-Śmiejemy się z bardzo wielu spraw, więc siłą rzeczy czasem pojawiała się, ale bardzo marginalnie, polityka. Z tym że my raczej śmialiśmy się nie z samej polityki, tylko z człowieka w polityce, bo ona uruchamia cały zestaw cech- mówi Izabela Dąbrowska w rozmowie z DGP.



Reklama
Pani Basiu, herbatki?

Reklama
Z maliną poproszę.
Ktoś się tak do pani zwraca?
Raz, w teatrze.
Ktoś do pani tak wołał z widowni?
Nie, poszłam do teatru jako widz. Chciałam usiąść, ale pan trzymał pod moim fotelem plecak. Spytałam, czy może przesunąć, i usłyszałam: „Oczywiście, pani Basiu, natychmiast”. Ja się zaśmiałam, a on do mnie: „Czy pani wie, że pani Basia istnieje naprawdę?”.
Siedziała pani w teatrze obok Joachima Brudzińskiego?
Nie, ale obok kogoś, kto spotkał prawdziwą panią Basię, bo mówił o tym bardzo przekonująco. Najciekawsze, że kiedy zaczynaliśmy robić „Ucho Prezesa”, to nie wiedziałam, że pani Basia istnieje naprawdę.
I tak sobie pani ją wymyśliła?
Dostałam dyrektywy, bo przecież mamy reżysera, rozmawiałam z nim, to było konsultowane, omówione. Założenie było takie, by pokazać osobę absolutnie oddaną, lojalną, znającą prezesa od dawna.
Prawdziwa pani Basia jest osobą niesłychanie ciepłą.
Ale skoro nie miałam pojęcia o istnieniu prawdziwej, to nie bardzo wiedziałam, co tu zawrzeć.
Robert Górski, grający prezesa, będzie się za to smażył w piekle, pani trafi na chwilę do czyśćca.
Tak sobie pomyślałam, że w gruncie rzeczy to ja prawdziwej pani Basi współczuję i jeśli czuje się dotknięta, to chciałabym ją przeprosić. Bo to rzeczywiście może być niekomfortowa sytuacja, jeśli cały czas chciała być w cieniu, a nagle znalazła się w centrum zainteresowania. Ale z drugiej strony powtarzam, że ja nie gram żadnej realnej postaci. To moja rola i tyle.
Odzywa się pani w „Uchu Prezesa” z rzadka, na krótko, a jednak stała się pani przez to rozpoznawalna.
To może dlatego, że tak niewiele mówię i jestem przez to tajemnicza? A tak serio, to co mam powiedzieć? Potraktowałam to jak każdą inną propozycję zawodową, podeszłam do tego poważnie i widocznie wypełniłam zadanie.
Pani Basia panią Basią, ale my tu mamy znów niezły skandal teatralny.
Chodzi panu o „Klątwę” w Teatrze Powszechnym?
Aktorka uprawia seks oralny z figurą św. Jana Pawła II, który potem zostaje powieszony na szubienicy, krucyfiksy służą do masturbacji...
Nie wiem, czy istnieje reżyser, który by mnie do czegoś takiego przekonał. Nawet nie dlatego, że mnie takie rzeczy oburzają, bo nie, one mnie nie oburzają, one mnie przygnębiają. Jest mi po prostu smutno.
Smutno?
Jak cholera. Tak samo, jak widzę nagiego bez potrzeby aktora. O co chodzi? Że on jest prawdziwszy niż ubrany? Kiedy słucham twórców z dumą mówiących o tej prowokacji, to mi opadają ręce.
Ale właściwie dlaczego? Sztuka często żywiła się transgresją.
Owszem, jeżeli to miało jakiś cel. Ale ja nie zacznę teraz, na skutek szoku, inaczej myśleć, choćby dlatego, że ja żadnego szoku nie przeżyję. Więc po co to wszystko? To ma mnie wyrwać z wygodnych kolein mentalnych? Będę po tym jakaś bogatsza? Co to miałoby ze mną zrobić?
