Poczucie niesprawiedliwości, krzywdy i gorszego traktowania, ale też rozgoryczenie, gniew i jeszcze inne uczucia, których określeń nie mogę przytoczyć ze względu na ich niecenzuralny charakter, od kilku dni towarzyszą wielu pracownikom ośrodków pomocy społecznej (OPS). Wywołał je rządowy program wprowadzający 1000 zł dodatku do pensji dla osób w nich zatrudnionych. Tak, właśnie ten program, który miał pokazywać, że rządzący doceniają ciężką pracę osób, które na co dzień pomagają innym, a zarabiają najniższą krajową lub trochę więcej. Tymczasem po tym, jak została opublikowana uchwała w sprawie dodatków oraz pojawiły się wyjaśnienia Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej dotyczące wnioskowania o budżetowe środki na wypłatę dodatków, okazało się, że wbrew rozpowszechnianym informacjom nie trafią one do wszystkich pracowników.

Z wyjaśnień wynika bowiem jasno, że dodatki otrzymają pracownicy OPS, którzy realizują zadania z ustawy o pomocy społecznej, oraz ci, którzy zapewniają należyte funkcjonowanie jednostki, do której to grupy zaliczają się chociażby osoby zatrudnione w kadrach, sekretariacie, zajmujące się sprzątaniem czy obsługą informatyczną. Nie będą one natomiast przysługiwały – by zacytować wprost resort „pracownikom merytorycznym wykonującym zadania wyłącznie z innych ustaw”. Są to głównie osoby zajmujące się świadczeniami rodzinnymi, Funduszem Alimentacyjnym, a także dodatkami mieszkaniowymi, stypendiami szkolnymi czy Kartą Dużej Rodziny. One nie dostaną dodatku, mimo że ich zarobki są na takim samym, niskim poziomie jak tych pracowników, którzy skorzystają na rządowym programie.

Nic więc dziwnego, że pracownicy przyznający wspomniane świadczenia uważają to za dyskryminację i nierówne traktowanie. Warto przypomnieć, że w ostatnich latach to na nich spadała realizacja rządowych programów wprowadzających różnego rodzaju dodatki osłonowe, węglowe, elektryczne i gazowe. A jeśli się weźmie pod uwagę ich skalę i ogromną liczbę wniosków, które musieli rozpatrzyć pod presją czasu, wymagało to od nich dużego zaangażowania i poświęcenia, za które nie mogli liczyć na adekwatne do nakładów pracy wynagrodzenie. Zresztą już niedługo, bo od 1 sierpnia, zacznie się przyjmowanie wniosków o kolejne takie świadczenie, czyli bon energetyczny. W większości gmin będą one rozpatrywane przez pracowników ds. świadczeń rodzinnych, którzy – z uwagi na swoje znane podejście do powierzanych im obowiązków – po raz kolejny staną na wysokości zadania i zrobią wszystko, aby sprawnie to wykonać. Jednak o ile ich koleżanki i koledzy z pracy, często z tego samego pokoju, będą się cieszyć 1000 zł dodatku do pensji, o tyle oni zostali potraktowani jak pracownicy „gorszego sortu” i wykluczeni z grona beneficjentów dodatku.

Jednocześnie trudno jest znaleźć jakieś racjonalne uzasadnienie dla zastosowanego kryterium podziału pracowników i nie chodzi przy tym o to, że pracownicy odpowiedzialni za obsługę organizacyjną ośrodka nie zasługują na otrzymanie dodatku, ale o to, dlaczego rządzący uznali, że takimi osobami są pracownicy ds. świadczeń rodzinnych. I nie przemawia do mnie argument, że to kwestia podlegania innym przepisom, bo wystarczyło wprowadzić odpowiedni zapis w uchwale. Cała ta sytuacja jest zaś o tyle zaskakująca, że w ramach koalicji za resort rodziny, w którym program dodatków powstawał, odpowiada lewica, mająca na swoich sztandarach walkę o godne zarobki dla najsłabiej wynagradzanych pracowników. Szkoda tylko, że gdy do tej walki przystąpiła, postanowiła zrealizować to zadanie w – oględnie mówiąc – wybiórczy sposób. ©℗