książka jest jedną z najważniejszych lektur ruchu i przede wszystkim daje mu mocne historyczno-teologiczne podstawy.
Grant swobodnie prowadzi wywód: zaczyna od opisu zarządzonej przez Heroda rzezi niewiniątek – jako rodzaju pierwszego masowego zabiegu usuwania ciąż, żeby dotrzeć do Auschwitz, Gułagu, więzień Teheranu, ulic pogrążonego w wojnie domowej Bejrutu, aż po kliniki aborcyjne Nowego Jorku. W chronologicznie prowadzonym rozumowaniu mieszają się starożytni, za czasów których miała miejsce prawdziwa hekatomba dzieci, pierwsi chrześcijanie – ortodoksyjnie przywiązani do idei chronienia życia poczętego, średniowieczny Kościół, który poświęcał się głównie własnym sprawom, aż po hipokrytów oświecenia z Jeanem-Jakiem Rousseau na czele, który „chlubił się porzuceniem piątki dzieci”.
W tej narracji chrześcijańscy misjonarze ruszają w świat, by ratować życie poczęte. Ameryka zostaje odkryta po to, by mogło powstać miejsce, w którym dokona się powrót do etyki pierwszych chrześcijan, a ochrona nienarodzonych jest fundamentem wolności zapisanej w konstytucji USA.
Ale później się żałuje
„Co roku dokonuje się w Izraelu 40 tys. aborcji” – informował nieco ponad dwa lata temu jeden z portali ruchu pro-life w artykule poświęconym najsilniejszej organizacji antyaborcyjnej w Izraelu – Efrat. Co ciekawe, aktywiści z Efrat podają inną liczbę: 28 tys. zabiegów rocznie. A i tę statystykę Elana Maryles Sztokman, autorka książki „The War on Women in Israel. A Story of Religious Radicalism and the Women Fighting for Freedom” („wojna z kobietami w Izraelu. Historia religijnego radykalizmu i kobiet walczących o wolność”), uważa za sfabrykowaną.
Zgodnie z zarysowaną lakonicznie na stronach internetowych historią ruchu Efrat powstał w latach 50. z inicjatywy Herschela Feigenbauma – ocalałego z Holokaustu uciekiniera z Europy, który w Palestynie zaczął walczyć o to, by na świat przychodziło jak najwięcej żydowskich dzieci. W fundamentach ruchu splatają się argumenty religijne, pamięć o „pół milionie dzieci” zamordowanych przez nazistów, ale i współczesne argumenty – choćby trendy demograficzne owe współczesnym Izraelu, gdzie przyrost naturalny w populacji żydowskiej jest znacznie niższy niż w populacji arabskiej.
Od 1977 r. organizacją kieruje lekarz Eli Schussheim. Pod jego kierownictwem ruch rozwinął się w potężną organizację, która inaczej kształtuje własny wizerunek. „Izraelskiej opinii publicznej Efrat próbuje się zaprezentować jako coś na kształt organizacji Planned Parenthood, chcącej asystować kobietom rozważającym aborcję – pisze Sztokman. – Zgodnie z tym, co twierdzi Ruth Tidhar, jedyna kobieta w kierownictwie ruchu, Efrat po prostu dostarcza informacji”. „Kobiety, które dokonują aborcji, odczuwają później gigantyczny żal z tego powodu. Jeśli chcesz mieć aborcję – dobrze. Ale wiedz, że 90 proc. kobiet, które jej dokonały, później tego żałuje” – tak tłumaczyła stanowisko organizacji sama Tidhar.
Rzeczywistość jest mniej jednoznaczna. Aktywiści Efrat regularnie pojawiają się przed szpitalami i klinikami, zaczepiając kobiety, które – jak się wydaje – przyszły po poradę ciążową. Ruch nie przebiera w srodkach – walczy o każdą ciążę, również o te, w których istnieje duże zagrożenie życia matki i dziecka. Sztokman przytacza relację jednej z aktywistek ruchu pro-choice, która opisała historię pary szukającej porady przed planowaną aborcją: omyłkowo małżonkowie zadzwonili na infolinię Efrat. W efekcie przez kolejne dni ich telefony dzwoniły na okrągło, a doradcy Efrat raczyli parę coraz bardziej przerażającymi opisami nieudanych zabiegów, komplikacji po aborcji oraz wizjami grzechu i potępienia.
