Czego ludzie o mnie nie wiedzą? Może tego, że jestem mięsożerna. Że lubię mięsa krwiste lub w ogóle surowe, tatar. Dlaczego pan się śmieje? Mówi pan, że gdyby Ryszard Petru to wiedział wcześniej... Ale miało nie być o polityce
Może tego, że jestem mięsożerna. Lubię mięsa krwiste lub w ogóle surowe, tatar...
Miało nie być o polityce.
Nie tylko siekane, na przykład steki też. Uwielbiam krwiste, ale mój mąż, niestety, średnio wysmażone. Dobrze wysmażone w ogóle nie mają sensu, szkoda mięsa.
Najczęściej jem w hotelu sejmowym, naprawdę dobry.
Oczywiście. Nawet steki, choć wolę w restauracji. W domu na przykład robię kaczkę.
Córka przynosi z supermarketu.
Nie mam czasu na takie ceregiele. Biorę pierś kaczą, nacinam ją nożem, potem smaruję solą i biorę pieprz. No wie pan, nie ten, tylko taki ten.
(śmiech) Nie sypany z torebki, tylko grubo tłuczony w moździerzu, może to być pieprz czerwony. Dokładnie wcieram sól i pieprz w kaczkę, potem wkładam do lodówki, tam się marynuje.
Co pan z tym winem?! Pan do wszystkiego używa wina?
Ja wolę wino wypić.
To ja lepiej wrócę do tej kaczki. Najpierw smażę od tej strony ze skórą, żeby się wytopił tłuszcz, a jak się przyrumieni, to na drugą stronę. To tylko przez chwilę. Potem wkładam ją do rozgrzanego na 180 stopni piekarnika. Powinno być na 10 minut, ale mąż – jak już mówiłam – nie lubi krwistego mięsa, więc na 20 minut. Po wyjęciu kaczkę przykrywam folią, żeby nie straciła temperatury, a z wytopionego tłuszczu robię sos.
Może być chutney, bo robiłam kiedyś chutneye z owoców, choćby z pomarańczy, porzeczek. I tu dodaję wina, ale rozrabiam je z odrobiną mąki ziemniaczanej. Widzę pańską minę, ja przepraszam...
Spróbowałby pan, to by pana nie bolało. Wie pan, ja lubię, jak sos jest gęstszy i mocno owocowy. Taką kaczkę kroimy na porcje i polewamy sosem, pyszne.
Bardzo rzadko, jeśli już, to samą pierś, którą piekę w niskiej temperaturze 140–160 stopni. Tu akurat użyłabym wina, porto byłoby dobre...
A ja bym dodała do tego porto jeszcze soku z pomarańczy.
Bardzo proszę.
Mąż nie lubi kiszonej kapusty.
Pan był żeglarzem?
Może być, ale z tego, co wiem, to pan kaczkę też piecze długo, a ja krótko.
Partię mam świetną.
Zjadam, ale nie jestem łasuchem. Dla mnie ulubiony dżem to tatar, a słodycze to śledzie. Nie jestem też na diecie, choć powinnam.
Co jakiś czas dopada mnie myśl, że muszę coś zrobić, żeby mieć inną sylwetkę, ale ostatecznie i tak tego nie robię, bo nie mam czasu.
Właśnie. Ja dziś śniadanie jadłam o godz. 12, teraz jest godz. 18 i jem obiad...
Dziś już nie, ale odbiję to sobie kiedy indziej...
Próbowałam zamawiać w jednej z firm pudełka, ale kończyło się na tym, że zostawałam na koniec dnia z pięcioma nietkniętymi pudełkami.
Przez trzy dni potrafiłam z piętnastu pudełek zjeść siedem, kompletnie nieopłacalne.
Ja nie, ale i tak były niedobre. Próbowałam za to od Kamili Gasiuk-Pihowicz, miała lepsze.
Więc dieta pudełkowa okazała się nie dla mnie, ale jeszcze nie wiem, jaka jest dla mnie. Zresztą przy naszym trybie życia w ogóle nie powinniśmy nic jeść.
D
Właśnie, my też jesteśmy ludźmi!
Od pierwszej klasy liceum jeździłam na harcerskie obozy żeglarskie na Pojezierze Iławsko-Ostródzkie. Nawet z mężem się tam poznaliśmy i choć to on jest ode mnie siedem lat starszy, to ja uczyłam go pływać na łódce.
Ja jestem instruktorem żeglarstwa i mam uprawnienia sternika morskiego, czyli wyższe niż mąż, ale on jest bardziej zaangażowany.
No co pan, poznałam go, jak miałam 18 lat, a pierwszego chłopaka, Michała, poznałam nad morzem, miałam 14 lat i to była wakacyjna miłość...
