Zwycięzcą wojny domowej w Syrii został Władimir Putin – ze wszystkimi tego konsekwencjami dla Bliskiego Wschodu i pozycji USA na świecie.
W grudniu w rosyjskim kurorcie Soczi rozpoczną się rozmowy, które mogą zakończyć wojnę domową w Syrii. Naprzeciw siebie usiądą przedstawiciele pobitej syryjskiej opozycji i wysłannicy władz w Damaszku. Kongres dialogu narodowego, to robocza nazywa grudniowego spotkania, zajmie się opracowaniem nowej konstytucji i ustaleniem daty wyborów prezydenckich, w których będzie mógł wziąć udział Baszar al-Asad.
Udział obecnego prezydenta w powojennym podziale władzy dotychczas był wykluczany przez wiele stron konfliktu. Nie chciała o tym słyszeć antyrządowa opozycja, ale niedawna dymisja obstającego za odejściem al-Asada lidera może świadczyć o zmianie. Jeszcze do niedawna odejście prezydenta Syrii było warunkiem sine qua non także dla Turcji. Prezydent Erdogan w końcu jednak zaakceptował fakt, że syryjski satrapa nie zejdzie ze sceny.
Wszystko zmieniło się, kiedy do gry weszła w ub.r. Moskwa. Rosyjskie lotnictwo zapewniło niemal wówczas pobitym siłom rządowym oddech i wsparcie. To m.in. dzięki temu udało im się odbić z rąk rebeliantów Aleppo. Już wówczas mówiono, że Putin jest zwycięzcą wojny domowej w Syrii: relatywnie niewielkim kosztem udowodnił, że Rosja jest w stanie posyłać za granicę korpusy ekspedycyjne, zaprezentował nowe możliwości swoich wojsk, ale przede wszystkim – zmieniając układ sił na korzyść al-Asada – zagrał na nosie Amerykanom i przejął inicjatywę.
Teraz Moskwa dyskontuje tamte zdobycze, projektując powojenny układ sił. Spotkanie z prezydentami Turcji i Iranu, do jakiego doszło w ubiegłym tygodniu, również w Soczi, jest tego przykładem. Zachód kompletnie stracił inicjatywę w Syrii; jeśli chce uczestniczyć w procesie pokojowym, to tylko przyklepując to, co zaproponuje Kreml. Być może przy tej okazji będzie można liczyć na jakieś ustępstwa ze strony rosyjskiego prezydenta (np. w kwestii Ukrainy), ale tylko czas pokaże, czy państwa UE lub Waszyngton będą w stanie stawiać warunki.
Jeśli w Syrii dojdzie do nowych wyborów prezydenckich, wygra je prawdopodobnie al-Asad. Pomimo kilku lat wojny domowej opozycja nie doczekała się lidera, wokół którego zgromadziliby się przeciwnicy obecnego prezydenta. Al-Asad jest teraz w doskonałej sytuacji, by obdzielać wybrańców fruktami władzy. Syria dramatycznie potrzebuje odbudowy i jeśli zapanuje pokój, do kraju zaczną płynąć środki na rekonstrukcję. A to oznacza kontrakty.
Pytanie brzmi, jakie będą długofalowe konsekwencje konfliktu w Syrii. Porażka USA w regionie, rozumiana jako utrata inicjatywy na rzecz Rosji, spada i na Obamę, i na Trumpa. Obama, pomny doświadczeń z Afganistanu i Iraku, nie chciał angażować się w interwencję lądową; doświadczenia z Libii nastawiły go negatywnie względem obalania kolejnego bliskowschodniego rządu. Trump nie zamierzał zmieniać tej strategii; jeszcze w kampanii wyborczej mówił o pokonaniu ISIS, czyli definiował cel amerykańskiej misji w regionie dokładnie tak, jak swój poprzednik.
Z perspektywy Waszyngtonu Syria wcale jednak nie musi być porażką. Dotychczas obecność USA na Bliskim Wschodzie była związana z bezpieczeństwem energetycznym kraju. Po rewolucji łupkowej sytuacja zmieniła się na tyle, że trudno dłużej uzasadniać kosztowne interwencje wojskowe. Poza tym na miejscu są partnerzy na tyle silni, że powinni przejąć więcej odpowiedzialności – to Izrael i Arabia Saudyjska.
Saudowie już zresztą zakasali rękawy. Interwencja w Jemenie pokazała, że królestwo jest w stanie pełnić rolę regionalnego policjanta. Wycofanie się USA z regionu zbliża do siebie kraje, które jeszcze do niedawna były gotowe skoczyć sobie do oczu. Dowódca wojsk izraelskich gen. Gadi Eisenkot powiedział niedawno w wywiadzie dla saudyjskich mediów, że Tel Awiw jest gotów dzielić się wrażliwymi materiałami wywiadowczymi z „umiarkowanymi” krajami arabskimi w celu powstrzymywania Iranu.