W Dzień Kobiet na Facebooku zorganizował zbiórkę podpasek dla kobiet z Aleppo. Teraz zalegające w jego garażu pudła Tomasz Kaczmarczyk chce dostarczyć do Syrii. Czy takie pomaganie ma sens?
Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Do końca miesiąca trwa internetowa zbiórka dla sześcioosobowego rodzeństwa osieroconego w Aleppo. Polska Misja Medyczna zbiera środki na niezbędne w tym mieście leki. W Opolu odbędzie się licytacja koszulek znanych sportowców, z której dochód zostanie przekazany na rzecz dzieci z Aleppo. Ale poza wielkimi zbiórkami są też oddolne inicjatywy pomocowe. 9 kwietnia zakończyła się zbiórka podpasek, wkładek i tamponów dla kobiet z Aleppo, którą zorganizował Tomek Kaczmarczyk, z wykształcenia filozof, z zawodu programista. – To był impuls. Przeczytałem w „Newsweeku” tekst o tym, ile kobiet na świecie ma problem z dostępem do środków higienicznych, i pomyślałem o Aleppo. Pomysł wydał się na tyle abstrakcyjny, że stwierdziłem: albo ja, albo nikt. Choć oczywiście spodziewałem się, że facet zbierający podpaski to będzie brzmieć absurdalnie, no bo co ja niby mogę o tym wiedzieć – opowiada Tomek. Nie miał wcześniej doświadczeń pomocowych. Tylko raz pomagał w zbiórce i aukcji charytatywnej dla chorej na białaczkę córki koleżanki z pracy – w tym jednak udział brało kilka osób. Tu logistykę robi on sam.

Reklama
– Kilka koleżanek obserwowało powstawanie tego wydarzenia na Facebooku i reakcje były bardzo różne. Często był to rodzaj zmieszania i widziałem, że nie wiedzą, jak się odnieść do tej sytuacji. W korporacjach rozdają jabłuszka, masaże, karnety na siłownię, a urlop menstruacyjny ciągle nie jest oczywistością – tłumaczy. Jak mówi, menstruacja to wciąż temat tabu, który chciałby trochę przy okazji odczarować. – Krew na ekranie w filmach leje się litrami, a krew menstruacyjna w reklamach zastępowana jest estetycznym niebieskim płynem – opowiada Kaczmarczyk. To wszystko spowodowało, że na Facebooku powstało wydarzenie „Tir Podpasek. Pomoc dla Kobiet w Aleppo”. Zbiórka miała trwać do 22 marca, ale została przedłużona do 9 kwietnia – teraz trwa jej podsumowanie, bo paczki cały czas przychodzą. – Pisali do mnie faceci mający dziewczyny czy narzeczone i pytali, co mają kupić. Mówiłem, by zapytali swoją partnerkę! To pokazuje, że ten temat nawet w związku nie jest zbyt popularny. A skąd facet ma wiedzieć takie rzeczy, jak nie od kobiety, z którą żyje? – tłumaczy Tomek. – Jedna z najdziwniejszych reakcji, z jaką się spotkałem, to: „Nie oznaczaj mnie w poście, bo kupię tańsze podpaski, a ja takich nie używam”. Nie zdawałem sobie sprawy z takich zależności. A na jednym spotkaniu koleżanka przedstawiła mnie mężowi: „To jest ten Tomek od podpasek” – więc pewną łatkę już dostałem.
Czemu akurat Syria? Tam przed wojną podpaski nie były towarem deficytowym. Przeciwnie – łatwo dostępnym i zupełnie normalnym, dlatego ich brak może być tym bardziej dotkliwy. Nie jest jednak tak, że środków higienicznych w Aleppo nie da się wcale kupić. – Ale lepiej jest je tam zawieźć, by kobiety mogły wydać pieniądze na coś bardziej potrzebnego, np. na mleko dla dzieci – tłumaczy swą decyzję Tomek. Przyznaje jednak, że trochę się obawia akcji wyłącznie dla kobiet. Usłyszał historię z obozu dla uchodźców, gdzie dowieziono kurtki. Te dla mężczyzn były identyczne. Te dla kobiet różne, więc panie miały w czym wybierać. Co wywołało duże napięcie w męskiej części obozu.
Ale to niejedyne zmartwienie Tomka Kaczmarczyka. Dziś musi uporządkować dostarczony do jego krakowskiego mieszkania towar. Gdy się spotkaliśmy, miał ponad cztery europalety (a mnóstwo paczek było jeszcze w drodze). Tomek odkrył, że 67 opakowań podpasek waży 9 kg. Przekonał się o tym, nosząc kartony z podpaskami i tamponami z drugiego piętra do garażu – paczki bowiem przestały się mieścić w mieszkaniu. Wie już też, że z przekazaniem środków higienicznych do samego Aleppo będzie miał problem. – Jedną z opcji jest przyłączenie się do dużej międzynarodowej organizacji, jednak ilość, jaką posiadam, jest na razie zbyt mała. Można próbować jechać też samemu, ale wiąże się to z negocjacjami z lokalnymi przywódcami na ternach objętych wojną. W dodatku transport np. przez Serbię wymaga oclenia.
Dlatego plan minimum zakłada, że transport pojedzie do Grecji. Po pierwsze, to bezpieczniejsze, po drugie, tańsze. Tam środki trafiłyby do obozów dla uchodźców. Wstępnie transportem, ale tylko do Grecji, zainteresowała się jedna firma, ale Tomek nie chce na razie mówić o szczegółach, żeby nie zapeszać. Koszt wysłania na miejsce jednego tira (mieści 30 europalet) to około 4 tys. euro. – Jedna z fundacji odpisała mi z kolei, że jeździła, póki im transportu nie zbombardowali, więc teraz tylko zbierają pieniądze. W Grecji mam wstępne deklaracje od osób, które zajmą się dystrybucją, ale muszę wiedzieć, ile ostatecznie będę miał paczek – mówi Tomek.
Tylko w ciągu dnia
Organizacje pomocowe dostarczają pomoc zarówno na miejsce, jak i do obozów dla uchodźców. Polskie organizacje nie mogą dostarczać pomocy do obozów w Jordanii, Libanie czy Iraku, bo nie mają zgód tych państw na wwiezienie pomocy – mówi DGP Samer Masri, prezes Fundacji Wolna Syria. – Amerykanie taką zgodę mają, Francuzi i Niemcy też. Polska nie ma wynegocjowanych układów z poszczególnymi rządami – wylicza. Wwiezienie pomocy jest więc kosztowne ze względu na wysokie cła. Poszczególne rządy chronią swoje rynki. Liban nie chce na przykład, by ogromne ilości darmowych ubrań podkopały jego własny przemysł i handel. Władze znają przykład Haiti, gdzie wskutek dostaw leków po trzęsieniu ziemi padły miejscowe apteki. Największe organizacje amerykańskie, jak USAid, utrzymują w Libanie całe obozy. Wiadomo, że wwieziona pomoc zostanie rozdana wyłącznie tam. To forma kompromisu.
Dla takich organizacji oddolne inicjatywy pomocowe to szansa, by dotrzeć na miejsce z większą ilością pomocy. – Jeśli ktoś bierze furgonetkę, żeby coś rozdać na miejscu, my możemy sfinansować np. koszty transportu. W tym roku mieliśmy dwie takie lokalne inicjatywy, które wysłały pomoc do obozów w Serbii. My to nadzorujemy, jakaś organizacja na miejscu koordynuje i dystrybuuje. Do Jordanii nie da się dojechać, ale da się dojechać na Bałkany, do Grecji czy Turcji. Tutaj odpada też kwestia ceł – mówi Masri. – Takie inicjatywy wypełniają lukę. A jeśli chodzi o pomoc wwożoną do samej Syrii, istnieje jedyne ograniczenie w postaci otwartości granic. Jeśli są otwarte, pomoc jest wwożona – dodaje syryjski ekonomista.
Oczywiście do tego dochodzi ryzyko związane z wojną. Bombardowania, liczne punkty kontrolne walczących stron, przypadki napadów i porwań pracowników organizacji humanitarnych. – Jak chce się coś wwieźć do Syrii, trzeba ustalić tę kwestię z jakąś organizacją na miejscu, np. z władzami miasta, które organizują dystrybucję i pomagają w konwojowaniu transportu – tłumaczy Samer Masri. – Jest dużo obozowisk w pobliżu granic z Jordanią, Irakiem i Turcją. Najpierw trzeba wynająć magazyn, np. na terenie bazy ugrupowania, które kontroluje dany teren (na północy to Syryjska Wolna Armia). Płaci się również za ochronę. Ugrupowania chronią przed rabunkami, a obozy przygraniczne nie są bombardowane przez reżim i Rosjan – dodaje.
Jak tłumaczy nasz rozmówca, dystrybucję darów należy z kolei skoordynować z władzami poszczególnych obozów dla uchodźców. Po pierwsze po to, by zabezpieczyć się przed splądrowaniem pomocy przez mieszkańców. Po drugie, by uniknąć porwania wolontariuszy. – Najgorsza sytuacja była w 2015 r. W obozach przy granicy z Turcją zaczęły powstawać gangi, które trudniły się grabieżami konwojów. Takie napady zdarzały się regularnie. Potem Turcja postawiła ugrupowaniom kontrolującym granicę ultimatum: albo uporządkują sprawę, albo Turcja zamknie granicę na dobre. A wszystkim zależało, żeby dostawy – nie tylko pomocy – otrzymać. W efekcie 15 km od granicy nie powstają żadne obozy, a szlaki mają być ochraniane przez ugrupowania kontrolujące północną Syrię – mówi Samer Masri.
– Zapuszczenie się w głąb obozu do dziś może grozić tym, że ktoś wciągnie pracownika do namiotu i sprzeda radykałom – dla okupu albo nawet egzekucji. Jest dość bezpiecznie, jeśli się przestrzega pewnych zasad. Nie idzie się samemu, nie chodzi się po obozie w nocy. Najlepiej przekroczyć granicę rano, a do Turcji wrócić przed zmrokiem – wylicza Masri. – Ludzie tak pracują; z granicy w ciągu doby można dojechać i wrócić z każdego punktu w prowincji Aleppo. Są lekarze, których rodziny mieszkają w przygranicznej miejscowości w Turcji. Oni potrafią codziennie dojeżdżać do pracy do Syrii, a na noc wracać do domów – tłumaczy.
Fundacja, której szefuje Masri, nie ma za to szans na przekroczenie linii oddzielającej rebeliantów od wojsk rządowych. Tym ostatnim nazwa Wolna Syria kojarzy się jednoznacznie z drugą stroną konfliktu. – Przez nich jesteśmy traktowani jak wrogowie. Rozważamy zrzucanie pomocy dronami, ale do tego potrzebujemy zgody polskich władz, której nie ma. Operatorem takiego drona musi być wojskowy z terenu Jordanii – mówi nasz rozmówca. – Poważnym zagrożeniem są też bombardowania reżimu, które bywają wymierzone w konwoje. Każdy niezidentyfikowany konwój, który jedzie w stronę ugrupowań zbrojnych, może zostać uznany za dostawę broni. To samo dotyczy magazynów. Nasz, położony w głębi Syrii, przez pomyłkę zbombardowali Amerykanie. Dlatego najlepiej rozdać pomoc od razu w dniu wwiezienia – dodaje Masri.
Słaby odzew
Biorąc pod uwagę wszystkie ryzyka, Tomek Kaczmarczyk dziś uważa, że jest za słaby na dotarcie do Aleppo. Akcją zajmuje się sam, pracując codziennie do godz. 17. Mówi, że nie stać go na wzięcie dwóch miesięcy wolnego, bo przy okazji sam musi z czegoś żyć. – Jeśli uzbiera się jednak pełny tir, to może któraś z tych fundacji to faktycznie weźmie i pojedzie do Aleppo. Na tym by mi najbardziej zależało, ale gdy się do tego brałem, nie zastanawiałem się, jak to będzie wyglądać, ile będzie trudności. Z drugiej strony, gdybym wiedział, pewnie bym się na to nie zdecydował – dodaje. – Z perspektywy czasu mam wrażenie, że w momencie tworzenia wydarzenia byłem potwornie naiwny – o Syrii wiedziałem tyle, ile przeciętny Polak korzystający z internetu i czytający gazety. Ale na chłodno bym tego nie zrobił, kalkulując ryzyko czy zastanawiając się, jak tam w ogóle dojechać – dodaje. Tłumaczy, że przed organizacją wydarzenia nie kontaktował się z żadną z organizacji pomocowych, ponieważ od pomysłu do utworzenia wydarzenia minęły dwie godziny.
