Trudno prowadzić kampanię przy dobrej sytuacji gospodarczej. Partie walczące z CDU miały kłopot - mówi w wywiadzie dla DGP Florian Wittmann, politolog, Uniwersytet w Bremie.
Reklama
Od miesięcy wszystkie sondaże dowodzą, że wybory do Bundestagu wygra CDU, a Angela Merkel pozostanie kanclerzem. Czy w trakcie kampanii w ogóle wydarzyło się coś ciekawego?
Kampania nie wzbudziła większych emocji m.in. z powodu niezmiennie dobrych wyników, jakie CDU/CSU osiągały w sondażach. Była także stosunkowo mało merytoryczna, co najlepiej odzwierciedla hasło wyborcze CDU „Dla Niemiec, w których żyjemy dobrze i przyjemnie”. Te słowa wskazują na wyzwanie, przed jakim stanęły wszystkie partie walczące z CDU: prowadzenie kampanii w obliczu dobrej sytuacji gospodarczej. Dodatkowo SPD współtworzyła w ostatnich czterech latach rząd z CDU, więc miała ograniczone możliwości, by ją atakować.
Co się stało z kandydatem SPD na kanclerza? Na początku kampanii w styczniu 2017 r. skokowy wzrost poparcia socjaldemokratów sprawił, że mówiono o efekcie Martina Schulza. Teraz SPD ma zaledwie 20 proc. w sondażach i zero szans na wygraną.
SPD i Schulz nie wykorzystali początkowej fazy trendu, kiedy mogli nadrobić zaległości wobec Merkel w rankingach popularności. Z perspektywy czasu okazało się, że Schulz popełnił błąd, nie wchodząc do poprzedniego rządu (w latach 2012–2017 był szefem Parlamentu Europejskiego – red.). Pewnie liczono na to, że ktoś spoza krajowej polityki przyniesie efekt świeżości. Szybko okazało się, że Schulz jest jednak zbyt odklejony od spraw krajowych. Hasło kampanii socjaldemokratów „Więcej sprawiedliwości” nie odegrało spodziewanej roli. Dwa główne postulaty SPD – wprowadzenie płacy minimalnej i emerytury od 63. roku życia – zostały wprowadzone dużo wcześniej, na początku kadencji obecnego rządu.
Schulz atakował politykę Merkel. Nie znalazł żadnych czułych punktów?
Zbyt mocna polaryzacja nie jest w Niemczech mile widziana. A problem z atakowaniem CDU wynika ze strategii, jaką od dłuższego czasu stosuje partia Merkel. Mianowicie tematy wprowadzane przez SPD na czas kampanii są szybko przejmowane przez CDU. Oczywiście istnieją różnice programowe pomiędzy partiami, ale partie tworzące wielką koalicję nauczyły się osiągać kompromis.
Od dwóch lat najważniejszym tematem w Niemczech jest kryzys uchodźczy. Także w kampanii?
Temat uchodźców był stale obecny, a w ostatnich tygodniach jeszcze zyskał na znaczeniu. Oczywiście istnieje różnica zdań między partiami. Dyskusja dotyka wielu skomplikowanych pytań: czy pozwolić na łączenie rodzin lub na jakich warunkach można deportować ubiegającą się o azyl osobę, która popełniła przestępstwo. Partii takiej, jak Alternatywa dla Niemiec, która jest zasadniczo przeciwna obecnej polityce, łatwiej jest się wyróżnić. CSU, która tworzy sojusz z CDU, postuluje wprowadzenie górnej granicy dla liczby przyjmowanych uchodźców. Merkel odrzuca jednak ten pomysł.
Jak to możliwe, że AfD, która łamie tyle tabu, może liczyć na trzecie miejsce w Bundestagu?
Nie jestem pewien, czy to rzeczywiście są tematy tabu. Z perspektywy ogólnoeuropejskiej zbliżamy się do normalności. Wszędzie w Europie Zachodniej istnieją silne, populistyczne partie prawicowe. FPÖ w Austrii, Front Narodowy we Francji itd. Z tej perspektywy to raczej nadrabianie zaległości. AfD wykorzystała istniejącą lukę. CDU poprzez współtworzenie wielkiej koalicji z SPD przesunęła się mocno w stronę centrum. Pojawiły się spory o integrację europejską, których obecny system partyjny nie dostrzega, bo większość partii w Niemczech jest proeuropejska. Kariera AfD rozpoczęła się właśnie od kryzysu strefy euro i dyskusji na temat wspólnej waluty.
