Według danych GUS w ubiegłym roku w Polsce urodziło się 403 tys. dzieci, więcej niż w 2015 i 2016 r. Rządowe media ogłosiły wielki sukces programu 500+. Koronnym argumentem jest porównanie poziomu urodzeń z prognozą GUS z 2014 r. Wówczas Urząd prognozował, że w 2017 r. urodzenia osiągną poziom 346 tys. W świetle tej prognozy wzrost urodzeń w porównaniu z nią wynosi 57 tys.
Reklama
To na pierwszy rzut oka wyraźny wzrost, pozwalający mówić o sukcesie rządowego programu. Jego krytycy zwracają jednak uwagę, że wzrost urodzeń może być również spowodowany spadkiem bezrobocia i rosnącymi wynagrodzeniami, a na potwierdzenie swego stanowiska przytaczają dane z lat 2008–2010, gdy mieliśmy do czynienia z podobną sytuacją. Pozornym potwierdzeniem są także dane za 2015 r., gdy urodziło się o ponad 16 tys. więcej dzieci, niż przewidywała prognoza.
Nie ulega wątpliwości, że spadek bezrobocia i wzrost wynagrodzeń mogą być jednym z czynników wzrostu urodzeń. Ale przykład lat 2008–2010, gdy rodziło się ponad 400 tys. dzieci rocznie, to bardziej efekt wprowadzenia dużej ulgi podatkowej na dzieci, która była pierwszym odczuwalnym instrumentem wsparcia rodzin. Ulga ta była pięciokrotnie niższa niż program 500+ i obejmowała tylko płatników podatku dochodowego. Co więcej, w przypadku rodzin wielodzietnych o niskich dochodach często nie mogła być w pełni wykorzystana ze względu na poziom podatku płaconego przez rodziców.
A zatem nawet nie wszyscy płatnicy podatku dochodowego mogli otrzymać wsparcie w wysokości 1200 zł rocznie na dziecko. Tym niemniej ten instrument przyniósł ewidentny wzrost urodzeń, co wyraźnie pokazało, że główna bariera dzietności w Polsce jest ekonomiczna. Zresztą potwierdzały to badania postaw rodzicielskich, z których wynikało, że polskie rodziny chcą mieć więcej dzieci, niż mają, a nie decydują się na nie ze względu na pieniądze. Inne badania wskazywały na wysoki poziom korelacji między wielkością rodziny a wzrostem biedy.
Te badania, jak też rezultaty wprowadzenia dużej ulgi podatkowej, pokazywały dobitnie, że przezwyciężenie katastrofy demograficznej jest możliwe poprzez likwidację bariery ekonomicznej. To stwierdzenie było oczywiste już w latach 90., lecz wykraczało to poza wyobraźnię ówczesnych polityków. W okresie rządów koalicji AWS–UW wicepremier Leszek Balcerowicz skutecznie blokował wszelkie działania prorodzinne i tylko dzięki determinacji ówczesnego ZChN udało się uchwalić projekt ustawy o wydłużeniu urlopów macierzyńskich. Niestety ten i nieliczne inne instrumenty polityki prorodzinnej zostały zlikwidowane przez rząd Leszka Millera.
Ponieważ od początku lat 90. pokolenie dzieci nie odtwarzało pokolenia rodziców, a na początku obecnego stulecia spadek urodzeń sięgnął poziomu katastrofy demograficznej. Dlatego środowisko byłych posłów ZChN podjęło działania na rzecz wprowadzenia polityki prorodzinnej do programu wyborczego PiS w 2005 r. Koncepcja 500+, przygotowana wówczas przez Cezarego Mecha, została dzięki temu środowisku wpisana do programu wyborczego PiS i ogłoszona 22 sierpnia 2005 r.
Niestety, po wyborach Jarosław Kaczyński wyrzucił ten program do kosza, a politykę gospodarczą powierzył Zycie Gilowskiej, znanej zwolenniczce polityki Balcerowicza. To oznaczało koniec polityki prorodzinnej. PiS wówczas zgodził się tylko na dwutygodniowe wydłużenie urlopów macierzyńskich, co było pozorowaniem tej polityki. Ten sam rząd wystąpił przeciwko przygotowanej przez Prawicę Rzeczypospolitej propozycji podniesienia ulgi na dzieci do wysokości 1200 zł rocznie. Projekt został przegłosowany przez Sejm przy sprzeciwie rządzącego wówczas PiS. I tylko zbliżające się wybory spowodowały, że partia rządząca wycofała się z zamysłu odwrócenia sytuacji w Senacie.
Na początku obecnego stulecia pokolenie wyżu demograficznego z przełomu lat 70. i 80. było w wieku reprodukcyjnym. I właśnie wychodzi z tego wieku. Wprowadzenie polityki prorodzinnej w okresie pierwszych rządów PiS mogło przynieść znacznie większy wzrost urodzeń niż ten spowodowany wprowadzeniem dużej ulgi podatkowej. Gdyby wówczas wprowadzono 500+, prawdopodobnie mielibyśmy dziś 1 mln dzieci więcej, co w sposób zasadniczy poprawiłoby naszą sytuację demograficzną. Co więcej, wprowadzenie wówczas tej koncepcji powtrzymałoby w znacznym stopniu emigrację zarobkową i przyczyniłoby się do wzrostu gospodarczego. Jako państwo bylibyśmy dziś bogatsi. Niestety, nieodpowiedzialna decyzja Jarosława Kaczyńskiego przekreśliła tę szansę.
Dziś trudno ukryć, że od lat jesteśmy w sytuacji katastrofy demograficznej o trudnych do przecenienia konsekwencjach ekonomicznych, społecznych i obronnych. Dziś już żaden polityk nie może chować głowy w piasek. Kwestia demograficzna jest największym zagrożeniem przyszłości narodu. Dlatego jest zrozumiałe, że Jarosław Kaczyński wrócił do koncepcji 500+. Ma być ona odpowiedzią na to wyzwanie. I jest odpowiedzią słuszną. Problem w tym, że przy jej konstruowaniu nadzieje wyborcze – jak zauważył Paweł Kukiz – okazały się ważniejsze od kwestii demograficznych.
Aby przezwyciężyć tę katastrofę, trzeba nie tylko zlikwidować barierę ekonomiczną przy podejmowaniu decyzji o wielkości rodziny, ale i stworzyć ekonomiczne warunki do powstawania rodzin wielodzietnych, przynajmniej z trójką dzieci. W założeniu ten program miał właśnie ten cel realizować, dlatego przewiduje wsparcie od drugiego dziecka, a w przypadku pierwszego tylko w sytuacjach wymagających wsparcia socjalnego. W rzeczywistości ten program wygląda inaczej. W okresie od kwietnia 2016 r. do czerwca 2017 r. na wsparcie pierwszych dzieci przeznaczono 39,3 proc. wszystkich środków. Natomiast na rodziny z trójką dzieci przeznaczono 28,6 proc. środków.
Z tych danych wynika, że na pierwsze i drugie dziecko jest przeznaczanych w sumie 87,7 proc. ogółu środków, a na trzecie i następne dzieci – tylko 13,3 proc. Oznacza to, że 500+ ma charakter przede wszystkim socjalny, a nie demograficzny. Ten stan potwierdza tezę Pawła Kukiza o istotnym wyborczym charakterze wsparcia. Rodzin z jednym dzieckiem jest znacznie więcej niż wielodzietnych, dlatego ta kategoria została objęta pomocą, mimo że ten rodzaj pomocy nie poprawia sytuacji demograficznej.
Aby nastąpił wyraźniejszy wzrost demograficzny, wsparcie powinno mieć charakter progresywny. Tak wygląda reforma polityki prorodzinnej w Rosji wprowadzona w 2007 r. W efekcie współczynnik zastępowalności pokoleń z poziomu podobnego jak w Polsce wzrósł do poziomu 1,8. To jeszcze nie jest osiągnięcie odtwarzania pokolenia rodziców w pokoleniu dzieci, ale nastąpił wyraźny wzrost. Podobnie jest w Izraelu, gdzie progresywne wsparcie doprowadziło do wzrostu tego współczynnika do poziomu 3,2.
W Polsce współczynnik w 2017 r. osiągnął prawdopodobnie 1,4. To oznacza, że nawet w Europie jesteśmy na szarym końcu i do prostego odtwarzania, czyli osiągnięcia współczynnika 2,1, dużo brakuje. Ta sytuacja to nie powód do ogłaszania sukcesu, jak robią to prorządowe media, ale sygnał, że trzeba dokonać wyraźnej korekty polityki prorodzinnej. Przede wszystkim musi być ona nakierowana na tworzenie rodzin wielodzietnych. Gdyby podniesiono wsparcie dla trzeciego i następnego dziecka do 1000 zł, to przy obecnym poziomie urodzeń byłby to wzrost nakładów na ten program o 12,2 proc., czyli o sumę 2,9 mld zł, w porównaniu z wydatkami na jedyne dziecko w rodzinie stosunkowo niewiele.
Oprócz wyraźnego, progresywnego wzrostu wsparcia dla rodzin wielodzietnych powinny być wdrożone inne elementy polityki prorodzinnej. Przede wszystkim powinien być wydłużony urlop macierzyński do trzech lat przy urodzeniu trzeciego i następnego dziecka. A wielodzietnym matkom od czwartego dziecka powinno być przyznawana najniższa, a od piątego dziecka – średnia emerytura. Nie jest bowiem sprawiedliwe, by dorosłe dzieci pracowały tylko na emerytury kobiet bezdzietnych lub małodzietnych. Matkom rodzin wielodzietnych emerytury się po prostu należą.
Wzrost urodzeń spowodowany wprowadzeniem 500+ jest zjawiskiem pozytywnym, ale niewystarczającym. Demografowie wciąż prognozują nie tylko spadek ludności Polski, ale i pogorszenie się jej struktury wiekowej. W 2060 r. będzie nas o 7 mln mniej. Liczba dzieci w wieku do 10 lat spadnie w porównaniu z 1960 r. z 7 mln do 2 mln, a osób w wieku ponad 80 lat wzrośnie z 200 tys. do 4 mln. Polska nie tylko będzie wymierać, ale też pogrąży się w głębokim kryzysie ekonomicznym. Nie będzie nas stać na utrzymanie rosnącej liczby emerytów. Przy takim poziomie urodzeń katastrofa demograficzna nie została bowiem przełamana. Sytuacja wzywa do natychmiastowych działań poprawiających skuteczność polityki prorodzinnej.