No oczywiście, przepraszam bardzo, ja też kiedyś byłam podlotkiem.
Ale miałam mówić o żeglarstwie.
Skąd, jacht można wypożyczyć, a poza tym mnie w tym roku udało się wyrwać raptem na łódkę na trzy dni, na długi weekend, na jezioro Narie.
Ale za to autoryzowałam tam na łódce wywiad. Umiejętności żeglarskie czasem się przydają. Pojechaliśmy kiedyś w sierpniu do Chorwacji. Tam jest pięknie – wysepki, ciepłe morze, dobre odległości, wszystko jak należy. No i pogoda – niebezpieczny wiatr bora zdarza się najczęściej zimą, między listopadem a marcem. A nas ta bora złapała jak raz właśnie w sierpniu, a musieliśmy odprowadzić łódź do portu...
Mijaliśmy przewrócony katamaran z połamanym masztem. U mnie na pokładzie był mąż, znajomy i ja, zaś pod pokładem siedziała znajoma z dwójką swoich dzieci i moją córką. Wszyscy na dole zieloni, ledwo żyją, tylko moje dziecko, które nie ma choroby morskiej, narzeka: „Głodna jestem”. Z tego całego żeglowania wyniosłam jeszcze jedną umiejętność. Ponieważ harcerze całą zimę musieli remontować swoje łódki, więc sprawnie posługuję się wiertarką i tak dalej. Ja jestem kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boję.
Jeśli trzeba naprawić kontakt, to kto z nas pierwszy to zobaczy, ten naprawia.
Za to nie umiem szyć.
Chcieliśmy do Grecji na Cyklady, ale nie starcza nam czasu, jesteśmy zajętymi ludźmi. Mówiłam panu, to tak jak teraz – zamiast na wakacje, zostałam na protestach.
Dlaczego? Jeśli się w coś wierzy...
Akurat ja w mojego męża też wierzę. Poprosiłam go, by przyjechał do Warszawy jako moje pocieszenie, jeśli przegram rywalizację z Petru. Chciałam się mieć na kim wesprzeć, ale do tego nie był mi potrzebny, za to razem świętowaliśmy.
Wracaliśmy samochodem, więc nie.
Lubię dobre wina, ale dobieram je głównie do jedzenia.
Ubieram się w sieciówkach, w centrach handlowych. Lubię kolory, stąd kolorowe żakiety.
Na początku ktoś mi podpowiedział, co zmienić, ale teraz raczej sama się tym zajmuję. Sporo zmieniłam w swoim sposobie ubierania, choć pewnie nie do wszystkich to dotarło. A krótkie włosy mam, bo tak wygodnie.
Należałam do tych dziewczynek, które na podwórku raczej grały z chłopakami w piłkę i w kapsle.
Najpierw się robiło na piasku trasę ręką...
Zależy jaka szeroka. Potem trzeba było dociążyć kapsel, bo lekki odlatywał.
Albo dodać flagę.
Wtedy znałam, teraz nie pamiętam. Mam fatalną pamięć do nazwisk.
Tylko tych dwóch pamiętam.
Taki sobie, ale pamiętam, jak oglądałam namiętnie igrzyska olimpijskie.
Bo się poruszam na szlaku hotel sejmowy – Sejm i jestem wożona do mediów. I to tyle, więc nie miałam kiedy poznać miasta.
A ja raz czy dwa razy będąc w Warszawie odwiedziłam kino, byłam w teatrze. A poza tym ja naprawdę siedzę w pokoju lub gabinecie w Sejmie i czytam dokumenty.
Można, ja jestem od pokoleń związana z Łodzią, moja córka zapewnia, że też zostanie w Łodzi. A propos córki, jest dorosła, studiuje medycynę i już naszej opieki nie potrzebuje. Co więcej, to ona raczej opiekuje się domem i nami, bo jak przyjeżdżamy na weekend – mówię przyjeżdżamy, bo mąż też pracuje poza Łodzią i wpada na weekendy – to gotuje nam obiady, a jak jej nie ma, to pisze na kartce, co mamy zjeść.
U nas to norma: moja babcia była jedynaczką, moja mama jest jedynaczką, jestem nią ja i teraz moja córka.
Tylko mój ojciec miał więcej rodzeństwa. A córkę mam samodzielną, nierozpieszczoną, potrafi nie tylko ugotować, ale bardzo dobrze piecze ciasta. I tak co najmniej od dwóch lat żyjemy w ten sposób, że osobą, która pozwala temu domowi jakoś funkcjonować, jest córka. I chociaż to taki dom w rozjazdach, to staramy się zachować jakieś rytuały, jemy razem posiłki, jeśli tylko jesteśmy na miejscu, a w niedzielę o jedenastej pijemy razem kawę.