Na czas kampanii AfD skupiła się na walce z „islamizacją Niemiec i Europy”. Czy to czysto populistyczna zagrywka korzystająca z niepokojów wokół uchodźców?
Od rozłamu w partii w 2015 r. kwestia islamu znacznie zyskała na znaczeniu, a krytyka euro i UE zeszła na dalszy plan. Gdy Alexander Gauland wypowiada się na temat ciemnoskórego piłkarza niemieckiej reprezentacji piłkarskiej Jérôme’a Boatenga (Gauland przekonywał, że Niemcy nie chcą mieć takich osób za sąsiadów – red.), a Beatrix von Storch mówi o używaniu broni palnej na granicach, to można się domyślać, że jest to skalkulowane na wywołanie oburzenia. Według ostatnich badań cztery piąte respondentów uważa jednak, że AfD w sposób niewystarczający dystansuje się od prawicowego ekstremizmu.
AfD szczególnie głośno krytykuje krajowe media za domniemany brak obiektywności i nagonkę na jej kandydatów. Używany w tym kontekście zwrot „Lügenpresse” to odpowiednik angielskich „fake news”. Jaką rolę odgrywają media w tej kampanii?
Nie jestem medioznawcą, ale nie widzę wyraźnego uprzywilejowania żadnej z partii przez media. Oczywiście można mówić o pewnych tendencjach. Gazety takie jak „Frankfurter Allgemeine Zeitung” czy „Süddeutsche Zeitung” są powszechnie uważane za centroprawicowe lub centrolewicowe. Jednocześnie uważam, że sposób relacjonowania wydarzeń jest stosunkowo zrównoważony, a krytyki nie szczędzi się żadnej ze stron. Dla AfD, która przekonuje, że reprezentuje lud i działa przeciwko elitom, krytyka mediów jest racjonalną strategią. W oddziaływaniu na wyborców podczas kampanii istotniejszą rolę odgrywają media internetowe. Badania wskazują na tzw. efekt wzmocnienia. Odbiorcy o określonym światopoglądzie otrzymują w sieci coraz więcej informacji skrojonych pod ich zapotrzebowania. To powoduje, że ludzie poruszają się tylko wokół swoich poglądów i zamykają się na odmienne zdania. Takie bańki tworzą się szczególnie łatwo przy takich tematach jak uchodźcy.
Jak ważne okazały się tematy międzynarodowe?
Globalna polityka odegrała w tej kampanii wręcz nadrzędną rolę, co zostało skwapliwie wykorzystane przez kanclerz Merkel i jej partię. W burzliwych czasach, przy prezydencie Donaldzie Trumpie, trwającym konflikcie z Turcją i uwięzionych tam niemieckich obywatelach, rząd udowadnia, że ma wszystko pod kontrolą i daje ludziom poczucie spokoju.
W czasie kampanii politycy nie szczędzili krytyki pod adresem Trumpa, tureckiego przywódcy Recepa Tayyipa Erdogana, rządów w Polsce czy na Węgrzech. Czy to zapowiedź nowego konfrontacyjnego kursu w polityce zagranicznej?
Nie można wrzucać wszystkich tych tematów do wspólnego worka. Działania prezydenta Erdogana budzą wielki niepokój. Niemcy mają wielu obywateli z tureckimi korzeniami i są zaniepokojone ingerencjami Ankary w swoją politykę wewnętrzną. Nie dostrzegam reorientacji niemieckiej polityki zagranicznej. Jeśli spojrzymy na Polskę, niemiecki rząd federalny pozostaje w dużej mierze powściągliwy.
A po wyborach? W jaki sposób będą się układać stosunki polsko-niemieckie?
Polska pozostaje bardzo ważnym partnerem dla Niemiec. Obserwujemy jednak napięcia we wzajemnych relacjach. Mamy debatę dotyczącą uchodźców. Pojawiły się polskie wezwania do wypłacenia reparacji, które są tu postrzegane jako reakcja na obawy o cel reformy sądownictwa forsowanej przez polski rząd. Tematy stricte polsko-niemieckie mieszają się zatem z kwestiami takimi, jak kryzys uchodźców, które muszą zostać rozwiązane w drodze konstruktywnego dialogu na szczeblu europejskim. Obawiam się, że konfrontacja skalkulowana na cele wewnętrzne krótkoterminowo może się przydać poszczególnych partiom, ale długoterminowo zaszkodzi obu krajom.