Późny kapitalizm, w którym żyjemy, ma jeden podstawowy problem. Coraz trudniej przychodzi mu zaopatrywanie ludności w mieszkania na ich kieszeń. Problem dotyczy nie tylko krajów takich jak Polska. Również w najbogatszych i najbardziej rozwiniętych zachodnich gospodarkach od San Francisco przez Londyn po Monachium słychać jedno i to samo wołanie. Zatrzymać rozjazd cen najmu i kupna nieruchomości z siłą nabywczą szerokich mas obywateli.
Dynamika rozwoju cen mieszkań w większości zachodnich miast jest bardzo podobna. Najpierw nastąpił exodus zamożnej (zazwyczaj białej) klasy średniej z centrów miast na ich obrzeża. Ale suburbia nie mogą rosnąć w nieskończoność. Bo kończy się tym, że codzienna podróż do pracy i z pracy staje się zbyt czasochłonna. Zwłaszcza w sytuacji, gdy państwa w gospodarce jest coraz mniej, a komunikacja publiczna zamiast się rozwijać podupada. Procesem, który miał temu zaradzić, była więc gentryfikacja. Czyli dosłownie „uszlachetnienie” starych śródmiejskich obszarów. Poprzez inwestycje (prywatne i publiczne) w odnowę starej tkanki miejskiej, a gdzieniegdzie uzupełnienie jej nowymi projektami. Sprzyjał temu trwający przez ostatnich 30 lat proces deindustrializacji. A co za tym idzie – przerabiania dawnych doków, magazynów i fabryczek na mieszkaniówkę.
Cudowny eliksir gentryfikacji miał jednak swoje poważne efekty uboczne. Agresywny napływ kapitału do podupadłych śródmieść zaczął windować ceny nieruchomości. Wypychając z tych rejonów biedniejszych mieszkańców. Co było o tyle boleśniejsze, że w tym samym czasie poszerzały się na Zachodzie szeregi niższej klasy średniej, czyli ofiar, a nie beneficjentów gentryfikacji.