Ostatnio kupiliśmy ekspres na kapsułki. Czemu się pan tak krzywi?
Ja i tak piję tylko z mlekiem, co dla kawosza jest barbarzyństwem, więc to nie ma większego znaczenia.
Staram się, mam rozpoczęte trzy książki, ale każdą gdzie indziej.
Nie, w innej formie. Najdłużej męczę książkę o Ben Gurionie, o powstawaniu państwa Izrael, oczywiście nie pamiętam tytułu...
Nie wiem, bo ją czytam na tablecie, ale mogę sprawdzić... Tak, to jest to.
Ja czytam chyba z rok, niby sporo ponad połowę, ale nie ma się czym chwalić. Druga książka to „Gra w kości” Elżbiety Cherezińskiej i to z kolei mam w formie audiobooka.
Wieczorem, kiedy zasypiam. To jest śmieszne, bo włączam sobie audiobooka, po czym zasypiam, on sobie leci, a następnego dnia szukam miejsca, w którym zgubiłam wątek, i zaczynam jeszcze raz... I tak cały czas.
Właśnie po to, żeby zasnąć. Bardzo dużo pracuję, czytam materiały sejmowe, artykuły prasowe, analizy i gdybym do końca siedziała przed komputerem, nie mogłabym zasnąć, a to wycisza, pozwala odpocząć. A czasu na sen mam mało, bo wcześnie wstaję ze względu na media, więc muszę szybciej spać.
Nie znam tego.
To zupełnie jak ja, ale miałam mówić o książkach. Trzecią, którą czytam, jest książka Miłoszewskiego, ale nie Zygmunta, tylko jego brata... Jakże on ma na imię?
Za to pamiętam tytuł – „Inwazja”. Zygmunta przeczytałam wszystkie poza najnowszą.
Tę tak, ale tu pojawia się inny problem, bo nigdy nie wiem, gdzie ją odłożyłam – czy w hotelu sejmowym, czy w domu. Wie pan, mam teraz rozgrzebane te trzy książki, ale czasem coś wpada w ręce i czytam szybciej. Kiedy na przykład mam tydzień wakacji...
I będzie pan o to pytał?
To prawda, że byłam grzeczną dziewczyną, prymusem, a dziś jestem typowym przedstawicielem klasy średniej, który ceni bezpieczeństwo.
Wie pan, jaką miałam średnią na koniec liceum? 5.0.
Byłam dość pilna, to prawda, ale jednak można do tego wykorzystać też inteligencję.
Jako dziecko chodziłam po drzewach, ale czy to takie dzikie? Na wagarach byłam tylko wtedy, gdy cała klasa szła, potem też nic takiego. Raz było dziko, ale to też nie do końca moja zasługa, w każdym razie rodzice byli przerażeni. Miałam 15 lat i pojechałam na obóz wodny. Starszy kolega, który miał na nas czekać na stacji, został zgarnięty przez sokistów i wypuszczony wieczorem, więc nie mieliśmy jak dojechać do reszty obozu i spaliśmy w jakiejś zapchlonej stodole. Przepraszam, czy pan mi wreszcie pozwoli opowiedzieć, jak wybrałam studia?
Na matematykę poszłam z lenistwa, bo wybór był między medycyną, prawem, architekturą i matematyką, ale właśnie matematyka była najprostsza, nie musiałam się niczego uczyć do egzaminów.
I przez ponad 20 lat uczyłam studentów na Uniwersytecie Łódzkim. Jestem nawet współautorem kilkunastu prac naukowych.
Oczywiście, że nie zawsze, bo to zależy, jak sobie to zapiszemy. W systemie dziesiętnym oczywiście jest cztery, ale w systemie dwójkowym czy trójkowym będzie inaczej. Ale ja w gruncie rzeczy nie chcę rozmawiać o samej matematyce.
Bo ja po tych dwóch latach poza uniwersytetem miałabym już kłopot z czytaniem artykułów matematycznych. Wie pan, matematyka jest bardzo zobowiązująca i jeśli chce się nią zajmować serio, to trzeba o niej myśleć non stop. Trzeba w nocy myśleć o tym, co się za dnia przeczytało.
To można mieć kompleksy, że się nie jest aż tak genialnym. Przepaść między geniuszami a resztą jest ogromna.
Odpowiem anegdotą. Kiedyś do wielkiego niemieckiego matematyka Davida Hilberta przyszedł znajomy i pyta: Gdzie jest twój asystent? Hilbert odpowiada: Odszedł, miał zbyt małą wyobraźnię na matematyka. Został poetą. No a ja zostałam politykiem.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu