-Śmiejemy się z bardzo wielu spraw, więc siłą rzeczy czasem pojawiała się, ale bardzo marginalnie, polityka. Z tym że my raczej śmialiśmy się nie z samej polityki, tylko z człowieka w polityce, bo ona uruchamia cały zestaw cech- mówi Izabela Dąbrowska w rozmowie z DGP.
Z maliną poproszę.
Raz, w teatrze.
Nie, poszłam do teatru jako widz. Chciałam usiąść, ale pan trzymał pod moim fotelem plecak. Spytałam, czy może przesunąć, i usłyszałam: „Oczywiście, pani Basiu, natychmiast”. Ja się zaśmiałam, a on do mnie: „Czy pani wie, że pani Basia istnieje naprawdę?”.
Nie, ale obok kogoś, kto spotkał prawdziwą panią Basię, bo mówił o tym bardzo przekonująco. Najciekawsze, że kiedy zaczynaliśmy robić „Ucho Prezesa”, to nie wiedziałam, że pani Basia istnieje naprawdę.
Dostałam dyrektywy, bo przecież mamy reżysera, rozmawiałam z nim, to było konsultowane, omówione. Założenie było takie, by pokazać osobę absolutnie oddaną, lojalną, znającą prezesa od dawna.
Ale skoro nie miałam pojęcia o istnieniu prawdziwej, to nie bardzo wiedziałam, co tu zawrzeć.
Tak sobie pomyślałam, że w gruncie rzeczy to ja prawdziwej pani Basi współczuję i jeśli czuje się dotknięta, to chciałabym ją przeprosić. Bo to rzeczywiście może być niekomfortowa sytuacja, jeśli cały czas chciała być w cieniu, a nagle znalazła się w centrum zainteresowania. Ale z drugiej strony powtarzam, że ja nie gram żadnej realnej postaci. To moja rola i tyle.
To może dlatego, że tak niewiele mówię i jestem przez to tajemnicza? A tak serio, to co mam powiedzieć? Potraktowałam to jak każdą inną propozycję zawodową, podeszłam do tego poważnie i widocznie wypełniłam zadanie.
Chodzi panu o „Klątwę” w Teatrze Powszechnym?
Nie wiem, czy istnieje reżyser, który by mnie do czegoś takiego przekonał. Nawet nie dlatego, że mnie takie rzeczy oburzają, bo nie, one mnie nie oburzają, one mnie przygnębiają. Jest mi po prostu smutno.
Jak cholera. Tak samo, jak widzę nagiego bez potrzeby aktora. O co chodzi? Że on jest prawdziwszy niż ubrany? Kiedy słucham twórców z dumą mówiących o tej prowokacji, to mi opadają ręce.
Owszem, jeżeli to miało jakiś cel. Ale ja nie zacznę teraz, na skutek szoku, inaczej myśleć, choćby dlatego, że ja żadnego szoku nie przeżyję. Więc po co to wszystko? To ma mnie wyrwać z wygodnych kolein mentalnych? Będę po tym jakaś bogatsza? Co to miałoby ze mną zrobić?
Tylko że we mnie taka prowokacja nie wywołuje żadnych żywych emocji. Ona mnie raczej nudzi i męczy. Nie jestem adresatem takich propozycji.
To fantastyczne! Wywiady to udręka.
Bo pana jakoś lubię.
A co ona mówi?
To ja spytam: dlaczego wywiad ze mną?
...którzy się zgodzą?
Ten jest trzeci z tego cyklu?
Bo z nimi nie ma o czym gadać. Mają grać i tyle. Widz aktora ogląda i albo to kupuje, albo nie. Ale wywody o tym, jak się dochodzi do roli, są zwykle nudne i nadęte.
Może nie zawsze, ale rzeczywiście te postaci mają w sobie często rys zołzy. No to jestem zołzą drugoplanową.
Staram się moje bohaterki jakoś rozpiąć między zołzowatością a dobrocią.
Pewnie bywam, ale nie jestem jędzą, i to mimo tego, że jestem jedynaczką. Jestem raczej mało asertywna, introwertyczna, wycofana, długo obserwuję, zanim zacznę działać. Zawsze raczej stałam z boku niż na czele... choć nie, byłam przewodniczącą klasy. Ale faktycznie, zwykle byłam wysuwana do przodu, niż się sama pchałam. Aktorzy często mówią, że byli nieśmiali, dlatego zostali aktorami, by przełamać nieśmiałość. A mnie stawiali na oparciu wersalki, bym mówiła wierszyki.
Ja sobie wypraszam siedzącego psa! Jestem średniego wzrostu.
Przypominam, że powiedziałam, że pana lubię.
Babcia była Ukrainką, a pierwszym językiem, jakim mówiłam, była mieszanka polskiego i białoruskiego, czyli język tutejszy, jakim posługiwali się mieszkańcy Kołodna – wsi na wschód od Białegostoku, w której mieszkali moi dziadkowie i gdzie ja spędziłam pierwsze trzy lata życia.
Głównie niecenzuralne słowa... Nie, no pewnie, że umiem nią mówić, choć do szkoły już chodziłam w Białymstoku. Miałam taki stilonowy, granatowy fartuszek.
To prawda.
Ochrzczono mnie w cerkwi imieniem Lizawieta, bo w kalendarzu cerkiewnym nie było Izabeli. Ale uczciwie powiedziawszy poza tym, że jeżdżę na Wigilię, czyli 6 stycznia, to niewiele we mnie prawosławia zostało, od czasu do czasu bywam na nabożeństwach.
To bardziej skomplikowane, bo choinkę ubiera się wcześniej, ale tu w Warszawie choinki nie mam. Mam masę elementów świątecznych, bombek pozawieszanych w różnych miejscach, pod żyrandolem na przykład, ale choinki nie mam.
Nieźle. Babcia dobrze gotowała, mama też, więc jakoś to na mnie przeszło. Nie żebym się specjalnie uczyła, ale dziedziczy się chyba wyczucie smaku.
Teraz wszyscy są bardzo fit, dieta i zdrowe odżywianie, więc wschodnia kuchnia z kartoflami niekoniecznie, choć babkę ziemniaczaną albo placki czasem robię.
To raczej Suwalszczyzna, u nas nie było.
Z pszenicy czy z pęczaku?
Ja pamiętam przedekologiczne czasy, kiedy babcia robiła z pęczaku, nawet z ryżu. W każdym razie kutię robię, ale tylko na święta, bo poza nimi nie smakuje.
Babcia robiła, ja nie umiem.
Ale ja jestem porządna, gospodarna dziewczyna. Zawsze byłam prymuską, lekcje odrobione.
Jak powiem, że nie, i pan to napisze, to wstyd na całą Polskę. No dobrze, jak mam bardzo dużo zajęć, to tylko sobie moszczę ścieżkę, a ciuchy składam na tak zwane kucze, czyli kupy.
Wiem, bo mówię po rosyjsku. Zresztą nie tylko mówię, ale na przykład łatwo się wzruszam na starych rosyjskich filmach. Pamiętam lata 80., chodziłam do liceum, kino w Białymstoku, prawie pusta widownia, oglądam „Niedokończony utwór na pianolę” Michałkowa i ryczę.
Moja historia jest dość oczywista: konkurs recytatorski, potem zespół teatralny w liceum i zdawałam na wydział lalkarski do Białegostoku.
Tak samo jak na aktorski – fragment prozy, wiersz, piosenka. Ja śpiewałam piosenkę ludową, którą znałam z chóru, jeszcze takim ładnym głosem, bo biały głos, ten tak zwany śpiewokrzyk, przyszedł później. No i dostałam się ledwo, ledwo.
Skąd. Byłam ostatnią na liście przyjętych. Po pierwszym roku, tak jak wielu kolegów, próbowałam zdawać na wydział aktorski, wybrałam Kraków, ale odpadłam i później już nie próbowałam.
Tak, zaczynałam w Pałacu Kultury, w Teatrze Lalka. To był mój pierwszy teatr. Granie dla dzieci było wyczerpujące, bo spektakl zaczynaliśmy o 9 rano i musieliśmy być w pełni energii, skoncentrowani, trudna sprawa.
Spontaniczna do bólu. Dzieci, jak im się coś nie podoba, jak nudzimy, to natychmiast kręcą się, wiercą, gadają. Trzeba przykuć ich uwagę i trzymać, ten widz jest bezlitosny. Poza tym potrafi ugotować aktora jak nikt inny. Pamiętam, graliśmy „Tymoteusza wśród ptaków”...
My graliśmy w przedszkolu, dzieci siedziały wkoło, byłam ptaszkiem, któremu lis ukradł jajko. No i rozpaczam wniebogłosy: „Co ja mam zrobić?! Co ja mam zrobić?!”, na co wstaje chłopczyk i krzyczy: „Dziobnij go w dupę!”. No i koniec, jak się nie ma nerwów ze stali, to można było zakończyć występ.
Nie było we mnie takiego myślenia, nie było żądzy zmiany gatunków, że najpierw teatr lalek, potem eksperyment, a teraz komedia. Do Wierszalina poszłam z Tadeuszem Słobodziankiem i Piotrem Tomaszukiem, ludźmi, którzy wcześniej ściągnęli mnie do gdańskiej Miniatury, a potem zakładali Wierszalin.
Chyba nie mam w sobie aż takiej natury eksperymentatorki. Bałabym się zbyt głęboko zaglądać w zakamarki ludzkiej duszy.
Bardzo lubię grać komedię, lubię, jak się ludzie śmieją.
Tam przychodzą głównie ludzie, którzy nas znają z poprzednich przedstawień, którym bliski jest ten rodzaj poczucia humoru, więc dostaję ogromny kredyt zaufania na wejście.
I co tu jest niezrozumiałe? Że dobrzy aktorzy grają w piwnicy?