– Już podczas trwania zbiórki napisałem do kilkunastu organizacji działających na terenie Syrii. Skontaktowało się ze mną też kilka prywatnych osób, które były na tych terenach lub zajmują się organizowaniem pomocy na mniejszą skalę niż organizacje humanitarne. Otrzymałem kilka kontaktów, ale i okazało się, że najbardziej ekonomiczna jest zbiórka pieniędzy w kraju i zakup niezbędnych środków bliżej Syrii. Związane jest to z wysokimi kosztami transportu – przyznaje.
Nie zgłosiła się do niego żadna firma produkująca kobiece środki higieniczne ani żadna drogeria, choć sporo z nich oznaczył w wydarzeniu na Facebooku. Wysyłał wiadomości do celebrytów, ale bez odzewu. Nikt bowiem chyba nie uznał, że na podpaskach można się podlansować. – Skala odzewu jest jednak dość niewielka i to mnie zaskoczyło, bo byle bzdura, jak zbiórka na seicento czy iPhony bez folii, sieje się w internecie, a to jakoś nie. Media pomimo kilkunastu prób zainteresowania też tematu nie podchwyciły – mówi Tomek.
– To bardzo ciekawa inicjatywa, która jej organizatora też pewnie czegoś nauczy. Dziś już sam wie, że dotarcie do Aleppo łatwe nie jest. Niemniej jednak zebrane podpaski i tampony trafią zapewne do potrzebujących kobiet, czyli jednak komuś pomoże – mówi DGP Bogna Różyczka z Polskiej Akcji Humanitarnej. – Dziś w mediach społecznościowych łatwiej coś rozkręcić, a trudniej wycofać, gdy się zorientujemy, że to trudne. Nie chcę jednak powiedzieć przez to, że ta akcja nie ma sensu. Jednak sami mieliśmy kilka sytuacji, gdy ktoś coś zebrał dla uchodźców w Syrii i prosił nas o transport, bo orientował się, że to koszty, że to trudna logistyka. A my transportów darów do Syrii od jakiegoś czasu nie wozimy. Ze zbiórek pieniędzy kupujemy towary na miejscu, w Syrii czy Turcji. To tańsze, ale i bliższe ich odbiorcom, bo np. mają napisy w zrozumiałym dla nich języku. W przypadku podpasek to akurat nie jest może aż tak ważne, ale w przypadku innych towarów – owszem. No i przede wszystkim dzięki zakupom na miejscu lokalny handel może funkcjonować – tłumaczy.
– Każda z paczek, które do mnie trafiły, jest istotna. Za tym stoi człowiek, jego czas i zaufanie do mnie. Obcy ludzie chcieli nawet wysyłać pieniądze, ale wolałem nie mieć przepływów finansowych. Dzięki akcji poznałem mnóstwo fantastycznych osób, które całkowicie bezinteresownie organizowały zbiórki wśród swoich znajomych i wspierały mnie dobrym słowem. Dużą robotę w takich akcjach robią tzw. gwiazdy socjologiczne. Jeśli znana osoba udostępni daną informację, to idzie dalej. W Polsce ludzie mocno bazują na celebryckim autorytecie i dzięki temu oddźwięk jest większy. Tu pewnie też by tak było, ale pewnie ja bym wtedy umarł z przerażenia, gdyby okazało się, że zbiorę nie jeden, ale kilka tirów – śmieje się Kaczmarczyk. Największym paradoksem jest to, że on akurat w social media „umie”. Przez kilka lat pracy w Bunkrze Sztuki zajmował się rozwojem profilu tej galerii na Facebooku. Przez ok. trzy lata z 300 fanów doszedł do ok. 17 tys. Według narzędzi Sotrender analizujących media społecznościowe wtedy fanpage Bunkra Sztuki pod kątem zaangażowania odbiorców zajmował 3.-4. miejsce w Polsce w kategorii kultura i sztuka.