Wstrząsnąć, żeby przemyślała pani swoją postawę, poglądy?
Tylko że we mnie taka prowokacja nie wywołuje żadnych żywych emocji. Ona mnie raczej nudzi i męczy. Nie jestem adresatem takich propozycji.
To zmieńmy temat. Nic o pani nie ma w gazetach.
To fantastyczne! Wywiady to udręka.
A jednak rozmawiamy.
Bo pana jakoś lubię.
Zostawię to w wywiadzie, żeby udowodnić mojej żonie, że nie ma racji.
A co ona mówi?
Że mnie lubią tylko dzieci i psy.
To ja spytam: dlaczego wywiad ze mną?
Mam taki cykl produkcyjny: Wywiady ze wszystkimi...
...którzy się zgodzą?
Nie, ze wszystkimi z Kabaretu na Koniec Świata.
Ten jest trzeci z tego cyklu?
Tak. I muszę się przyznać, że nie umiem robić wywiadu z aktorami. To nie jest kokieteria.
Bo z nimi nie ma o czym gadać. Mają grać i tyle. Widz aktora ogląda i albo to kupuje, albo nie. Ale wywody o tym, jak się dochodzi do roli, są zwykle nudne i nadęte.
W jednym z dwóch wywiadów, jaki z panią znalazłem, mówiła pani, że zawsze gra jędze.
Może nie zawsze, ale rzeczywiście te postaci mają w sobie często rys zołzy. No to jestem zołzą drugoplanową.
Pani jest zbyt fajna, żeby była zołzą.
Staram się moje bohaterki jakoś rozpiąć między zołzowatością a dobrocią.
A bywa pani zołzą?
Pewnie bywam, ale nie jestem jędzą, i to mimo tego, że jestem jedynaczką. Jestem raczej mało asertywna, introwertyczna, wycofana, długo obserwuję, zanim zacznę działać. Zawsze raczej stałam z boku niż na czele... choć nie, byłam przewodniczącą klasy. Ale faktycznie, zwykle byłam wysuwana do przodu, niż się sama pchałam. Aktorzy często mówią, że byli nieśmiali, dlatego zostali aktorami, by przełamać nieśmiałość. A mnie stawiali na oparciu wersalki, bym mówiła wierszyki.
Na oparciu wersalki? To z racji wzrostu siedzącego psa?
Ja sobie wypraszam siedzącego psa! Jestem średniego wzrostu.
Bardzo średniego.
Przypominam, że powiedziałam, że pana lubię.
Już dobrze, już dobrze. Pochodzi pani ze Wschodu.
Babcia była Ukrainką, a pierwszym językiem, jakim mówiłam, była mieszanka polskiego i białoruskiego, czyli język tutejszy, jakim posługiwali się mieszkańcy Kołodna – wsi na wschód od Białegostoku, w której mieszkali moi dziadkowie i gdzie ja spędziłam pierwsze trzy lata życia.
Zna pani jeszcze tę gwarę?
Głównie niecenzuralne słowa... Nie, no pewnie, że umiem nią mówić, choć do szkoły już chodziłam w Białymstoku. Miałam taki stilonowy, granatowy fartuszek.
Każdy wtedy miał. I tarczę naszytą na rękawie.
To prawda.
Jest pani prawosławna.
Ochrzczono mnie w cerkwi imieniem Lizawieta, bo w kalendarzu cerkiewnym nie było Izabeli. Ale uczciwie powiedziawszy poza tym, że jeżdżę na Wigilię, czyli 6 stycznia, to niewiele we mnie prawosławia zostało, od czasu do czasu bywam na nabożeństwach.
A choinkę kiedy pani ubiera?
To bardziej skomplikowane, bo choinkę ubiera się wcześniej, ale tu w Warszawie choinki nie mam. Mam masę elementów świątecznych, bombek pozawieszanych w różnych miejscach, pod żyrandolem na przykład, ale choinki nie mam.
Skoro już o domu mowa, to podobno pani dobrze gotuje.