Najgłośniejsza jednak historia wiązała się z parą nastolatków, którzy zaliczyli wpadkę w 2012 r. Rodzice chłopaka nalegali na usunięcie ciąży – i ich dzieci ostatecznie wylądowały w klinice. Tam niemal nieustannie towarzyszyli im aktywiści Efrat. W efekcie po kilku dniach młodzi ludzie byli tak zdesperowani, że postanowili się zastrzelić: pewnego dnia chłopak zabrał dziewczynę i pojechali do jednego z zagajników pod Jerozolimą. Wcześniej jednak powiadomili o planach jedną ze stacji telewizyjnych, policja więc namierzyła ich telefony i wiedziała, gdzie są. Interwencja skończyła się strzelaniną, w której zginął 18-letni niedoszły samobójca.
Sztokman twierdzi, że w rozmowach z nią aktywiści Efrat odcinają się zarówno od przypisywanych im działań, jak i związków z silnym amerykańskim środowiskiem antyaborcyjnym. Być może takie zaplecze nie jest im potrzebne – organizacja ma możnych sponsorów, według Sztokman, co roku dysponuje budżetem 4 mln dol. (dla porównania – najprężniejsze izraelskie organizacje pro-choice dysponują budżetami 100–150 tys. dol. rocznie). Ma też zaplecze wśród ruchów i partii religijnych, co daje jej glejt bezpieczeństwa – partie religijne i ortodoksyjni rabini są fundamentem koalicji, dzięki której rządzi Likud Benjamina Netanjahu.
Po gwałcie pozostaje coś pozytywnego
„Marsz ku regulacji rozrodczości stał się wielką rewolucją drugiej połowy XX w. Nierozerwalnie związany z umożliwieniem kobietom zdobycia autonomii względem mężczyzn i rodziny, znacząco wpłynął na życie kobiet, dla ich własnego, ale i społecznego dobra – piszą autorzy „Czarnej księgi kobiet” (zbiór artykułów, raportów i świadectw ponad czterdziestu autorek i autorów na temat statusu kobiet na świecie wydany w 2006 r.). Pierwotnie chodziło o prawo do antykoncepcji. „Bardzo szybko stało się ono podstawą wolności seksualnej oraz prawa kobiet do dysponowania swoim ciałem” – dodają.
Nieplanowanym dziecięciem tej walki były europejskie ruchy pro-life. „W latach 70. większość krajów europejskich przyjęła ustawy legalizujące przerywanie ciąży: Wielka Brytania w 1967 r., Finlandia w 1970 r., Dania w 1973 r., Austria, Cypr, Francja oraz Szwecja w 1974 r., Grecja, Włochy i Luksemburg w 1978 r., Holandia w 1981 r., Portugalia i Hiszpania w 1984 r. i 1985 r., Czechosłowacja w 1986 r., Belgia w 1990 r.” – wymieniają autorzy „Księgi...”. Charakterystyczne jest też to, że często do liberalizacji przepisów dochodziło po upadku prawicowych reżimów: w Grecji po fiasku rządów junty pułkowników, w Hiszpanii po śmierci gen. Franco, a w RPA po upadku apartheidu.
Gdyby porównać daty przyjęcia tych ustaw z najsilniejszymi inicjatywami pro-life w Europie, zbieżność byłaby uderzająca: rok 1967 to również data powstania Society for the Protection of Unborn Children (SPUC). Ruch działa piątą dekadę i potrafi trafić na pierwsze strony gazet – jak kilka lat temu za sprawą prowadzonej w szkołach kampanii antyaborcyjnej. „Dla niektórych zgwałconych osób, które miały potem dziecko, nawet jeśli go nie zachowały, z doświadczenia gwałtu pozostaje jednak coś pozytywnego” – zapewniali wówczas nastolatków aktywiści ruchu. Zgodnie z ich narracją aborcja po gwałcie to „druga trauma”, a zabiegi powodowały u kobiet zwiększenie ryzyka raka piersi i niepłodność oraz mogły doprowadzić do śmierci matki.
Znaczenie ma też symbolika, np. w przypadku Marszu dla Życia organizowanego co roku w Paryżu w rocznicę uchwalenia tzw. ustawy Veil w 1975 r. („dosłownie wydartej władzy politycznej w wyniku imponującej mobilizacji kobiet, do których dołączyły związki zawodowe oraz lewica, jak również ruchy laickie” – jak można przeczytać w „Czarnej księdze kobiet”). To największe w Europie zgromadzenie ruchów pro-life wystartowało ze skromną kilkutysięczną manifestacją w 2005 r. Co roku uczestników przybywało i w 2010 r. ich liczba wzrosła niemal dwukrotnie w porównaniu z poprzednim rokiem (z 15 tys. do 25 tys. osób). W 2017 r. w marszu uczestniczyło już 50 tys. ludzi. Poszczególne organizacje pro-life mogą być niewidzialne, ale w grupie tworzą już siłę, której nie sposób przegapić.