Kilkanaście palet
W przeszłości zdarzało się niejednokrotnie, że zbiórki na specjalnych portalach internetowych wspierały gwiazdy. W ubiegłym roku koszykarz Marcin Gortat domknął kwotą 125 tys. zł zbiórkę na operację i ortezy dla chłopca, któremu wrodzona wada uniemożliwiała chodzenie. Na Twitterze hashtagiem #DobroWraca zawiaduje dziennikarz sportowy Krzysztof Stanowski, który wyspecjalizował się w domykaniu tego typu akcji. – Te wszystkie akcje pomagania to fajna strona mediów społecznościowych. Siedzi się w internecie, a robi coś dobrego. Nie musisz się ruszać z domu, a możesz pomóc. To próba specyficznego monetyzowania mediów społecznościowych. Ludzie posiadający duże profile monetyzują lajki, zamieniając je na pieniądze przeznaczane na szczytny cel – tłumaczy Tomek.
Czemu nie zwrócił się np. do Krzysztofa Stanowskiego o pomoc w rozpropagowaniu swojej akcji? – Stanowski ma co robić. Jak sam mówi, prośbami o pomoc w znalezieniu pomocy zawalają go wszyscy. I zajmuje się głównie ratowaniem życia i zdrowia pojedynczych osób. Akcja, którą zorganizowałem, ma bardziej charakter profilaktyczny i jej bohater jest zbiorowy – syryjskie kobiety. To trochę co innego, a prowadząc taką działalność w mediach społecznościowych, trzeba uważać, żeby przekaz pozostawał jasny i prosty. Mnie samemu przyświecało takie założenie, gdy tworzyłem treść wydarzenia. Kiedy będzie usatysfakcjonowany? Pierwszy raz, gdy zamknie drzwi do samochodu z transportem. Ale pełną satysfakcję osiągnie, gdy środki higieniczne trafią do Syryjek. – Na razie cieszę się z każdej paczki. Każdy dzień, każda wiadomość od osób, które jakoś chcą pomóc, przynoszą coś nowego. Może za trzy tygodnie pojadę z tym transportem do Syrii, zobaczę, co się tam dzieje, i już nie wrócę? – zastanawia się. To może być jednak o tyle trudne, że nie zna żadnego języka obcego.
Jak w takim razie ma zamiar rozdzielać środki higieniczne wśród kobiet?
– Przeważnie nie da się pomóc wszystkim. Dlatego staram się myśleć o każdej podpasce, wkładce, czy tamponie jako o drobnym ułatwieniu dla jednej kobiety. Każdego dnia tysiące z nich walczy o życie swoje i swoich dzieci, chciałem zrobić coś tylko dla nich, coś, o czym pewnie same nawet nie mają kiedy pomyśleć, bo przede wszystkim walczą o przetrwanie. Zdaję sobie też sprawę, że dużo bardziej potrzebna jest podstawowa pomoc, jak woda, jedzenie czy leki, ale ja chciałem zorganizować coś, co będzie przeznaczone tylko dla kobiet, najmniej winnych znalezienia się w sytuacji wojennej. W tej perspektywie nie ma mniej lub bardziej potrzebujących – tłumaczy Tomek. – Szczegóły dystrybucji podpasek zależą od ostatecznej ilości i miejsca, w które trafią. W tym momencie analizuję różne opcje związane zarówno z transportem, jak i miejscem docelowym. Zależy mi, żeby niezależnie od lokalizacji geograficznej przesyłka trafiła do osób, które na miejscu zajmują się dystrybucją pomocy i organizują ją, bo mają już w tym doświadczenie – dodaje. Z szacunków na dziś wynika, że pełnego tira nie uda się uzbierać. Będzie to maksymalnie kilkanaście palet. Jeśli spełni się scenariusz najbardziej pesymistyczny i środki higieniczne nie będą mogły pojechać nawet do obozów dla uchodźców w Grecji, Tomek zgodnie z zapowiedzią na Facebooku podtrzymuje, że wtedy zebrane podpaski, wkładki i tampony zostaną przekazane organizacjom pomocowym zajmującym się dystrybucją darów potrzebującym na terenie Polski.