Nieźle. Babcia dobrze gotowała, mama też, więc jakoś to na mnie przeszło. Nie żebym się specjalnie uczyła, ale dziedziczy się chyba wyczucie smaku.
E tam, człowiek uczy się gotować, kiedy musi. Rodzina, dzieci, takie tam. Gotuje pani coś wschodniego?
Teraz wszyscy są bardzo fit, dieta i zdrowe odżywianie, więc wschodnia kuchnia z kartoflami niekoniecznie, choć babkę ziemniaczaną albo placki czasem robię.
A litewskie cepeliny?
To raczej Suwalszczyzna, u nas nie było.
A kutię pani robi? Bo ja tak.
Z pszenicy czy z pęczaku?
Z pęczaku?! Co ja, kura jestem? Jasne, że z pszenicy.
Ja pamiętam przedekologiczne czasy, kiedy babcia robiła z pęczaku, nawet z ryżu. W każdym razie kutię robię, ale tylko na święta, bo poza nimi nie smakuje.
A paschę?
Babcia robiła, ja nie umiem.
To co z pani za dziewczyna ze Wschodu? Nauczę panią.
Ale ja jestem porządna, gospodarna dziewczyna. Zawsze byłam prymuską, lekcje odrobione.
A porządek w domu pani ma?
Jak powiem, że nie, i pan to napisze, to wstyd na całą Polskę. No dobrze, jak mam bardzo dużo zajęć, to tylko sobie moszczę ścieżkę, a ciuchy składam na tak zwane kucze, czyli kupy.
Kucza to po rosyjsku dużo czegoś.
Wiem, bo mówię po rosyjsku. Zresztą nie tylko mówię, ale na przykład łatwo się wzruszam na starych rosyjskich filmach. Pamiętam lata 80., chodziłam do liceum, kino w Białymstoku, prawie pusta widownia, oglądam „Niedokończony utwór na pianolę” Michałkowa i ryczę.
A tak w ogóle to jest pani lalkarką.
Moja historia jest dość oczywista: konkurs recytatorski, potem zespół teatralny w liceum i zdawałam na wydział lalkarski do Białegostoku.
Jak się zdaje na lalki?
Tak samo jak na aktorski – fragment prozy, wiersz, piosenka. Ja śpiewałam piosenkę ludową, którą znałam z chóru, jeszcze takim ładnym głosem, bo biały głos, ten tak zwany śpiewokrzyk, przyszedł później. No i dostałam się ledwo, ledwo.
Kokietuje pani.
Skąd. Byłam ostatnią na liście przyjętych. Po pierwszym roku, tak jak wielu kolegów, próbowałam zdawać na wydział aktorski, wybrałam Kraków, ale odpadłam i później już nie próbowałam.
No i grała pani dla dzieci?
Tak, zaczynałam w Pałacu Kultury, w Teatrze Lalka. To był mój pierwszy teatr. Granie dla dzieci było wyczerpujące, bo spektakl zaczynaliśmy o 9 rano i musieliśmy być w pełni energii, skoncentrowani, trudna sprawa.
Ale widownia fajna.
Spontaniczna do bólu. Dzieci, jak im się coś nie podoba, jak nudzimy, to natychmiast kręcą się, wiercą, gadają. Trzeba przykuć ich uwagę i trzymać, ten widz jest bezlitosny. Poza tym potrafi ugotować aktora jak nikt inny. Pamiętam, graliśmy „Tymoteusza wśród ptaków”...
...byłem na tym z dziećmi.
My graliśmy w przedszkolu, dzieci siedziały wkoło, byłam ptaszkiem, któremu lis ukradł jajko. No i rozpaczam wniebogłosy: „Co ja mam zrobić?! Co ja mam zrobić?!”, na co wstaje chłopczyk i krzyczy: „Dziobnij go w dupę!”. No i koniec, jak się nie ma nerwów ze stali, to można było zakończyć występ.
Nic mnie w pani życiorysie nie dziwi, ale Wierszalin?! Po teatrach dla dzieci idzie pani do teatru eksperymentalnego, potem deski teatru klasycznego. Iza Dąbrowska – aktorka, która grała wszędzie?