Cóż, tak po prostu jest. Do tego, żeby dostać pierwszoplanową rolę, trzeba też czasami trochę szczęścia, potrzebny jest przypadek...
To prawda, bo co może zrobić aktor, który jest niezadowolony z propozycji, które dostaje?
Mnie już mówią, że czas na monodram, a ja ze swoją autocenzurą, z moim wewnętrznym krytykiem, z którym się cały czas zmagam, a któremu się wszystko tak średnio podoba, nie potrafię się na to zdobyć.
Drugoplanowa aktorka charakterystyczna, w skrócie „dach”. Taki termin ukułam na określenie siebie.
Myśli pan, że jest w tym jakaś gorycz, żal? Nie ma.
...odpowiedziałam, że mam nadzieję, że ten przełom dopiero przede mną.
Nie liczę, nie wyczekuję. Jestem otwarta na to, co przyniesie życie.
Ale ja mam wrażenie, że pracuję już strasznie długo i jakoś już jestem kojarzona. Raptem teraz wszyscy mieliby przejrzeć na oczy? Nie zrobiłam nic więcej, nic inaczej niż to, co robiłam przez lata.
Siedzimy już tutaj ze dwie godziny, prawda? Jest środek dnia, mam włączoną komórkę i jakoś nikt nie dzwoni.
Gdybym rzeczywiście zaczynała teraz tę karierę, to zaczynałabym ze spokojem. Jestem już za stara, by z tego powodu zgłupieć, by zaszumiało mi w głowie i uderzyła woda sodowa. Na pewno nie zwariuję z powodu kariery.
A bo jak się jest gwiazdą, to trzeba, tak? To mnie pan zaskoczył. Nie myślałam jeszcze o tej cenie, którą mi przyjdzie zapłacić... No cóż, jeśli tak się stanie, że uznam, iż bez chirurga ani rusz, to trzeba będzie wziąć to na klatę.
To mnie przeraziło, naprawdę. Bo ja rozumiem, że ktoś ma takie poczucie, że musi się poprawić, lecz ona jest zupełnie niepodobna do siebie, jest innym człowiekiem. Na razie wciąż wierzę, że wystarczy mi poczucia humoru, by znosić siebie taką, jaka jestem.
Na razie tak. Chociaż gdybym sobie zrobiła o tak, to nie byłoby lepiej?
Mam nadzieję, że będę dostawała coraz ciekawsze propozycje. To byłaby kariera, którą przyjęłabym z radością. Nie muszę mieć luksusowego auta i domu z basenem, bo co ja niby bym w nim robiła?
Ale ja nie umiem pływać.
Serio, to mój powód do wstydu. Boję się wody, więc nie nauczyłam się pływać jako dziecko i do dziś nie umiem.
Akurat na brak pracy nie narzekam. Zwłaszcza ostatni rok był dla mnie bardzo bogaty, zrobiłam w teatrze trzy premiery, a dotychczas miałam góra jedną, a zdarzały się lata bez premiery. Do tego serial, dubbingi, audiobooki. Pracy mam potąd.
I to bez kredytu. Wychodzi ze mnie oszczędna córka księgowych, jak mnie przezywają koledzy... Ale proszę, nie wydawałam na głupoty, na operacje, to mam.
Śmiejemy się z bardzo wielu spraw, więc siłą rzeczy czasem pojawiała się, ale bardzo marginalnie, polityka. Z tym że my raczej śmialiśmy się nie z samej polityki, tylko z człowieka w polityce, bo ona uruchamia cały zestaw cech.
Jak każdy, ale nie ekscytuje mnie ona.
Ale nigdy nie było to pierwszoplanową sprawą. Staramy się, by nie przysłoniło to nam innych rzeczy, nikt nie trzaska drzwiami, że ktoś jest za PiS-em, a ktoś popiera Platformę.
Żeby narzekać? Nigdy. Nie rozmawiam też zresztą o rolach, bo staram się mieć znajomych cywilów, spoza teatru, żeby porozmawiać o wszystkim innym. Już dosyć o pompowaniu ego, bo wśród aktorów różnie z tym bywa.
Tu jestem aktorką ze szkoły przedwojennej – istnieję publicznie tylko jako postać. Wszystkich bardzo serdecznie zapraszam do teatru, na kabaret, ale proszę wybaczyć, nie wpuszczam do domu. Potrzebuję tego azylu i będę się tego trzymać pazurami. Moje życie prywatne jest właśnie prywatne, nie będzie więc sesji zdjęciowych w pismach dla kobiet ani opowieści o moim życiu osobistym.
Ale to jest krótka smycz i bilet w jedną stronę, potem nie ma powrotu.
Graliśmy kiedyś w przedszkolu, dzieci siedziały wkoło, byłam ptaszkiem, któremu lis ukradł jajko. No i rozpaczam wniebogłosy: „Co ja mam zrobić?! Co ja mam zrobić?!”, na co wstaje chłopczyk i krzyczy: „Dziobnij go w dupę!”.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu