Po upadku powstania listopadowego Polacy regularnie włączali się w walkę o wolność innych narodów. W 1849 r. bronili Rzymu przed Francuzami.

Europa od czasu Wielkiej Rewolucji Francuskiej regularnie pomrukiwała rewolucjami, które prowadziły na zmianę do wojen albo przewrotów. Tak było w 1830 r. w Belgii, która po krótkim konflikcie z Holandią zdołała wywalczyć niepodległość, i w Królestwie Polskim, gdzie wybuchło powstanie listopadowe. Oba te wydarzenia swoje źródło miały we wcześniejszej o kilka miesięcy rewolucji lipcowej, która we Francji doprowadziła do zakończenia rządów dynastii Burbonów. Po kilku dniach starć w Paryżu zmuszono Karola X do ucieczki. Jego miejsce zajął Ludwik Filip I, który miał być gwarantem monarchii konstytucyjnej, ale przede wszystkim zapowiedzią lepszej przyszłości.

Marzenia rewolucjonistów szybko zderzyły się z rzeczywistością. Już dwa lata później doszło do kolejnych starć na ulicach wywołanych rozczarowaniem z panowania nowego monarchy. Ale ten przetrwał tym razem. 16 lat później miał mniej szczęścia. Rewolucja lutowa z 1848 r. nie tylko zmusiła go do abdykacji, ale również rozpętała w całej Europie dwuletni okres niepokoju, który przeszedł do historii jako Wiosna Ludów. Zanim jednak się zaczął, w wielu krajach będzie słychać coraz groźniejsze odgłosy niezadowolenia.

Wśród nasłuchujących ich znajdzie się żyjący wówczas we Francji Adam Mickiewicz. Wyczuwał, że niebawem Stary Kontynent znowu pochłonie rewolucja. Gdy ta się zacznie, nie chciał być we Francji. Wtedy bowiem, pisał, „musielibyśmy być na jej usługach”. Wolał działać samodzielnie.

Nadzieję dla swoich planów widział we Włoszech, a dokładniej w Rzymie. „Objawienie ducha chrześcijańskiego musi wziąć początek z Rzymu. Powołani, abyśmy duchowi państwo na ziemi zdobywali, z Rzymu, z posady naszej, na ziemię iść musimy” – notował. Gdy na początku 1848 r. sytuacja zaczęła się robić coraz poważniejsza – na Sycylii wybuchło powstanie, a w Rzymie trwały manifestacje – poeta zdecydował się wyruszyć. Do Wiecznego Miasta dotarł 7 lutego.

Rewolucja ideowa

Od razu zaczął szukać możliwości zrealizowania planów walki o niepodległość Polski. Pomimo trudności – również ze strony polskiej emigracji – zdołał w ciągu dwóch miesięcy zbudować 14-osobowy zalążek Legionu, który przez ponad rok miał toczyć we Włoszech walkę o wolność Italii – kontrolowanej m.in. przez Austrię, czyli jednego z zaborców – i o przyszłość Polski. W jego wizji nie tylko o niepodległość należało się bić, lecz także o zmiany społeczne.

Spisany przez niego w Rzymie „Skład zasad” był podstawą ideową Legionu, a jednocześnie prawdopodobnie najbardziej postępową wówczas wizją kraju. Wizją, do której jeszcze w XX w. wielu będzie – zapewne nieświadomie – nawiązywać. Mickiewicz chciał m.in. wolności wyznania i słowa, równości obywateli wobec prawa, swobodnego dostępu do urzędów, które miały być „obieralne, wolnie dawane, wolnie brane”, zrównania praw kobiet i mężczyzn, opieki państwa nad rodziną, a także aby „wszelka własność szanowana i nietykalna pod straż urzędowi narodowemu [była] oddana”.

Plany autora „Pana Tadeusza” były dla polskiej emigracji trudne do zaakceptowania. Najwybitniejsi jej przedstawiciele żyli bowiem wizją powrotu monarchii, a słynnego poetę uważali za groźnego rewolucjonistę. Ten, widząc, że nie może liczyć na zrozumienie z ich strony, postanowił opuścić Rzym. 6 kwietnia złożył podanie o paszport dla całego oddziału, umożliwiający wędrowanie po Italii. Otrzymał go dwa dni później – papieska administracja również widziała w Mickiewiczu zagrożenie dla porządku, dlatego chciała się go szybko pozbyć. Tym bardziej że Europa już od półtora miesiąca wrzała. Po Sycylii i Paryżu kolejne ogniska rewolucji wybuchały jedno po drugim.

10 kwietnia na dwóch wozach wyruszyli przed siebie. Przed nimi były, jak kilkadziesiąt lat później w „Legionie” napisze Stanisław Wyspiański, „drogi i bramy, i nieznane miasta, i ludzie”.

Wędrówka

„O głodzie idziecie i trudzie. Dobądźcie, co chlebów mamy. Spoczniemy tu wpodle bramy” – pisał dalej autor „Wesela”, znakomicie oddając rzeczywistość, w jakiej przez kolejny rok mieli sobie radzić legioniści tułający się po Italii z nadzieją, że w końcu ruszą do Polski.

Najpierw wybrali się na północ, do Mediolanu. Po drodze zatrzymali się m.in. we Florencji. Tam od wielkiego księcia Toskanii Leopolda II Habsburga Lotaryńskiego, który chciał wyrwać Włochy spod wpływów austriackich, dostali pieniądze na organizację oddziału. Wcześniej Mickiewicz otrzymał wsparcie także od Zygmunta Krasińskiego oraz od Ksawerego Branickiego. Pieniądze te pozwoliły na stopniowe rozwijanie oddziału. Zaczęło się od jednolitego ubrania w czamarki i rogatywki. Tylko faktyczny dowódca – Mickiewicz pełnił rolę przywódcy ideowego – płk Wincenty Jan Nepomucen Siodołkowicz, jedyny wojskowy w grupie założycielskiej, weteran wojen napoleońskich, pozostał w swoim ułańskim mundurze. Z czasem zaczęli do nich dołączać kolejni. Przybywali głównie z Francji. Do czerwca było ich prawie 200.

Szczególne miejsce wśród nich, oprócz założycieli, zajmowali „krzyżowcy”. Tak nazywano najbardziej zagorzałych zwolenników Mickiewicza, którzy dbali o to, aby Legion trzymał się ustalonych zasad. Dochodziło do zatargów z innymi członkami oddziału, którzy mniej restrykcyjnie podchodzili do kwestii dyscypliny, ale także wiary. Gdy pewnego razu w kościele kilku legionistów zaczęło śpiewać „Marsyliankę”, jeden z „krzyżowców” złapał za broń i zagroził, że jeśli nie przerwą, strzeli do nich. Sytuację udało się załagodzić. Nie były rzadkością sytuacje, kiedy po otrzymaniu żołdu żołnierze szli od razu na miasto i przepijali wszystko.

Pomimo tych trudności wychowawczych Legion zyskiwał coraz większą popularność we Włoszech. Mieszkańcy Italii od dawna liczyli na udział Polaków w rewolucji. Gdy ci 1 maja 1848 r. wkraczali do Mediolanu, witały ich wiwatujące na ich cześć tłumy.

Następnego dnia Giuseppe Mazzini, który za kilkanaście lat stanie się jedną z kluczowych postaci zjednoczenia Włoch, pisał do Adama Mickiewicza: „Bracie, pozwól mi się tak nazywać. Nie podzielam z Panem braterstwa geniuszu, natomiast odczuwam braterstwo dążeń, nadziei i wiary w wyprawę krzyżową Ludzkości i mej Ojczyzny, poruszającej się w niej i dla niej ku wielkim przeznaczeniom braterstwa, które Bóg zbliża do realizacji. Z umiłowaniem czytałem Pana dzieła i gorąco pragnę Pana zobaczyć. Czy zechciałby Pan wyznaczyć mi godzinę? Oczekując tego, przesyłam Panu list wspólnej przyjaciółki i proszę mnie uważać za swego wielbiciela i brata”.

