Przewaga lewicowego populisty Lópeza Obradora w sondażach przed lipcowymi wyborami jest coraz większa. Jeśli od czasu objęcia władzy przez Donalda Trumpa relacje między Stanami Zjednoczonymi i Meksykiem są trudne, to za kilka miesięcy prawdopodobnie staną się one fatalne.
Wszystko wskazuje, że nowym prezydentem Meksyku zostanie lewicowy populista Andrés Manuel LÓpez Obrador, z którym Waszyngtonowi będzie znacznie trudniej się porozumieć niż z ustępującym Enrique Pena Nieto.
– LÓpez Obrador, choć teoretycznie wywodzi się z kręgów ideowo przeciwnych prezydentowi Trumpowi, ma bardzo do niego zbliżony światopogląd antyestablishmentowy. Jeszcze jako burmistrz Mexico City i kandydat na prezydenta w przegranych kampaniach w 2006 i 2012 r. mocno krytykował elity polityczno-finansowe, które zawłaszczyły państwo – mówi DGP Mateusz Mazzini, ekspert od Ameryki Łacińskiej z Polskiej Akademii Nauk.
Reklama
Kampania przed zaplanowanymi na 1 lipca wyborami oficjalnie rusza w najbliższy piątek, ale wątpliwe jest, by odwróciła ona sondażowe trendy. Od prawie roku LÓpez Obrador wygrywa we wszystkich badaniach, a jego przewaga nad konkurentami rośnie. Dla przykładu – w przeprowadzonym w drugim tygodniu marca sondażu dla dziennika „El Financiero” LÓpez Obrador uzyskał 42 proc. poparcia, kandydat rządzącej Partii Instytucjonalno-Rewolucyjnej (PRI) José Antonio Meade – 24 proc., zaś Ricardo Anaya Cortés z centroprawicowej Partii Akcji Narodowej (PAN) – 23 proc. A ponieważ wybory w Meksyku rozstrzygane są w jednej turze i do zwycięstwa wystarcza większość względna, faworyta łatwo wskazać.
LÓpez Obrador o urząd prezydenta ubiega się po raz trzeci. W 2006 r., gdy przegrał z Felipe CalderÓnem o 0,58 pkt proc., odmówił uznania porażki i przez wiele miesięcy paraliżował protestami stolicę, a nawet sam siebie zaprzysiągł na „prezydenta ludu”. Gdy sześć lat później pokonany został wyraźniej, zarzucał PRI fałszerstwa wyborcze i kupowanie głosów. To, że teraz prowadzi w sondażach, wynika po części ze słabości jego przeciwników, a po części z tego, że rządzący nie potrafią poradzić sobie z głównymi problemami kraju – przestępczością, zwłaszcza tą związaną z kartelami narkotykowymi, korupcją i nierównościami społecznymi – więc teraz wyborcy gotowi są dać szanse komuś spoza establishmentu.
Przeciwnicy LÓpeza Obradora przestrzegają, że jeśli obejmie on władzę, może poprowadzić Meksyk śladem lewicowych populistów z Ameryki Południowej, których rządy przyniosły więcej szkód niż korzyści. – Takie zagrożenie oczywiście istnieje, ale jest ono wyolbrzymione, a porównania z tzw. różową falą lewicowego populizmu – niezbyt zasadne. Gdy na kontynencie jednocześnie rządzili Lula, Kirchner, Morales i Chávez, łatwiej było im współtworzyć wspólny front, również ekonomiczny. Dzisiaj lewica jest w Ameryce Łacińskiej w ogromnym odwrocie. Osamotniony LÓpez Obrador nie byłby w stanie zamienić Meksyku w bastion lewicowego populizmu. Także dlatego, że gospodarka Meksyku, mocno zależna od wolnego handlu i współpracy ekonomicznej również z Europą, zostałaby dość mocno wyizolowana, na co Meksyku zwyczajnie nie stać – mówi Mateusz Mazzini.
Po części popularność LÓpeza Obradora mimowolnie napędza też Donald Trump. Prezydent USA zarzucał Meksykanom, że przynoszą przestępczość, i zapowiada budowę muru, a dodatkowo wymusza na Meksyku i Kanadzie renegocjacje umowy o wolnym handlu NAFTA. Ponieważ wolny handel jest dla Meksyku korzystny, Pena Nieto idzie na ustępstwa, by ratować umowę, narażając się zarazem na zarzuty LÓpeza Obradora, że wyprzedaje kraj. A taka antytrumpowska retoryka nie wróży dobrze na przyszłość, gdyby miał on zostać prezydentem.