Jesteśmy krajem pro-life
Chociaż to niewiele w porównaniu do siły amerykańskiego ruchu antyaborcyjnego. „W czterdziestą rocznicę wyroku w sprawie Roe vs. Wade (wyrok amerykańskiego Sądu Najwyższego w sprawie o zmuszenie do urodzenia dziecka kobiety występującej pod pseudonimem Jane Roe, de facto obalający antyaborcyjne prawa stanu Teksas oraz innych stanów USA) być może nawet pół miliona ludzi stawiło czoła mroźnej pogodzie w Waszyngtonie” – pisze Daniel K. Williams, historyk z uniwersytetu Georgetown w wydanej dwa lata temu książce „Defenders of the Unborn. The Pro-Life Movement before Roe vs. Wade” (Obrońcy nienarodzonych. Ruch pro-life przed sprawą Roe vs. Wade). „39 lat wcześniej, na pierwszym Marszu dla Życia, zjawiło się nieco ponad 5 tys. osób. (...) Kwestia aborcji polaryzuje dziś nawet bardziej niż na początku lat 70.” – dorzucał.
Zebrane przez Williamsa historie w sporej mierze kontrastują z badaniami, które przeprowadził Munson. W jego pracy ruch pro-life ma równie wiele korzeni w społecznościach protestanckich, jak i w katolickich, jego liderzy to często absolwenci renomowanych amerykańskich uczelni, a przede wszystkim mobilizowali się już znacznie wcześniej niż tocząca się w 1973 r. batalia Roe vs. Wade. „Nikt nie wspomina dziś ruchu Afrykańskich Amerykanów w Detroit, luterańskich farmerów hodujących pszenicę w Północnej Dakocie, czy katolików ze Środkowego Zachodu, którzy mobilizowali się do działania na początku lat 70.” – wylicza historyk.
W uproszczeniu można by rzec, że do lat 60. amerykański ruch pro-life ograniczała się do lokalnych społeczności, w których aborcja była niedopuszczalna. Potem jednak, w rozmaitym zakresie, kilkanaście kolejnych stanów zaczęło liberalizować przepisy aborcyjne, co zaalarmowało te społeczności. Rozproszenie i brak doświadczenia w prowadzeniu kampanii przesądziły jednak o klęsce pierwszych aktywistów. „Potem jednak przegrupowali się, zmienili strategię i wymyślili, jak wygrywać batalie prawne – twierdzi Williams. – W 1971 r. 25 kolejnych stanów rozważało legalizację aborcji. Nie udało się to w żadnym z nich”. Sprawa Roe vs. Wade była spektakularną porażką i odwróceniem trendu, zarazem jednak zaczęła napędzać ruch, który stopniowo nabierał ogólnokrajowego charakteru.
I zaczął się wynaturzać. Ledwie dekadę trzeba było czekać na pierwsze akty przemocy. Od 1981 r. w USA działają miriady niewielkich ugrupowań pro-life, takich jak Armia Boga czy Owieczki Chrystusa, która na cel wzięła lekarzy i kliniki aborcyjne, zwłaszcza w okolicach Nowego Jorku, uchodzącego za aborcyjną stolicę Stanów Zjednoczonych.
„Kampania przeciw Barnettowi Slepianowi (jeden z najbardziej znanych lekarzy wykonujących zabiegi aborcyjne – red.) sięgnęła przedziwnych rozmiarów. Pewnego świtu białe auto z wygaszonymi światłami wjechało w uliczkę, przy której mieściła się klinika Slepiana. Ktoś z niego wysiadł, ukradł śmieci i pospiesznie odjechał – opisuje dziennikarz Jon Wells. – Sprawcy szukali rachunków telefonicznych, numerów telefonów kobiet, które zdecydowały się na aborcję. Złodziej śmieci okazał się być aktywistą już czterokrotnie wcześniej aresztowanym za swoje działania”.
Ale to był dopiero wstęp. W 1998 r. inny aktywista, James Charles Kopp, zastrzelił Slepiana z karabinu snajperskiego. Wells, który opisał historię w książce „Sniper. The True Story of Anti-Abortion Killer James Kopp” („Snajper. Prawdziwa historia antyaborcyjnego zabójcy Jamesa Koppa”), wiele pytań pozostawia bez odpowiedzi – ale nie sposób nie być zaskoczonym, że Kopp przez trzy lata wymykał się pościgowi: m.in. uciekając na fałszywych dokumentach przez Meksyk, Irlandię po Francję, gdzie wpadł wreszcie w 2001 r. Jedna z hipotez w tej sprawie zakłada, że przez cały ten czas cieszył się finansowym wsparciem radykałów ruchu pro-life – i to nie tylko amerykańskich, ale też m.in. irlandzkich. A warto też pamiętać, że nazwisko doktora Barnetta Slepiana to tylko jedno z listy 11 śmiertelnych ofiar antyaborcyjnej partyzantki.
Dziś amerykańskie środowiska pro-life odcięły się od terroryzmu spod znaku obrony życia. To pozwala im nie tylko mobilizować masowe poparcie, ale też skutecznie szukać wsparcia politycznego. I są do tego stopnia skuteczne, że na niedawnym zamkniętym spotkaniu w ONZ (przygotowującym doroczną konferencję Narodów Zjednoczonych na temat kobiet) przedstawiciel administracji Donalda Trumpa oświadczył partnerom z innych krajów, że „Stany są krajem pro-life”. Był to argument mający uzasadnić żądane zmiany w 70-stronicowym dokumencie podsumowującym konferencję, w którym zbyt wiele kojarzyło się Amerykaninowi z retoryką pro-choice.
Feminazistki w sieci
Ruch pro-life w żadnym wypadku nie składa broni. Co więcej, w dobie internetu może działać właściwie globalnie i mobilizować się nie tylko na własnym terenie, ale też w innych państwach. Tak być może jest dziś w Irlandii.
Na Zielonej Wyspie w maju odbędzie się referendum dotyczące liberalizacji przepisów aborcyjnych. Nic nowego, to już szóste takie głosowanie od 1983 r. Ale pierwsze, podczas którego ujawniają się wpływy ruchów pro-life z całego świata, w szczególności z Ameryki. Jak odnotowuje magazyn „Wired”, internetowe boty organizacji antyaborcyjnych już od wielu dni zasypują Irlandczyków światopoglądowymi przewodnikami, memami oraz fake newsami o wydźwięku antyaborcyjnym.
Nie inaczej było w Polsce w dniach poprzedzających czarny protest. Jak zanotował portal OKO.press, na witrynach i profilach ruchu pro-life pojawiły się epitety typu „feminazistki”, „morderczynie”, informacje o zamordowaniu 1100 dzieci w Polsce w 2016 r., Rafał Ziemkiewicz zestawiał uczestniczki manifestacji z żołnierzami SS, a Tomasz Terlikowski ucinał krótkim „szatan szaleje”. Również w Polsce rządząca partia jest nie tyle wyrazicielem poglądów ruchu pro-life, ile bardziej jego zakładnikiem – bowiem przełożenie posiedzeń komisji mających obradować nad zaostrzeniem ustawy antyaborcyjnej na nieokreśloną przyszłość zostało skwitowane przez Kaję Godek, najpopularniejszą dziś aktywistkę pro-life, kąśliwym komentarzem. „Gratuluję znalezienia kolejnego wybiegu, aby nie podejmować prac nad #ZatrzymajAborcję i aby dzieci z Downem dalej były zabijane – pisała na Twitterze. – To lekceważenie obywateli i ich aktywności na rzecz życia, biskupów i wiernych Kościoła katolickiego, niepełnosprawnych dzieci, ich rodzin i przyjaciół” .
Stopniowo aktywiści pro-choice zaczynają się jednak skłaniać ku temu, by przyjąć styl adwersarzy. „Może powinnyśmy zacząć liczyć kobiety, które umarły, bo nie miały dostępu do aborcji, kompletować ich zdjęcia, zdjęcia ich zapłakanych rodzin i osieroconych dzieci. Może powinniśmy głośno odczytywać ich nazwiska na każdym spotkaniu ruchu pro-choice” – piszą na łamach brytyjskiego „Guardiana” Barbara Ehrenreich i Alissa Quart, kierujące amerykańską Economic Hardship Reporting Project. „Na pewno nadszedł czas, by postawić zarzut, że ruch pro-life jest w gruncie rzeczy ruchem na rzecz śmierci”– pointują.
I tak też można, choć w starciu dwóch ekstremizmów jakiekolwiek fakty – a więc realna możliwość pomocy kobietom i dzieciom – przestaną być komukolwiek potrzebne.