To uwielbienie przez kolejny rok stale rosło. Polacy brali udział w walkach w wielu miastach – w Mediolanie, Livorno, Genui, we Florencji. W sierpniu 1848 r. nad brzegami jeziora Garda u boku Włochów bili się z Austriakami. Jeden z uczestników tamtych starć, Józef Pius Dziekoński, pisał później: „Zawarliśmy tam pakt prawdziwego braterstwa z Lombardczykami, którzy walczyli u naszego boku z podziwu godnym męstwem i zapałem. Związaliśmy się tam z Włochami jednym z tych przymierzy, których śladu i zobowiązań nie są zdolne zniweczyć żadne przeciwieństwa”.

Republika Rzymska

W listopadzie 1848 r. papież Pius IX opuścił Rzym. Zmusiły go do tego powtarzające się zamieszki w Wiecznym Mieście. Dwa miesiące później ogłoszono wybory, napisano konstytucję, a w końcu powołano do życia Republikę Rzymską. Na jej czele stanął Triumwirat, w skład którego weszli prawnik Carlo Armellini, pochodzący ze szlacheckiej rodziny Aurelio Saffi, a także Mazzini. Ten ostatni stale korespondował z Mickiewiczem, który z kolei regularnie zamieszczał na łamach wydawanej w Paryżu „Trybuny Ludów” informacje o trudnej sytuacji republiki.

A ta nie była najlepsza. Europejscy władcy rozumieli znaczenie Rzymu i Watykanu. Wiedzieli, że powodzenie rewolucji w Wiecznym Mieście może oznaczać problemy. Wśród najbardziej zaniepokojonych znalazł się rządzący we Francji prezydent Karol Bonaparte, który za kilka lat zostanie cesarzem Napoleonem III. Nie chcąc ryzykować kolejnej rewolucji w swojej ojczyźnie, zdecydował się na interwencję militarną. Na jego polecenie do Włoch wyruszyła blisko dziesięciotysięczna armia pod wodzą gen. Charles’a Oudinota, uczestnika wojen napoleońskich.

Jego oddziały dotarły w okolice Rzymu pod koniec kwietnia 1849 r. W tym samym czasie do miasta zbliżył się Legion Mickiewicza. Poety z nim nie było, działał na jego rzecz z Paryża. Zmienił się również dowódca. Rannego Siodołkowicza zastąpił Aleksander Fijałkowski, powstaniec listopadowy, który po klęsce zrywu wyjechał do Francji, gdzie został pracownikiem tamtejszego ministerstwa wojny.

Pewnego dnia obóz Polaków odwiedził wysłannik Republiki Rzymskiej. Obawiano się, że mając w pamięci pomoc, jakiej nad Sekwaną udzielono Polakom po upadku powstania listopadowego, legioniści mogą nie zechcieć dołączyć do walki z Francuzami. Polacy jednogłośnie oświadczyli jednak, że będą bronili Wiecznego Miasta. Rewolucyjne ideały i świadomość, że z Włochami łączy ich wspólnota obcego ucisku, przeważyły.

Mickiewicz wyczuwał, że Europę niebawem znowu pochłonie rewolucja. Gdy ta się zacznie, nie chciał być we Francji. Wtedy bowiem, pisał, „musielibyśmy być na jej usługach”

Nocą z 16 na 17 maja wkroczyli do Rzymu. Tak ich wejście opisywał Fijałkowski: „Po długiem krążeniu po ciemnem mieście, majestatecznem było wejście na plac, gdzie nas lud radosnymi powitał okrzykami. Nasze postacie grubo pokryte szarym kamiennym pyłem, który się w upale dziennym ciężko wznosił gęstymi tumanami, a na przebytej przez nas drodze i wszystkiemu na co padł, odzieniu, włosom zaś i brodom szczególniej, pozór kamienia nadawał, przy blasku rzęsistych pochodni, zdawały się marmurowymi posągami, które imaginacya łatwo przerabiała na z grobu powstałych wojowników starej Romy, niosących pomoc zagrożonemu obcym najazdem miastu”.

Niecałe dwa tygodnie później, chcąc podkreślić, jak bardzo rzymianie doceniają postawę legionistów, triumwirowie wydali dokument powołujący Legion Polski do służby Republice Rzymskiej. Syn Adama Mickiewicza Władysław po latach nazwał to pismo najpiękniejszym układem przyznanym polskim emigrantom przez jakikolwiek rząd. W przedmowie do właściwych postanowień triumwirowie pisali m.in., „że przez wycierpiane męki, wytrwałość i nieśmiertelność nadziei Polska jest siostrą Italii, a świętą między narodami”.

W dalszej części dokumentu informowali m.in., że od teraz Legion jest na żołdzie Republiki, że jego żołnierze będą zrównani prawami z obywatelami rzymskimi, że dowództwo będzie jedynie polskie, a „gdyby w Polsce wybuchło powstanie o Jej niepodległość, a Legion mógł działać korzystnie dla sprawy ojczystej, wolno mu będzie każdego czasu opuścić z bronią w ręku granice Rzeczypospolitej, za poprzednim uwiadomieniem Rządu”.

Na barykadach

Trzy dni później rozpoczęło się oblężenie. Do pierwszych starć dochodziło już wcześniej, ale były one bardziej formą rozpoznania postawy przeciwnika, poszukiwaniem słabego punktu w jego stanowiskach. Polacy z zaciętością bronili przydzielonego odcinka. O ich postawie pisała włoska prasa. To z niej rzymianie dowiedzieli się m.in. o śmierci kapitana Podulaka. „Zachęciwszy jedną kompanię naszych do ataku na bagnety i prowadząc ją przeciw nieprzyjacielowi, rzucił się naprzód z takim zapałem, że po odparciu żołnierzy Republiki przez siły o wiele większe pozostał sam wśród tłumu wrogów. Wezwano go wówczas, żeby się poddał, lecz on odpowiedział wystrzałem z pistoletu, który powalił pierwszego ze stojących przed nim. Następnie strzelił do kapitana francuskiego, lecz chybił i miał dobyć szabli, wtedy padł martwy z dwoma ranami w głowie i jedną w piersi”.

Sytuacja stawała się coraz trudniejsza. Wśród legionistów było coraz więcej zabitych i rannych. Ciężkie obrażenia poniósł kapitan Taczanowski, który kierował artylerią. Niewiele brakowało, aby życie stracił kapitan Wern, były żołnierz Legii Cudzoziemskiej, który w bitewnym zapale prowokował Francuzów, stojąc na barykadzie i krzycząc do nich. Mniej szczęścia miał Emil Morosini, który zginął uzbrojony rzekomo w szablę i pistolety należące wcześniej do Tadeusza Kościuszki. Dramat Rzymu odnajdujemy w liście Józefa Witkowskiego do Dziekońskiego – obaj należeli do założycielskiej Czternastki – z 23 czerwca: „Działa nie umilkają dniem i nocą, ciągła walka, ciągłe ofiary. Strona moralna Włochów ogromnie podniesiona, zapał u emigrantów ogromny, nie poznałbyś tych samych Włochów. (…) Rzym nie wytrzyma. Francuzi dzień i noc sieją grad bomb i granatów na miasto, najpiękniejsze pomniki pouszkadzali. Biedny lud transtewerański najwięcej ucierpiał, żony, córki, dzieci często giną na ulicach, chłopcy sześcioletni rzucają się na granaty padające do gaszenia”.

W końcu 1 lipca wojska francuskie wkroczyły w granice Wiecznego Miasta. Polacy dostali wówczas propozycję wejścia w ich szeregi. Także Giuseppe Garibaldi, jeden z dowódców obrony Rzymu, zaoferował im, aby wyszli razem z nim. Planował kontynuować walkę. Ale legioniści odmówili. Ich celem była walka o Polskę. Za zgodą Oudinota opuścili więc miasto, bez broni, ale jako zwarty oddział. 22 lipca wsiedli na statek i odpłynęli na Korfu. Ich historia dobiegła końca.

Kilkadziesiąt lat później Giuseppe Mazzini w rozmowie z Władysławem Mickiewiczem powiedział, że „gdyby z Legionu Polskiego z r. 1848 nie pozostało nic prócz jego symbolu politycznego, wystarczyłoby to do jego sławy”. ©Ⓟ