Nie było we mnie takiego myślenia, nie było żądzy zmiany gatunków, że najpierw teatr lalek, potem eksperyment, a teraz komedia. Do Wierszalina poszłam z Tadeuszem Słobodziankiem i Piotrem Tomaszukiem, ludźmi, którzy wcześniej ściągnęli mnie do gdańskiej Miniatury, a potem zakładali Wierszalin.
Nie zagrzała tam pani miejsca.
Chyba nie mam w sobie aż takiej natury eksperymentatorki. Bałabym się zbyt głęboko zaglądać w zakamarki ludzkiej duszy.
W Teatrze Dramatycznym gra pani role serio, ale jest pani zwierzęciem wybitnie komediowym.
Bardzo lubię grać komedię, lubię, jak się ludzie śmieją.
W Kabarecie na Koniec Świata wywołuje pani śmiech na wejście.
Tam przychodzą głównie ludzie, którzy nas znają z poprzednich przedstawień, którym bliski jest ten rodzaj poczucia humoru, więc dostaję ogromny kredyt zaufania na wejście.
Nie zgadzam się. Ja w waszym kabarecie dostrzegłem aktorów nie dobrych, lecz po prostu wybitnych. Na pani widok ludzie płaczą ze śmiechu.
I co tu jest niezrozumiałe? Że dobrzy aktorzy grają w piwnicy?
Niezrozumiałe jest, że mainstream was nie wciągnął.
Cóż, tak po prostu jest. Do tego, żeby dostać pierwszoplanową rolę, trzeba też czasami trochę szczęścia, potrzebny jest przypadek...
Aktorstwo to cholernie niesprawiedliwy zawód.
To prawda, bo co może zrobić aktor, który jest niezadowolony z propozycji, które dostaje?
Monodram?
Mnie już mówią, że czas na monodram, a ja ze swoją autocenzurą, z moim wewnętrznym krytykiem, z którym się cały czas zmagam, a któremu się wszystko tak średnio podoba, nie potrafię się na to zdobyć.
Przyszła pora, by spytać, kto to taki „dach”?
Drugoplanowa aktorka charakterystyczna, w skrócie „dach”. Taki termin ukułam na określenie siebie.
Wiecznie drugoplanowa?
Myśli pan, że jest w tym jakaś gorycz, żal? Nie ma.
Pytana, co było przełomem w pani karierze...
...odpowiedziałam, że mam nadzieję, że ten przełom dopiero przede mną.
Czyli liczy pani na więcej.
Nie liczę, nie wyczekuję. Jestem otwarta na to, co przyniesie życie.
Mam wrażenie, że ten przełom następuje. Reżyserzy byliby kretynami, gdyby nie dostrzegli potencjału w pani Basi.
Ale ja mam wrażenie, że pracuję już strasznie długo i jakoś już jestem kojarzona. Raptem teraz wszyscy mieliby przejrzeć na oczy? Nie zrobiłam nic więcej, nic inaczej niż to, co robiłam przez lata.
Może i prawda, ale nie wyobrażam sobie, jak można by pani nie wykorzystać.
Siedzimy już tutaj ze dwie godziny, prawda? Jest środek dnia, mam włączoną komórkę i jakoś nikt nie dzwoni.
Zadzwonią. I co wtedy? Jak to będzie zaczynać wielką karierę po pięćdziesiątce?
Gdybym rzeczywiście zaczynała teraz tę karierę, to zaczynałabym ze spokojem. Jestem już za stara, by z tego powodu zgłupieć, by zaszumiało mi w głowie i uderzyła woda sodowa. Na pewno nie zwariuję z powodu kariery.
I nie pójdzie pani do chirurga plastycznego?
A bo jak się jest gwiazdą, to trzeba, tak? To mnie pan zaskoczył. Nie myślałam jeszcze o tej cenie, którą mi przyjdzie zapłacić... No cóż, jeśli tak się stanie, że uznam, iż bez chirurga ani rusz, to trzeba będzie wziąć to na klatę.
Zrobi pani z siebie drugą Renée Zellweger?
To mnie przeraziło, naprawdę. Bo ja rozumiem, że ktoś ma takie poczucie, że musi się poprawić, lecz ona jest zupełnie niepodobna do siebie, jest innym człowiekiem. Na razie wciąż wierzę, że wystarczy mi poczucia humoru, by znosić siebie taką, jaka jestem.
Na razie się pani znosi?
Na razie tak. Chociaż gdybym sobie zrobiła o tak, to nie byłoby lepiej?
Byłaby pani tak naciągnięta, że pękłaby przy pierwszej próbie śmiechu. W każdym razie jeśli przytrafi się pani wielka kariera, to przyjmie ją pani z godnością?
Mam nadzieję, że będę dostawała coraz ciekawsze propozycje. To byłaby kariera, którą przyjęłabym z radością. Nie muszę mieć luksusowego auta i domu z basenem, bo co ja niby bym w nim robiła?
Pływała?
Ale ja nie umiem pływać.
Serio?
Serio, to mój powód do wstydu. Boję się wody, więc nie nauczyłam się pływać jako dziecko i do dziś nie umiem.
Dobrze, a teraz serio. Aktorem nie jest się po to, by być popularnym, rozchwytywanym?
Akurat na brak pracy nie narzekam. Zwłaszcza ostatni rok był dla mnie bardzo bogaty, zrobiłam w teatrze trzy premiery, a dotychczas miałam góra jedną, a zdarzały się lata bez premiery. Do tego serial, dubbingi, audiobooki. Pracy mam potąd.
Rozumiem, że trzeba było kupić mieszkanie...
I to bez kredytu. Wychodzi ze mnie oszczędna córka księgowych, jak mnie przezywają koledzy... Ale proszę, nie wydawałam na głupoty, na operacje, to mam.
W waszym kabarecie polityka była od zawsze. Wojtek Solarz grał prezydenta Komorowskiego, są wywiady radiowe z politykami, a pani grała panią premier z broszką.
Śmiejemy się z bardzo wielu spraw, więc siłą rzeczy czasem pojawiała się, ale bardzo marginalnie, polityka. Z tym że my raczej śmialiśmy się nie z samej polityki, tylko z człowieka w polityce, bo ona uruchamia cały zestaw cech.
Interesuje się pani polityką?
Jak każdy, ale nie ekscytuje mnie ona.
W kabarecie macie różne poglądy.
Ale nigdy nie było to pierwszoplanową sprawą. Staramy się, by nie przysłoniło to nam innych rzeczy, nikt nie trzaska drzwiami, że ktoś jest za PiS-em, a ktoś popiera Platformę.
Kiedy spotyka się pani z przyjaciółmi, to rozmawiacie o polityce?
Żeby narzekać? Nigdy. Nie rozmawiam też zresztą o rolach, bo staram się mieć znajomych cywilów, spoza teatru, żeby porozmawiać o wszystkim innym. Już dosyć o pompowaniu ego, bo wśród aktorów różnie z tym bywa.
I tak wszyscy czytelnicy chcieliby poczytać o pani prywatnie.
Tu jestem aktorką ze szkoły przedwojennej – istnieję publicznie tylko jako postać. Wszystkich bardzo serdecznie zapraszam do teatru, na kabaret, ale proszę wybaczyć, nie wpuszczam do domu. Potrzebuję tego azylu i będę się tego trzymać pazurami. Moje życie prywatne jest właśnie prywatne, nie będzie więc sesji zdjęciowych w pismach dla kobiet ani opowieści o moim życiu osobistym.
Wielu w to gra.
Ale to jest krótka smycz i bilet w jedną stronę, potem nie ma powrotu.
Graliśmy kiedyś w przedszkolu, dzieci siedziały wkoło, byłam ptaszkiem, któremu lis ukradł jajko. No i rozpaczam wniebogłosy: „Co ja mam zrobić?! Co ja mam zrobić?!”, na co wstaje chłopczyk i krzyczy: „Dziobnij go w dupę!”.